Gość: SINBAD IP: *.icpnet.pl 04.08.04, 14:23 Postanowiłem przestawic swoje przygody w odcinkach jak to zrobił maly harc mistrz. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
Gość: Pit Re: Moje przygody IP: 150.254.85.* 04.08.04, 14:33 Rzeczywiscie sa ciekawe. Szczegolnie pierwsza czesc. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: SINDBAD Re: Moje przygody 1 IP: *.icpnet.pl 04.08.04, 14:34 Wieść niesie, o królu szczęśliwy, że za panowania Władcy Wiernych Haruna ar- Raszida żył w mieście Bagdadzie pewien człowiek, którego zwano Sindbadem Tragarzem. Był on ubogiego stanu i aby zarobić, nosił na głowie ciężary. Pewnego dnia wypadło mu w czasie wielkiego upału ogromny ciężar dźwigać. Zmęczony tym ciężarem i utrudzony spiekotą przechodził koło bramy pewnego kupca. A przed bramą tą ziemia była zamieciona i skropiona wodą, powietrze było świeże i nie opodal stała szeroka ława. Tragarz położył na niej swe brzemię, aby odsapnąć chwilę i oddech złapać. A wtedy przez ową bramę doleciał doń rozkoszny powiew i jakiś zapach słodki. Sprawiło mu to takąprzyjemność, że na skraju ławy przysiadł, a wtedy z wnętrza domu posłyszał delikatne tony harfy i lutni jak też jakieś czarowne, rozśpiewane głosy. Do tego dołączył się jeszcze świergot ptaków sławiących rozmaitymi językami i głosami Allacha – oby wywyższone było Jego imię. Były tam turkawki, słowiki, kosy, szpaki, gołębie grzywacze i kuropatwy. Tragarz zdumiał się i wielkim wzruszeniem przejęty, podszedł bliżej. W głębi domu znalazł wspaniały dziedziniec, a na nim rzezańców, niewolników i paziów, a także przedmioty, jakie zazwyczaj znajdują się u królów lub sułtanów. I poczuł tragarz zapachy potraw najprzedniejszych i napojów najwykwintniejszych, a wtedy oczy do nieba podniósł i rzekł: „Chwała Ci, o Panie i Stworzycielu, który zsyłasz swe dobrodziejstwa, darząc nimi swych wybrańców wedle upodobania! O Boże, oto błagam Cię o odpuszczenie wszystkich moich złych postępków i ku Tobie się zwracając, wyrzekam się mych grzechów! Boże, mocy Twoich postanowień nic się nie ostoi, Ty nikogo nie pytasz, co czynić, bo władzę masz nad każdą rzeczą! Chwała Tobie,który wedle swojej woli jednym bogactwo, innym niedostatek zsyłasz i tego, kogoś sobie upodobał, wywyższasz, innych zaś, jeśli zechcesz, poniżasz. Co większego jest nad Ciebie, co trwalszego nad Twe panowanie i jakże potężna Twoja władza! Oto nie poskąpiłeś dobrodziejstw swoim sługom, takim jak pan tego domu, który w dostatki opływa, raduje się smakowitymi zapachami, dobre ma jadło i napoje wyszukane. Rządzisz Twymi stworzeniami tak, jak chcesz, i są one tym, czym im być każesz. Są więc zmęczeni i tacy, co wypoczywać mogą, są szczęśliwi i tacy, co jak ja w udręce i upodleniu wiecznie trwają.” To rzekłszy dalej wierszem powiedział: Nie znają chwili spoczynku biedni nędzarze, Cień im odjęto łaskawy, ochłodę w skwarze. Jam dziś obezwładniony gorzkim zmęczeniem, I dziwne są losy moje i wielkie brzemię. Są obok ludzie szczęśliwi, żyją wesoło, Ich barki trudu nie znają, ni potu czoło, Bo szczodrze los obdarował szczęśliwcom życie Weselem i poważaniem, jadłem i piciem. Choć z jednakiego nasienia wszyscy powstali: I ja, i oni, i inni, wielcy i mali, Przecie odmienne są nasze dni, nasze noce, Jako się różnią od siebie wino i ocet. W tym, co tu prawię do Ciebie, nic Ci nie kłamię. Tyś sprawiedliwy i dobre Twoje władanie. Skończywszy mówić wiersze, Sindbad Tragarz sięgnął po swój tobół i chciał iść dalej, gdy z bramy wyszedł paź. Miał on gładkie lica, zgrabną postać i wytwornie był odziany. Ujął Tragarza za ramię i powiedział: „Wejdź, mój pan wzywa cię i pragnie z tobą porozmawiać.” Tragarz począł się wymawiać od wejścia za paziem do domu, ale był to próżny trud, przeto zostawił swój ciężar w przedsionku u odźwiernego, a sam podążył za młodzieńcem w głąb domu. Zobaczył, że jest to piękne domostwo, w którym znać było gościnność i szlachetne obyczaje gospodarzy. I ujrzał tam tragarz wielu czcigodnych mężów i różne osoby dostojne, i były tam kwiaty wonne, słodycze, owoce i różnego rodzaju wykwintne potrawy, wina,instrumenty muzyczne i wesołe, urodziwe dziewczęta, a każda z nich godne siebie miejsce zajmowała. Pośrodku tego zgromadzenia stał mąż dostojny, którego posrebrzone skronie świadczyły, że wiele przeżył. Miał on miłą postać, twarz piękną i wzbudzał szacunek swą powagą, godnością i szlachetnym wyglądem. Sindbad Tragarz widząc to wszystko zdumiał się i rzekł; „Na Allacha, albo to jest raj, albo też dostałem się do pałacu jakiegoś króla lub sułtana.” Potem dobremu wychowaniu wyraz dając, pozdrowił ich i życząc im błogosławieństwa bożego, ziemię przed nimi ucałował i stanął, pokornie chyląc głowę. Pan domu pozwolił mu spocząć, a gdy tragarz usiadł, zbliżył się do niego i począł go bawić rozmową, odnosząc się doń przyjaźnie. Podsunął mu potrawy wykwintne, drogie i smaczne, więc przybliżył się Sindbad Tragarz i rzekłszy: „W imię Allacha”, spożywał tak długo, aż zaspokoił głód i nasycił się. Potem rzekł: „Chwała Allachowi na wieki”, umył dłonie, podziękował za przyjęcie, a pan domu wtedy się odezwał: „Miło mi ciebie widzieć i życzę ci, aby dni twoje błogosławieństwo Boże wypełniało. Jak ci na imię i czym się trudnisz?” Odpowiedział: „Panie mój, nazywam się Sindbad Tragarz, a zajęciem moim jest dźwiganie na głowie ciężarów innych ludzi, za co otrzymuję zapłatę.” I uśmiechnął się pan domu, i powiedział: „Wiedz zatem tragarzu, że imię masz takie samo jak ja. Nazywają mnie bowiem Sindbad Żeglarz. A teraz, mój tragarzu, daj mi raz jeszcze posłuchać wierszy, któreś mówił stojąc pod bramą.” Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: SINDBAD Re: Moje przygody 2 IP: *.icpnet.pl 04.08.04, 14:37 I zawstydził się Sindbad Tragarz, i rzekł: „Na Allacha, nie miej mi za złe tych słów, które wtedy powiedziałem. Wyrwały mi się, gdyż zaprawdę zmęczenie, trud i niedostatek nie uczą człowieka ogłady, tylko gbura zeń czynią.” Pan domu jednak powiedział: „Nie wstydź się, jesteś odtąd moim bratem. Powtórz te wiersze, bo zachwyciły mnie, kiedy słuchałem ich, gdy wypowiadałeś je stojąc u bramy.” Powtórzył więc tragarz swoje wiersze, a pan domu wysłuchawszy ich zdumiał się i rozpromienił, a potem rzekł: „Wiedz, o tragarzu, że moje dzieje są niezwykłe. Dam ci je poznać, opowiadając, co się ze mną działo i co mi się przydarzyło, zanim osiągnąłem ten dobrobyt i zanim zamieszkałem w tym domu, w którym mnie teraz oglądasz. Zaprawdę, do tego dobrobytu i domu doszedłem drogą wielkich znojów, trudów i rozlicznych niebezpieczeństw. Ach, ileż udręki i nieszczęść doświadczyłem w młodym wieku! Odbyłem siedem podróży, a każda podróż to opowiadanie, od którego umysł się mąci. A wszystko to działo się zgodnie z wyrokiem losu, albowiem nie ma ucieczki ani odwołania od tego, co komu zostało zapisane.” To rzekłszy Sindbad Żeglarz rozpoczął: Pierwsze opowiadanie Sindbada Żeglarza dotyczące podróży pierwszej Wiedzcie, o szlachetni panowie, że ojciec mój był jednym z najzamożniejszych kupców, miał wiele pieniędzy i znaczny majątek. Zmarł on, gdy byłem małym chłopcem, pozostawiając mi w spadku pieniądze, kosztowności i wiejską posiadłość. Gdy podrosłem, na wszystkim tym położyłem swą rękę. Jadałem wykwintne potrawy, piłem wyszukane trunki, nie stroniłem od towarzystwa młodzieży i strojąc się w piękne szaty, zabawiałem się wraz z mymi przyjaciółmi i towarzyszami. Zdawało mi się, że będzie to trwało wiecznie i wyjdzie mi na dobre. Żyłem tak beztrosko przez pewien czas, a gdy mi wreszcie rozum wrócił i opamiętałem się, spostrzegłem, że majątek mój skurczył się, a tym samym położenie moje całkiem się odmieniło. Roztrwoniłem bowiem wszystko i gdy zdałem sobie z tego sprawę, ogarnęły mnie zgroza i przerażenie i wspominałem zdanie, które mi kiedyś ojciec powiedział. Była to przypowieść pana naszego Sulejmana, syna Dauda – pokój im obu – a przypowieść ta mówi: Trzy rzeczy lepsze są od trzech innych: dzień śmierci od dnia narodzin, pies żywy od martwego lwa i grób od ubóstwa. Zebrałem tedy, co mi jeszcze pozostało z domowych sprzętów i szat, i sprzedałem to wszystko. Później sprzedałem również dom razem ze wszystkim, co jeszcze posiadałem, i zebrałem w ten sposób trzy tysiące dirhemów. Wtedy powstał w mej głowie pomysł, aby się udać w podróż do obcych krajów i ludów, i przypomniałem sobie wiersz pewnego poety, który mówił: Kto swego trudu nie szczędzi, ten celu dopiąć jest mocen, Kto pragnie wznieść się wysoko, ten czuwa we dnie i w noce, 164 Kto pereł szuka, ten w morską musi pogrążyć się wodę, A los mu za to fortunę i sławę daje w nagrodę. Ale kto chciałby zwyciężać, nie idąc w znoje i trudy, Ten jeno życie utraci, nic nie znalazłszy krom złudy. Powziąłem więc postanowienie i poszedłem kupować różne towary, sprzęty i wszystko, co jest konieczne do drogi. Najbardziej odpowiadała mi podróż morzem, przeto wsiadłem na statek i wraz z gromadą innych kupców popłynąłem ku Basrze. Potem wiele dni i nocy spędziliśmy na morzu, mijając wyspę za wyspą, płynąc z morza na morze i od lądu do lądu, a w każdym miejscu, gdzieśmy się zatrzymywali, sprzedawaliśmy i kupowaliśmy, wymieniając nasze towary na inne. Tak podróżując ujrzeliśmy pewnego razu wyspę podobną do rajskiego ogrodu. Kapitan skierował nasz statek do brzegu, zarzucił kotwicę i spuścił pomost. Wszyscy zeszli na ląd, poczęli przygotowywać ogniska i rozniecać ogień. Jedni zajęli się gotowaniem, inni przystąpili do prania, a jeszcze inni zażywali przechadzki. Ja byłem wśród tych, co brzegi wyspy zwiedzali. Gdy tak podróżni spędzali czas zajęci jedzeniem, piciem, zabawą i rozrywkami, kapitan stanął nagle przy burcie i wielkim głosem zakrzyknął: „O beztroscy podróżni, ratujcie się, spieszcie co tchu i wchodźcie na pokład! Nie zwlekajcie, zostawcie wasze rzeczy, a uchodźcie z życiem, dusze wasze ratując przed zagładą! Oto bowiem wyspa, na której się znajdujecie, nie jest wcale prawdziwą wyspą, ale ogromną rybą, która stoi na środku morza od tak dawna, że zdążył ją pokryć piasek i drzewa na niej wyrosły. Ale w chwili, gdy roznieciliście na niej ogniska, ryba poczuła gorąco, drgnęła i teraz oto razem z wami pogrąża się w wodzie. Potoniecie wszyscy, ratujcie więc dusze wasze przed zgubą.” Podróżni, usłyszawszy słowa kapitana, porzucili swe towary i rzeczy, kociołki i ogniska i spiesznie poczęli cisnąć się na statek. Jedni zdążyli wejść na pokład, ale byli i tacy, którym to się nie udało. Tymczasem wyspa zadrżała i wraz ze wszystkim, co na niej było, pogrążyła się w odmęty, a szumiące morze przykryło ją spienionymi falami. Ja należałem do tych, co pozostali na wyspie, i zalało mnie morze wraz z gromadą innych, którzy wnet utonęli. Wszelako Allach Najwyższy uratował mnie i wybawił z topieli, darowując mi wielki ceber drewniany, jeden z tych, w których moi współtowarzysze prali. Chwyciłem go obiema rękami i usiadłem w nim, ciesząc się w duszy z tego, ze żyję. Uderzałem w wodę obiema nogami, naśladując nimi ruchy wioseł, lecz fale igrały ze mną, raz w lewo, raz w prawo mnie rzucając. Tymczasem kapitan rozwinął już żagle i odpłynął z tymi, którzy zdążyli wsiąść na statek, nie oglądając się na tych, którzy tonęli. Patrzyłem na statek, dopóki nie zniknął mi sprzed oczu, i pomyślałem, że oto nadszedł mój kres. W tym położeniu zastała mnie noc i tak przetrwałem ją całą, a potem następny dzień, aż w końcu fale i wiatr okazały mi swą łaskawość i zaniosły mnie ku brzegom wysokiej wyspy, porosłej drzewami, których gałęzie zwisały nisko nad powierzchnią morza. Chwyciłem gałąź jednego z wysokich drzew i uczepiłem się jej, a bliski już byłem zguby – po czym wspiąłem się po niej i w ten sposób mogłem wreszcie wdrapać się na wyspę. Na obu stopach miałem obrzmienia i ślady ukąszeń ryb, których przedtem nawet nie zauważyłem, pogrążony w strachu, smutku i rozpaczy. Padłem na ziemię wyspy jak martwy, straciłem przytomność i padłem bez zmysłów. Tak trwałem aż do następnego dnia. Gdy się nazajutrz ocknąłem, słońce stało już nade mną wysoko. Nogi mając popuchnięte, w opłakanym stanie, począłem posuwać się przed siebie, to pełznąc, to znów sunąc na grzbiecie. Na wyspie były źródła ze słodką wodą i dużo różnych owoców, więc żywiłem się nimi. Tak minęło wiele dni i nocy, aż powoli dusza we mnie poczęła ożywać, siły mi wracały, ruchy stały się pewniejsze i mogłem pozbierać myśli. Zacząłem wędrować po brzegach wyspy i spomiędzy drzew spoglądałem na to, co stworzył Allach Najwyższy. Aż pewnego dnia dostrzegłem podczas jednego z takich spacerów jakąś postać w oddali. Pomyślałem, że jest to dzikie zwierzę albo jakiś morski stwór. Ruszyłem w jego kierunku i 165 bacznie mu się bez przerwy przyglądałem. A był to ogromny koń, uwiązany na skraju wyspy, nad brzegiem morza. Gdy znalazłem się blisko, zarżał na mój widok wielkim głosem. Przeraziłem się, ale nie chciałem zawracać. Wtem spod ziemi wyszedł jakiś człowiek, przywołał mnie do siebie i zapytał: „Kim jesteś, skąd przybywasz i w jakim celu przyszedłeś w to miejsce?” Odrzekłem: „Panie mój, jestem cudoziemcem. Płynąłem na pewnym statku, a potem z paru innymi podróżnikami tonąłem w morzu, lecz Allach podarował mi drewniany ceber, a ja wsiadłem doń i płynąłem w nim, aż fale wyniosły mnie na tę wyspę. Wysłuchawszy, co rzekłem, człowiek ów chwycił mnie za rękę i powiedział: „Chodź ze mną.” Usłuchałem go, a on zaprowadził mnie do wielkiej podziemnej komnaty, posadził mnie na środku, po czym przyniós Odpowiedz Link Zgłoś