Gość: mesco
IP: *.dip.t-dialin.net
26.02.02, 11:17
Rok 1410, przeddzień Bitwy pod Grunwaldem. Obóz Polaków. Wszyscy śruba jak
okręt. Ledwo łażą, pod każdym drzewem hafty, biba na maxa. Jagiełło leży
orzygany w namiocie pierwszy odjechał bo ma słaby łeb. Obóz Niemców; jeszcze
gorzej. Zaczęli już od rana, wszyscy wygięci, nawet konie się uwaliły, jeden
koń drugiemu wkłada kopyto do paszczy, żeby się wyrzygał, rycerze łażą,
naparzają się na niby mieczami; ogólny gnój! Na drugi dzień Ulrich się budzi,
łeb go napier..., kac wielki, chwyta się za głowę i woła giermka: Te, słuchaj
gościu; pójdziesz do Jagiełły; tam za ten pagórek, dasz mu te dwa miecze i
powiesz mu, że my wczoraj z chłopakami pochlali, mnie łeb napierdala i w ogóle
że dzisiaj nie da rady! Powiedz że może jutro się zetrzemy czy jak? ok.? Okej!
Giermek wziął miecze pod pachę i idzie wężykiem do Jagiełły; trochę się potyka
i czka, bo se rano klina wziął i go trzyma fest jeszcze. Przyszedł do Władzia i
mówi: Dobry! Ja tam nie wiem, ale szef mnie tutaj przysłał i kazał dać te dwa
miecze - wbił zamaszyście w glebę miecze - i kazał powiedzieć że u nas wczoraj
była impreza i dzisiaj nie da rady, może jutro! Nie, no wszystko ok., my tam z
chłopakami też nielicho wczoraj zabalowaliśmy, naprawdę nie ma sprawy - ale
materaca gościu to mi nie musiałeś przebić..