Gość: laband
IP: *.dip.t-dialin.net
22.08.04, 21:05
Pobudka tuż przed świtem. Szybkie śniadanie. Po przykurzone drelichy i
koszulkę wystarczy sięgnąć na oparcie krzesła. Na dokładniejszą toaletę nie
ma czasu. Z dworu słychać już warkot samochodu. Jeszcze tylko dwa łyki kawy i
biegiem po schodach na dół. T ak - pięć lat temu - wyglądały poranki polskich
robotników pracujących u naszych zachodnich sąsiadów. Tak samo wyglądają i
dziś.
Andrzej Zeinarth. Wysoki, dobrze zbudowany, długowłosy brunet o śniadej
karnacji. Pod koniec czerwca kończy 30 lat. Po dziadkach ze strony ojca ma
niemieckie korzenie. Ze strony matki - góral z dziada-pradziada. Urodził się
w Zakopanem. Od pięciu lat dzi eli czas pomiędzy ukochane Tatry, narzeczoną i
wyjazdy do pracy. - Pierwszy raz do Niemiec pojechałem pięć lat temu z
polskim paszportem - tłumaczy nie przerywając kopania ogródka. - Kolega
załatwił mi robotę na budowie. Jakiś nadziany gość chciał mieć pod Hamburgiem
góralską chatę i szukał tanich robotników. Przyjechał busem. W sumie zabrał
nas sześciu chłopa.
Turyści w drelichach
Na przejściach granicznych nikogo już nie dziwią takie ekipy. Większość -
pytana przez celników o cel podróży - odpowiada tak samo: "turystyczny". A,
że każdy wiezie po dziesięć bochenków chleba, konserwy, zupy w proszku i
zamiast kremu do opalania, map i przewodnikach w walizkach są robocze
kombinezony, nikogo nie obchodzi. - Na miejsce dojechaliśmy późną nocą -
wspomina Andrzej. - Byliśmy tak zmęczeni podróżą, że żaden z nas nie
zastanawiał się nad warunkami, w jakich mamy mieszkać.
Mały pokój o odrapanych ścianach dawno zapomniał już czasy swojej świetności.
W kącie za drzwiami umywalka. Na środku kwadratowy stół przykryty ceratą w
żółte i zielone cytryny. Cztery krzesła. Piętrowe łóżka. Jakieś małe szafki i
wieszak na ubrania. Gdy by nie okno z kwiatkiem na parapecie i firanką
zamiast kraty, pomieszczenie wyglądałoby jak więzienna cela.
Paszport z "miśkiem"
- Niemcy są strasznie dokładni i skrupulatni, ale uczciwi - mój rozmówca na
chwilę odkłada łopatę i zamyśla się. - Nie to, co niektórzy nasi rodacy. Na
tej samej budowie co my, robiło jeszcze dwóch Polaków. Tyle, że oni mieli
niemieckie papiery i pracowa li legalnie. Hans (pracodawca) traktował ich jak
Niemców i płacił za godziny. My robiliśmy na akord. I to właśnie psuło całą
atmosferę. Tamci dwaj twierdzili, że psujemy im interes. Kazali nam pracować
wolniej, żeby szef nie widział, ile tak naprawdę moż na zrobić w ciągu
godziny. Straszyli, że wystarczy jeden ich telefon na policję i już jesteśmy
odstawieni do domu z "miśkiem" w paszporcie.
Taka adnotacja w dokumentach oznacza zakaz wjazdu do Niemiec na kilka lat.
Każdy celnik tylko spojrzy i już wie, że ma do czynienia z nielegalnym
pracownikiem lub przestępcą.
Policyjny nalot
Przychodzą zawsze w najmniej spodziewanych momentach. Zwykle jest ich
przynajmniej dwu-trzyktrotnie więcej niż "czarnych roboli", których
spodziewają się zastać. Mają wytresowane wilczury i gumowe pałki, którymi -
na oślep - okładają co bardziej krnąbrny ch Polaków. Zeinarthowi udało się
uniknąć kłopotów tylko dlatego, że był na strychu i schował się w stercie
styropianu. - Stamtąd dokładnie widziałem jak pozostałych pięciu chłopaków
zakuwają w kajdanki i prowadzą do zaparkowanej za ogrodzeniem "suki". W
łaśnie uświadomiłem sobie, że ja przecież też mam prawo do czerwonego,
niemieckiego paszportu. Wróciłem do kraju i rozpocząłem starania o przyznanie
drugiego obywatelstwa. Wszystko zajęło mi niecały rok. Miałem niepodważalne
dowody moich niemieckich korz eni.
Polski Niemiec
Podczas kolejnego wyjazdu za zachodnią granicę Andrzej miał już przy sobie
dwa paszporty. W niedługim czasie postarał się także o wydanie niemieckiego
dowodu osobistego - niewielkiego, zalaminowanego kartonika ze zdjęciem, który
był niepodważalnym dowod em, że jego właściciel jest obywatelem Unii
Europejskiej i ma prawo do legalnej pracy w Niemczech.. - Takich jak
ja, "farbowanych" Niemców są w Polsce tysiące. Pewnie nawet nikt nie wie ilu
starało się o drugie obywatelstwo tylko po to, żeby legalnie pra cować za
granicą - przypuszcza Andrzej Zejnarth. - Przez mniej więcej trzy lata
jeździłem tak, że zawsze wcześniej miałem ustawioną robotę. Nie bawiłem się w
wyjazdy "w ciemno". Z czasem wyrobiłem sobie dobrą opinię u pracodawców i
polecali mnie jedni dr ugim. Zarabiałem około 12 marek na godzinę.
Za trzy miesiące ślub
Teraz Andrzej pracuje już w Polsce. Urządził dom i wspólnie z przyszłą żoną
przygotowują się do otwarcia własnej gospody i wesela. - Większość mebli i
sprzętu AGD przywiozłem z zagranicy - tłumaczy. - Znajdowałem rzeczy na tzw.
Wystawkach albo po prostu wynajdowałem co ciekawsze ogłoszenia w gazetach.
Jakoś nie mogę pojąć, czemu Niemcy co kilka miesięcy - niektórzy nawet co
kilka tygodni - wystawiają prawie nieużywane meble żeby zabrał je Czerwony
Krzyż albo emigranci na dorobku. Czyli tacy jak ja.
Zeinarth dobrze wspomina lata spędzone na pracy w Niemczech. Teraz już jednak
nie zamierza tam wyjeżdżać. - No chyba, że w kontaktach handlowych jak się
nam interes rozwinie - śmieje się na pożegnanie.
Anna Drozdowska