Dodaj do ulubionych

Miasto przemysłu

IP: 81.15.171.* 02.02.07, 12:50
Że to miasto przemysłu - jest oczywiste. Szkoda tylko, że nic nie ma o
ludzkich kosztach tej industrializacji. Chociażby o katastrofach i wypadkach,
które miały miejsce w zabrzańskich kopalniach. Przykładowo: Zabrzańska
kopalnia „Życzenie Jadwigi” („Hedwigswunsch”) – później „Pstrowski” –została
założona w 1854 r. przez hrabiego Ballestrema, który jednak już rok później
wydzierżawił ją koncernowi Augusta Borsiga. Ze statystyk pruskich urzędów
górniczych na przełomie XIX/XX w. wynika, że w jego kopalni średnio co roku
ulegało wypadkom 10% załogi. Brak troski o bezpieczne warunki pracy w swojej
kopalni Borsig przepłacił wielkim dramatem.
Między szybami „Wojciech” i „Luiza” rozcięto równocześnie w trzech pokładach:
507, 509 i 510 niewielkie pole przedzielone uskokiem, gdzie eksploatację
prowadzono systemem zabierkowym na zawał z dużą ilością chodników. Wielkość
wydobycia regulowało zapotrzebowanie koksowni i huty na węgiel koksujący. Z
szybu „Wojciech” doprowadzano do wszystkich trzech pokładów powietrze, a
zużyte odprowadzano przez pokład 507 do szybu wydechowego „Luiza”. Dnia 25
lutego 1897 r. po zachodniej stronie pola w starych zrobach pokładu 509
wybuchł pożar, który przedarł się do leżącego na tej samej wysokości po
wschodniej części uskoku pokładu 507. W tej sytuacji wstrzymano dopływ
powietrza z szybu „Wojciech”, a otwarto drogi wentylacyjne od
szybu „Stanisław”. W prądzie wylotowym powietrza, od strony szybu „Luiza”
rozpoczęto otamowanie pola pożarowego.
W tydzień później, 1 kwietnia na dół zjechali kierownik robót górniczych
Baumgarten, kierownik laboratorium kopalni – Mazurek i trzej pracownicy
techniczni: Knopik, Winkler i Heuttemann. Razem z tą grupą fachowców, którzy
mieli pobrać próbki powietrza z kilku miejsc poza tamami pożarowymi, na dół
zjechał syn właściciela kopalni, Arnold Borsig. Kiedy zespół przystąpił do
pobierania próbek, nastąpiła eksplozja, która zdmuchnęła tamy i wywołała
gwałtowny pożar. Wszyscy członkowie grupy zginęli na miejscu. Pożar natomiast
zaczął podchodzić pod drewniany szyb „Wojciech”. Zagroziło to pracy całej
kopalni. Tylko wielkim wysiłkiem i poświęceniem załogi zdołano otamować pole,
ale pożar ugaszono dopiero po roku. Katastrofa spowodowała wielomilionowe
straty, co niekorzystnie wpłynęło na kondycję finansową firmy. Prace przy
modernizacji kopalni rozpoczęto od pogłębienia istniejących szybów. Stare
wieże drewniane zastąpiono stalowymi, szyby dodatkowo poszerzano i obmurowano
a ponadto wzniesiono nowe tamy przyszybowe.
Wszystkie te prace jeszcze trwały, gdy w wyrobiskach kopalni „Szczęście
Ludwika” („Ludwigsgluck”) – także wchodzącej w obszar późniejszej
kopalni „Pstrowski” – w niedzielę 19 listopada 1899 r. nastąpił pożar, który
spowodował zniszczenie pomp odwadniających oraz zalanie kopalni na okres 2
lat. Straty wyniosły 4 mln. marek. Wydobycie wznowiono dopiero w 1901 r., po
przeprowadzeniu odpowiednich prac modernizacyjnych, które były kontynuowane w
latach następnych.
W roku 1900 rozpoczęto drążenie szybu I ("koło Makoszów"), który początkowo
planowano jako wentylacyjny dla kopalni "Królowa Luiza". Był to pierwszy szyb
przyszłej kopalni "Makoszowy". Technika głębienia szybów makoszowskich
polegała na drążeniu nieprzepuszczalnej skały ciężkimi dłutami, które
poruszała maszyna parowa. Najpierw mniejszym dłutem drążono szyb pomocniczy,
aby na jego dnie zbierała się woda ze szlamem. Potem drugim dłutem szyb
poszerzano do rozmiarów odpowiadających jego przyszłej średnicy. W czasie
wiercenia muł i wodę usuwano tzw. łyżką. Później wyrobisko zabezpieczano
wodoszczelną obudową ze sobą stalowych pierścieni, tzw. tubingów. Najniższy z
nich miał mniejszą średnicę i był otoczony uszczelką z mchu. W jednym ze
współczesnych opisów, można przeczytać, że „wtłoczono wówczas w ocios wiele
ton siana, zużyto wiele płótna i innych materiałów...", aby opanować
zagrożenie kurzawką i zabezpieczyć szyb I wodoszczelną obudową. W przekazach
ustnych do naszych czasów przetrwały wieści o tym, że podobno całymi wagonami
zwożono wówczas do kopalni specjalnie barwioną słoninę, żeby robotnicy jej
nie mogli jeść, potem razem z chrustem upychano ją płatami między ocios i
tubingi... Mimo to napór kurzawki był nadal tak silny, że pompa parowa nie
była w stanie jej odprowadzać. Wyciągano ją więc kosztem urobku przez większą
część doby także kubłem. Po zabezpieczeniu kurzawki obudową tubingową
głębienie szybu z powierzchni wstrzymano, a jego dalsze drążenie – ze
względów oszczędnościowych – z poziomu 300 m prowadzono nadsięwłomem z
przekopu do chodnika podstawowego w pokładzie 507 kopalni "Guido". Tego, że w
szybie I prowadzono dalsze roboty może dowodzić wypadek zbiorowy z kwietnia
1904 r. Doszło wówczas do oberwania się pomostu roboczego, a trzej robotnicy
spadli na dno szybu ponosząc śmierć na miejscu.
Obserwuj wątek
    • Gość: roman adler Re: Miasto przemysłu IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.02.07, 22:16
      Inne fakty:
      Po II wojnie światowej kopalnie przechodziły bardzo trudny okres. Jedną z
      pierwszych wielkich akcji ratowniczych było gaszenie przez samą załogę
      otwartego ognia w rejonie szybu „Stanisław” kopalni „Jadwiga”
      (później „Pstrowski”) na poziomie 260 m pokładu 509 jeszcze zanim kopalnię
      przejęły władze polskie. Kiedy kopalniana drużyna ratownicza przystępowała do
      akcji węgiel w pokładzie o grubości 7 m był rozżarzony do czerwoności, drewno w
      obudowie chodnika uległo zwęgleniu, a ogień dochodził do położonych w pobliżu
      przekopu dostarczającego świeże powietrze obmurowań komory, w której znajdowało
      się kilka ton dynamitu i lignozytu oraz zapalniki i lonty. Ich wybuch mógł
      zniszczyć znaczną część kopalni. Można przypuszczać, że został on świadomie
      wywołany przez wycofujących się ze Śląska hitlerowców. Drużyna ratownicza w
      pierwszej kolejności musiała odciąć dopływ świeżego powietrza, który podsycał
      ogień, a następnie – opróżnić komorę materiałów wybuchowych. Po trzech dniach i
      nocach nieustannej akcji w temperaturze 80–90 stopni C dokonał tego pod
      kierunkiem sztygara Goldmana zespół, w skład którego wchodzili górnicy: Stefan
      Borowy, Franciszek Draszowski, Józef Grabka, Jan Liszka, Jan Malcharczyk, Emil
      Miklas, Karol Szmidt, Konstanty Szulc i August Zamisz. Na powierzchnie
      wyjechali całkowicie wyczerpani i poparzeni smołą, ale kopalnię uratowali.
      W sąsiedniej kopalni „Makoszowy” pożar na poziomie 300 m pokładu 504 wybuchł w
      VI przekopie 3 października tego roku. Zginął jeden górnik. W latach 1947 –
      1950 doszło do kilku pożarów w pokładach 504, 507, 509 i 510, najczęściej w
      wyniku przedostania się ognia z otmownych w poprzednich latach rejonów objętych
      pożarami. Szczęśliwie nie było ofiar śmiertelnych, ale ich gaszenie zmuszało
      załogę do wielkich poświęceń.
      W 1948 r. – gdy staliniści w PPR sięgali w Polsce po „dyktaturę nad
      proletariatem” – 30 marca o godzinie 12.45 doszło w tej kopalni do gwałtownego
      wypływu kurzawki. Spowodował on zawał znacznego odcinka pochylni, co wywołało
      silne tąpnięcie, po którym zawalił się dłuższy odcinek chodnika. Stanowił on
      drugim dojście do położonych między poziomami 320 i 400 m pokładu 504 dwóch
      filarów, przy których zostało odciętych 17 górników. Akcję ratowniczą
      poprowadzono z dwóch stron: na poziomie 400 m przebudowywano zawaloną pochylnię
      V, a z poziomu 320 zaczęto drążyć przecinkę do chodnika 14. Dopiero około
      godziny 18.00 udało się po kilku nieudanych próbach nawiązać kontakt odciętymi.
      Kiedy w następnych godzinach usunięto pierwszy zawał w pochylni okazało się, że
      na wysokości V chodnika była szansa przedostania się do uwięzionych droga przez
      zawalone chodniki. Było to przedsięwzięcie bardzo ryzykowne ze względu na
      możliwość kolejnego tąpnięcia, które mogło się zakończyć śmiercią ratownika.
      Mimo to do jego wykonania zgłosił się na ochotnika Karol Istel, rębacz z
      dwudziestoletnim doświadczeniem w kopalni. Udało mu się przebrnąć przez trzy
      zawały, dotrzeć do odciętych i wskazać im drogę wyjścia. Sam wydostał się z
      zagrożonej strefy następnego dnia po godzinie 3 przez niewielki otwór...
      W tym okresie doszło też do całkowitego zatopienia oddziału G XVI na poziomie
      530 m pokładu 504. Na miejscu zginęło dwóch górników, jednak w wybranej
      zabierce obok chodnika wentylacyjnego pozostało odciętych jeszcze pięciu.
      Dotarcie do nich było bardzo trudne, bo na odcinku prawie stu metrów zacisnęło
      chodnik wentylacyjny i pochylnię transportową. Szczęściem w nieszczęściu było
      to, że w chodniku wentylacyjnym pozostał nieuszkodzony rurociąg podsadzkowy,
      którym zespół ratowniczy kontaktował się z odciętymi, a nawet podawał im
      żywność. W tym czasie udało się wydrążyć specjalny chodnik o wąskim przekroju,
      którym wyprowadzono zagrożonych.
      W sąsiedniej kopalni „Pstrowski” (do 1 maja 1948 r. „Jadwiga”) w 1953 r. – gdy
      umarł Stalin, a wśród apartczyków partii stalinowskich, również w PRL
      rozpoczęła się wewnętrzna walka o władzę – na poziomie 260 m pokładu 509, w
      rejonie szybiku 79, czyli w partii zwanej skrzydłem drugim, obok wentylatora na
      skrzyżowaniu pojawił się otwarty ogień, który zaczął się rozprzestrzeniać wraz
      ze świeżym powietrzem po drewnianej obudowie. Kopalniana drużyna ratownicza
      podjęła próbę przedłużenia czynnego w tym rejonie rurociągu podsadzkowego o
      dwie długości pojedynczych rur, aby doprowadzić w pobliże ognia wodę i zalać
      zarzewie. W pierwsze fazie ratownicy pracujący w kombinezonach azbestowych, z
      aparatami tlenowymi na ramionach i w szczelnie nałożonych maskach musieli
      przenieść 200 kilogramowe rury na koniec rurociągu. Następnie trzeba było je
      dopiąć do kołnierza rury rurociągu, skręcić śrubami i podwiesić. Wszystko to w
      kłębach dymu ograniczających widoczność.
      Udało się wprawdzie założyć pierwszą rurę, jednak pierwsza grupa musiała się
      wycofać. Zastąpiła ją druga, która kluczami dokręciła śruby mocujące rurę.
      Tymczasem w wyrobisku wzrosła temperatura, tlen w aparatach zaczął się
      nagrzewać, a przewody gumowe – mięknąć. Gdy kolejna grupa czterech ratowników
      przyniosła drugą rurę, a dwóch innych ratowników po omacku dopasowywało otwory
      kołnierzy i próbowało dokręcić śruby kierownik akcji, inż. Stefan Madej mierzył
      temperaturę. Termometr rtęciowy jednak pękł. Znaczyło to, że temperatura
      przekroczyła 100 stopni C. Ratownicy po kolei doskakiwali z kluczami, robili
      kilka skrętów nakrętką i wycofywali się. Kiedy wreszcie udało się dokręcić rurę
      pirometr wskazywał 120 stopni C. Ogień ugaszono. Ratownicy odparzyli uszy, a w
      aparatach ratowniczych trzeba było wymienić nadtopione gumowe części...
      • Gość: roman adler Re: Miasto przemysłu IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.02.07, 22:17
        c.d.
        Kiedy po przełomie 1956 r. Gomułka zawarł z Chruszczowem kontrakt na
        zwiększenie dostaw polskiego węgla do ZSRR zaczął się okres budowy nowych
        kopalń i rozbudowy starych. Wówczas właśnie w kopalni „Makoszowy” doszło do
        najtragiczniejszej w jej historii katastrofy. Zaczęło się na nocnej zmianie, 28
        sierpnia 1958 r., tuż przed godziną pierwszą w przekopie IV na poziomie 300 m,
        na wysokości wjazdu do chodnika podstawowego, w pokładzie 412/2 na wschód
        podczas cięcia aparatem acetylenowym wystającej z ociosu żelaznej stropnicy.
        Najpierw zapaliła się drewniana opinka obudowy przekopu i kaszt drewniany.
        Potem – węgiel zalegający w pokładzie 412/2. Wkrótce ogień objął cały przekop
        IV na skrzyżowaniu z chodnikiem w pokładzie 412/2. Wraz z prądem świeżego
        powietrza gazy i dymy zaczęły się przedostawać do oddziałów: G-II, w pokładzie
        405/2, G-VI, w pokładzie 407/1, G-VIII w pokładzie 405/2, G-X w pokładzie 405/2
        oraz do oddziału robót przygotowawczych GR-IIa w pokładach 403/3 i 402.
        Zagrożonych zostało 337 górników.
        Górnicy z oddziału G-II ewakuowali się w kierunku przekopu IVb na poziom 300 m.
        Stamtąd przez rejon oddziału G-V w pokładzie 402 na poziom 400 m. Natomiast
        robotnicy z oddziałów G-VI, G-VIII, G-X i GR-Iia – przekopem III do wytycznej
        na poziomie 175 m. Tamtędy mieli się oddalić na zachód, pod szyb II.
        W tym czasie sztab akcji ratowniczej dokonał rozeznania sytuacji na poziomie
        175 m, jednak nie założył tam bazy ratowniczej. W sztabie dysponowano ośmioma
        zastępami ratowniczymi, ale nie wysłano ich w rejony ewakuacji z zagrożonych
        miejsc.
        Tymczasem o godzinie 2.00 na skrzyżowanie przekopu III z wytyczną wschodnią na
        poziomie 175 m dotarli ewakuujący się z oddziałów G-VI, G-VIII, G-X i GR-II.
        Wtedy jeszcze przekop III był nie zadymiony, natomiast wytyczną na poziomie 175
        m zalegał gęsty dym. Przedostał się on z poziomu 300 m przez tzw. "Duklę", w
        pokładzie 412/2. Prawdopodobnie gdyby istniała baza na poziomie 175 m można
        było ostrzec ewakuujących się przez skrzyżowanie przekopu III z wytyczną około
        90 górników o tym zadymieniu.
        Parę miesięcy wcześniej załogę dołową wyposażono w pochłaniacze ucieczkowe.
        Jednak ich wydolność obliczona była na 20 minut. Jednak dla wielu poruszających
        się w gęsto zadymionych wyrobiskach, zdezorientowanych ludzi owe 20 minut
        okazało się niewystarczające. Spowici dymami z obu stron, mieli przed sobą 650-
        metrowy odcinek wiodący zadymioną wytyczną od przekopu III do szybu II. Aż 42
        górników uległo wtedy śmiertelnemu zaczadzeniu. Tragedia polegała na tym, że
        gdyby od początku akcji ratowniczej działała baza na poziomie 175 m – można
        było rozpoznać możliwość wyprowadzenia ludzi z tego fatalnego skrzyżowania nie
        na zachód, ale w kierunku wschodnim, do wylotu z rejonu oddziału G XIII, bo
        odległość do tego miejsca wynosiła tylko 150 m, a dalej można było – względnie
        bezpiecznie – dojść do poziomu 300 m.
        Niestety, kierownik działu wentylacji, który powinien przez cały czas być na
        powierzchni, do dyspozycji kierownika akcji ratowniczej, od pierwszych chwil
        przebywał na dole doglądając gaszenia pożaru. Co więcej – sztab akcji
        powiadomił Okręgowy Urząd Górniczy w Gliwicach o pożarze dopiero o godzinie
        3.10, a pierwsze zastępy ratowników – zresztą bez precyzyjnego określenia
        zadań – wysłał około godziny 5.00 w stronę załogi oddziału G-II, o której było
        wiadomo, że wydostała się z zagrożonego rejonu oraz na poziom 300 m, aby pomóc
        wyprowadzić górników z oddziału G-X, których znacznie wcześniej ewakuowano na
        poziom 175 m. W stronę przekopu III, gdzie rozegrała się tragedia, pierwsze
        zastępy wysłano przez wytyczną na poziomie 175 m dopiero o godzinie 5.40.
        Dziesięć minut później ruszyły dwa następne, które idąc z poziomu 300 m przez
        rejon oddziału G-XIII do wytycznej na poziomie 175 m odnalazły po drodze zwłoki
        kilkudziesięciu górników.
        W katastrofie zginęło łącznie 72 górników, a 87 doznało zatrucia IV kategorii.
        Do 20 września trwało gaszenie pożaru, przy którym w ciężkich warunkach
        pracowały drużyny ratownicze z wszystkich kopalń Zabrzańskiego Zjednoczenia PW,
        z CSRG w Bytomiu i z innych kopalń.

        W kopalni „Zabrze” najpoważniejsza katastrofa nastąpiła 12 września 1961 r.
        Wówczas podczas zjazdu szybem „Zabrze II” – dawniej kopalnia „Zabrze Zachód” –
        doszło do zerwania się zawiesia linowego i jadący klatka górnicy spadli na dno
        szybu. Kilkunastu z nich zginęło. Komisja badająca przyczyny tej tragedii
        stwierdziła, że przyczyną katastrofy była wada konstrukcji zawiesia...
        Dnia 23 marca 1971 r. nastąpił zawał chodnika na poziomie 508 (780 metrów pod
        ziemią) w kopalni "Mikulczyce-Rokitnica" w Zabrzu. Ośmiu górników uratowano już
        w parę godzin po katastrofie, z pozostałych jedenastu jako jedyny przeżył
        Alojzy Piontek (ur. 1935, zm. 29 października 2005). W zawalonym na długości 70
        m chodniku znalazł się w nie przysypanej niszy. Tam przetrwał siedem dni pijąc
        swój mocz i żując drewno styliska łopaty. Ratownicy dotarli do niego rankiem 30
        marca. Wieczorem – wydobyli zwłoki pozostałych dziesięciu górników.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka