Dodaj do ulubionych

Małżeński kryzys na emigracji - pomocy!!!!!!

03.07.06, 05:27
Do wszystkich, którzy byli lub są w podobnej sytuacji - proszę, wypowiedzcie
się, bo już sama nie wiem czy to ja jestem winna, czy mi się tą winę wmawia.

Moja sytuacja wygląda tak. Ponad dwa lata w Anglii, ale ja wyjeżdżałam
kończyć studia w Polsce, więc dopiero od roku jesteśmy tak na 100% razem.
Mamy 2.5 letnie dziecko. I kłócimy się co weekend, no i jeszcze w tygodniu ze
2 razy.

Myślę, że wielu z Was, widząc mnie chlipiącą nad surowymi kotletami w kuchni,
zwiniętą w kącie z płaczu czy ocierającą łzy w kościele miałoby bardziej
ludzkie odruchy niż mój mąż - on stwierdził, że jego to "już" nie rusza, a
tak w ogóle to "przestań p***dolić" - tak mi dziś powiedział.

Powód jest prozaiczny - pieniądze. Mamy dług na karcie kredytowej - ok. 2000
funtów, i debet w banku - kilkaset funtów, regularnie redukowany. Od niedawna
sytuacja zaczęła się poprawiać, idzie ku lepszemu. Ale mój mąż, chociaż w
dużym stopniu jest odpowiedzialny za dług na karcie (wydał np 1000 funtów
zupełnie bez sensu mimo mojego wyraźnego "nie", pieniądze straciliśmy),
obwinia mnie za całą sytuację i stwierdził, że zakłada sobie klapki na oczy i
nie wolno (!) mi wydawać na nic, tylko na jedzenie. Ja nie jestem jakoś super
oszczędna, ale przecież nie da się nie kupować NIC dziecku, a przecież ja też
mam swoje potrzeby, czasem ktoś ma urodziny i trzeba kupić prezent itp.

Odwiedzali nas moi rodzice - są tu raz w roku, a on potrafił zrobić mi
awanturę i prawie nie odzywać się do mnie kilka dni, bo wydałam 35 funtów na
ubranie dla dziecka (jedziemy na wesele) i na prezent dla nowonarodzonego
dziecka mojej przyjaciółki. Nie tylko ignorował mnie, ale moich rodziców też,
trzeba go było prosić żeby z nami usiadł na patio (był zajęty czytaniem
książki), a jak już tam był to siadał 2 metry od wszystkich i prawie sie nie
odzywał, albo oglądał film na laptopie. Albo odwoził kolegę, który robił
sobie tatuaż, no i nie mógł być z nami... Tak było co dzień przez kilka dni.

Dodam, że przed ślubem był miły dla moich rodziców i nie zachowywał się w ten
sposób. W stosunku do mnie też był inny, nie rozkazywał mi, nie krzyczał,
nie "rządził". Teraz ja nie pracuję, zajmuję się dzieckiem, więc on
stwierdził, że jest za wszystko odpowiedzialny i ma prawo podejmować decyzje
nie konsultując ich ze mną.

Mam wrażenie, że kiedy pracowałam - w ciekawym zawodzie - byłam dla niego
atrakcyjna, a teraz jestem tylko kamieniem u szyi. Zawsze staram się okazywać
mu czułość, ale on tego nie odwzajemnia, nie chce się przytulać do mnie itp.
Czasem nawet jeśli wiem, że wina była po obu stronach, przepraszam go, żeby
już było dobrze, ale on nawet moje przeprosiny potrafi zbagatelizować ("tyle
razy przepraszasz i co z tego" - jak do dziecka!), wyśmiać, odrzucić.
Doskonale mu wychodzi ignorowanie i umniejszanie mnie, ma humory i zwykłe
fochy. I myśli że ma do tego prawo - by krzyczeć na mnie, obrażać się o byle
co itd.

Mam już tak serdecznie dosyć tego związku, że nawet nie boję się, czy sobie
poradzę jako samotna matka, bo wiem, że sobie poradzę - tyle razy w życiu
wychodziły mi niesamowite rzeczy, w które sama potem nie mogłam uwierzyć! Ale
mój mąż sprawił, że sama zaczynam wątpić czy jestem cokolwiek warta, czy będę
szczęśliwa... Kiedy mówię mu że nie mogę już tego wytrzymać, z ironicznym
uśmiechem pyta mnie "No i co zrobisz?" I ja przestaję wierzyć, że cokolwiek
mogę zrobić, chociaż coś we mnie krzyczy - a jeszcze zobaczysz.

Wiem, że on ciężko pracuje, ale też dobrze zarabia, i czasem po prostu myślę,
że on takim zachowaniem chce się mnie pozbyć i umyć od tego ręce - bo w razie
czego będzie na mnie że odeszłam. Pewnie byłoby mu beze mnie lepiej, tylko że
sam nie odejdzie bo mu głupio przed rodziną (bardzo zależy mu na zdaniu
swoich rodziców, którzy na pewno nie zaakceptowaliby tego, że on odszedł ode
mnie).

Czasem patrzę na niego i myślę, za co ja cię jeszcze kocham? Bo przecież go
kocham, a może kocham tylko swoje wyobrażenie nim, to jaki był przed ślubem.
A czasem, gdy cała trzęsę się z hamowanego płaczu, zastanawiam się, czy to
się kiedyś skończy. Jak spłacimy długi, znajdzie się kolejny powód by mnie
gnoić. Czy z takim człowiekiem mam się zestarzeć?

Jest wiele rzeczy, które są jego wadami, a które staram się obracać w żart i
jestem w stanie zaakceptować. Ale jego frustracja i sposób, w jaki ją na mnie
wyładowywuje sprawia, że czasem wolałabym go nigdy nie spotkac.

Mogłabym jeszcze napisać, że powiedział mi, żebym zrezygnowała z pracy, a
teraz wypomina mi, że nie pracuję, mogłabym rozpisywać się nad tym, jak
zmienił się po ślubie (diametralnie). Ale jeśli ktoś z Was doczytał do tego
miejsca, proszę, czy możecie mi coś poradzić? Wiem, że trudno wydawać o kimś
opinię, jeśli się nie zna tej osoby, ale istnieje taka kategoria ludzi,
którzy zupełnie inni są dla obcych ludzi, a inni dla "oswojonych". Dodam
tylko, że mój mąż nie ma ani jednej osoby, którą mógłby nazwać przyjacielem.
Sam mi zresztą to powiedział.

Z góry dziękuję za Wasze wypowiedzi.
Obserwuj wątek
    • edytkus Re: Małżeński kryzys na emigracji - pomocy!!!!!! 03.07.06, 07:15
      miniminitycityci napisała:

      > > Mam już tak serdecznie dosyć tego związku, że nawet nie boję się, czy sobie
      > poradzę jako samotna matka, bo wiem, że sobie poradzę

      oczywiscie ze sobie poradzisz!

      >cryingbardzo zależy mu na zdaniu
      > swoich rodziców, którzy na pewno nie zaakceptowaliby tego, że on odszedł ode
      > mnie).

      porozmawiaj z tesciami, ponarzekaj na meza, na pewno troche im glupio bedzie bo przeciez oni go
      wychowywali, moze uda sie im wplynac na meza skoro tak bardoz zalezy mu na ich opinii, a jesli nie
      lub ich interwencja przyniesie odwrotny skutek (maz stanie sie jeszcze bardziej arogancki) wtedy
      zabeirz dziecko i uciekaj od toksycznego potwora

      > Czasem patrzę na niego i myślę, za co ja cię jeszcze kocham?

      moze to nie milosc a przyzwyczajenie? a moze gdyby to byla milosc nie musialabys zadawac sobie
      takeigo pytania albo mialabys w 100% pewna odpowiedz?

      >Jak spłacimy długi, znajdzie się kolejny powód by mnie
      > gnoić.

      z drugiej storny, moze Ty sie za bardzo czepiasz o pieniadze i on w koncu skapitulowal? po
      pierwszych zdaniach Twojej wypowiedzi smiac mi sie zachcialo ze tak sie trzesiesz o niecale 3tys.
      dlugu, mysle ze w UK jest podobnie jak w USA a tu ludzie maja dlugi na setki tysiecy dolarow i nawet
      sie nad tym nie zastanawiaja a co mowic o odmawianiu sobie potrzeb codziennych

      >Dodam
      > tylko, że mój mąż nie ma ani jednej osoby, którą mógłby nazwać przyjacielem.
      > Sam mi zresztą to powiedział.

      a Ty masz?
    • 24lena najwazniejsze Twoje szczescie :) 03.07.06, 09:10
      Ja to moze i mloda jestem,ale swoje przezylam...bylam w podobnym zwiazku 4
      lata,dopuki pracowalam,dawalam pieniadze(nawet na paliwo zeby mnie zawiozl do
      pracy)bylo jakos,jego rodzinka zawsze mnie krytykowala,obiady jadal u mamy ja
      swoje wyrzucalam do smieci,siedzialam cicho,eee jestesmy razem czyli kocha...a
      dupa,dzieki bogu oczy mi sie otworzyly zanim zdecydowalismy sie na
      dziecko.Wiesz ile plakalam po rozsaniu...3 dni...i bylam sama,tylko ja...
      W miesiac pozniej poznalam zajebistego(sorrki za jezyk,ale inaczej niemoge)
      faceta,po miesiacu zamieszkalismy razem,po dwoch sie zareczylismy a po trzech
      wyjechalismy do UK ulozyc sobie zycie...zaczelismy starac sie o dziecko...no i
      sie zaczelo...WOJNA,to nic.pakowal mnie nieraz,poszarpalismy sie niedwa
      razy...zrezygnowalam...na dodatek okazalo sie ze jestem w ciazy...ale cos bylo
      miedzy nami mimo wszystko...w koncu,stracilam prace,ciaza,klotnia,tarzam sie po
      trawniku,a do domu dochodze zaciagnieta za wlosy,niewytrzymuje,pakuje to co
      moje i wychodze...zdebial...szukal mnie kilka godzin...ale najbardziej zabolalo
      go to ze jednak wyszlam,ze mimo tego iz niemialam pieniedzy zdecydowalam sie
      odejsc i to z "dzieckiem"...myslal ze bedzie mogl byc panem i sie przeliczyl
      (jak sie pozniej okazalo)
      dzieki tej ostatniej klotni i temu ze niepozwolilam soba pomiatac teraz
      jest...no wlasnie.Za ok 5 tyg ma sie urodzic nasz synek,od tamtego wieczoru
      minelo prawie pol roku i zadnej klotni,jasne czasami sie posprzeczamy,ale teraz
      on staje przy drzwiach zebym czasem niewyszla...ale ja juz niezamierzam
      wychodzic(szczerze to nie mam gdzie,za co i do kogo)Jest super,przezylismy juz
      chyba najgorsze chwile,teraz jest tak jak bysmy sie od nowa w sobie zakochali...
      Niezamieniala bym tego zwiazku na inny...KOCHAM GO,ale teraz tak naprawde!!!
      Jezeli doczytalas do tego momentu,oto moje zdanie:
      jestes mama i kobieta,jestes czlowiekiem,a wiec nalezy Ci sie szacunek,chociaz
      by przez wzglad na to ze urodzilas JEGO,wasze dziecko.Nie mysl o
      pieniadzach,dlugach itp...walcz o swoje uczucia,o to jak jestes
      traktowana...Twoje dziecko na to patrzy...widzi co "tatus"robi z mama!!!
      Niezatracaj wiary w siebie...nie jestes warta tylko tyle na ile on
      zdecyduje...jestes warta o wiele wiecej i niezapominaj o tym.
      Chce byc panem...pozwol mu byc panem ale swojego nie Twojego zycia,mieliscie
      byc rodzina,nie polkiem wojska z musztra co rano.Dasz sobie rade i bez
      niego...tylko czy on da sobie rade bez Ciebie,moze dlatego przepraszal,bo
      jednak czul sie winny,ale jego meska duma silniejsza znowu kazala zaczac to
      samo...nie ma przyjaciol...niema nikogo...ma tylko Ciebie!!!
      Slonce wiem ze jest Ci cholernie ciezko,napisze jak Ja bym zrobila,bo nieche
      niczego nakazywac...
      teraz TY SPROWOKUJ KLOTNIE,POWIEDZ CO CZUJESZ JAK SIE CZUJESZ I ZE NIECHCESZ
      SIE JUZ TAK CZUC...pakuj walizki,dziecko na rece i odejdz z podniesiona
      glowa,ze ostatnie slowo nalezalo do Ciebie...chcesz zmarnowac sobie
      zycie,swoje,dziecka...po co?dla czego i kogo...
      jestes szczesliwa...nie?...a chciala bys byc?...wiec bedziesz...tylko wez sie w
      garsc i teraz Ty badz pania swojego zycia...Myslami jestem z Toba,bedzie
      dobrze,bo musi byc,tylko uwierz w siebie...
      Albo on cos zrozumie...albo nie zrozumie i za pare chwil odetchniesz i ulozysz
      sobie SZCZESLIWE zycie...
      Jezeli bedziesz chciala sie wygadac...pisz na maila...o ile niedoradze to
      wyslucham,a to pomaga,szczegolnie jezeli ktos slucha...
      LENA
      lena69priv@wp.pl
    • jasmina2 Re: Małżeński kryzys na emigracji - pomocy!!!!!! 03.07.06, 10:16
      Też byłam w podobnej sytuacji dość niedawno.
      Bałam się że moje małżeństwo się rozpadnie ale naszczęście znów jest wszystko w
      porządku.
      Pisałaś, że pracowałaś. A dlaczego teraz nie pracujesz?
      U mnie wszystko się zmieniło jak postawiłam na swoim i powiedziałam, że chcę
      iść do pracy bo mam dość siedzieć w domu. W angli miałam tylko jego i on czuł
      się w naszym domu jak wódz, myślał że sobie nie poradzę. Nie znając dobrze
      języka jednak znalazłam sobie fajną pracę i dumna jestem z siebie, że zmieniłam
      coś w swoim życiu. Zaczęłam chodzić na spotkania z innymi mamami, poznałam
      ludzi i nie jestem już sama. Utrzymuję nawet dobry kontakt z moim kumplem który
      kiedyś był we mnie nawet zadurzony i również jest w angli i mój mąż czuje się
      troszkę zazdrosny. Zaczęłam o siebie dbać, ładnie wyglądać, robię smaczne
      obiadki, co niedziela ciasto i mój mąż nie ma znów problemów z okazywaniem
      swojej miłości.
      Może te pieniądze tak bardzo wpłynęły na wasze konflikty. U nas było podobnie.
      Jak tylko troszkę się odbiliśmy, to zrobiło się lepiej. Ja może wtedy od niego
      za dużo wymagałam, chociaż nie wydaje mi się. Może on czuł dyskomfort że nie
      może mi dać narazie tyle ile by chciał. Efekty jego ciężkiej pracy przychodziły
      mozolnie, i był przez to słaby na wszelkie (docinki) z czego wychodziły wielkie
      kłótnie.
      Najprosciej by było uciec ale przysięgałaś mu miłość na dobre i na złe wiec
      musicie sobie jakoś z tym poradzić. Na pewno ta zła passa w końcu minie i
      będzie już dobrze. Spróbuj może znaleźć sobie pracę.
      A z moimi rodzicami miałam tak samo. Też moj mąż siedział przed kompem,
      rozmawiał z kuplami przez skeypa, wnerwiały mnie te słuchawki na uszach - a ja
      siedziałam z rodzicami. Jak kiedyś na spokojnie z nim pogadałam dlaczego taki
      był, to aż sie zdziwiłam jego odpowiedzi. Podał bowiem za powód zachowanie
      moich rodziców; kupili nam mebelki, co chciał zrobić mój mąż jak tylko byłoby
      wiecej pieniędzy, mój tatuś - złota rączka chciała trochę nam pomóc w stylu -
      zmiana kranów, naprawa grzejnika itp - a to mojego męża dom, to on jest tu
      głową rodziny. I to go ubodło i siedział jak ten mół przed komputerem jak moi
      rodzice tu byli.
      Nie wiem jaki masz staż małżeński ale te pierwsze lata są chyba dość trudne, no
      może nie dla każdego małżeństwa.
      Moja starsza siostra kiedyś mi mówiła, że też często kłóciła się z mężem. Są
      już chyba 7 lat po ślubie i naprawdę tworzą kochającą rodzinkę. Więc głowa do
      góry, zadbaj tylko o siebie a twój mąż znów będzie kochający jak kiedyś. Bo
      może oni już tacy są, jak widzą uśmiech na twarzy swojej żony to czują się tacy
      dowartościowani i odpowiedzialni za to swoje szczęsliwe gnazdko. Spróbuj być
      szczęsliwa a na pewno zaowocuje to w twoim związku.
      Pozdrawiam Cie gorąco. A tak mi się przypomniało odnośnie tego słowa gorąco.
      Wybieracie się może gdzieś na urlop?
      Wiem że pieniądze i te sprawy, ale my w tamtym roku też ciężko staliśmy z kasą
      ale twierdziliśmy, że na małe wakacje da się coś uzbierać.
      Ale się rozpisałam, ciekawe czy doczytałaś do końca.
    • adanis Re: Małżeński kryzys na emigracji - pomocy!!!!!! 03.07.06, 11:46
      Mam znajomych w Anglii,zyja tam juz 1,5 roku. a dokladniej od pol roku osobno.
      Ciagle sie klocili.Ona zeby nie dostac szalu albo sie nie zameczyc
      zrezygnowala.Doszli do porozumienia,ze zamieszkaja osobno.Maja 2 synow 7i5lat.
      Odwiedzaja sie, sa na poziomie stosunkow kolezenskich. To wyszlo obojgu na
      dobre...
      Ona tez bala sie,ze nie da rady.Ale panstwo jej pomaga,dostaje na
      mieszkanie ,dodatek do wyplaty.Dodam,ze pomaga jej ,jej mama(sciagneli ja ze
      soba do dzieci).
      podsumujmy: same korzysci,stosunki dobre,lzejsze zycie,dziewczyna odzyla!
      on tez ma sie dobrze.
      • tijgertje Re: Małżeński kryzys na emigracji - pomocy!!!!!! 03.07.06, 21:12
        Czy my przypadkiem tego samego meza nie mamy? smile)))

        O nie, moj jeszcze potrafi mnie zwyzywac tak, ze nawet nie wiedzalam, iz takie
        slowa istnieja. Nie bede ci doradzac, bo nie jestem objektywna. Tez kiedys
        narzekalam strasznie na swojego meza, mialam straszne problemy z depresja, a
        wszystkie nasze problemy zaczynaly sie od pieniedzy, tak jak u was. Ja to nawert
        do fryzjera nie chodze, od lat tne czupryne sama, nosze dugie wlosy, a fryzjerow
        nie lubiesmile Przyjrzalam sie kiedys naszemu zwiazkowi i chyba troszke otworzylam
        oczy. Moj facet wypomina mi kazdy grosz, ale stawia wymagania, co mam JEMU kupic
        do jedzenia. Bo to ON zarabia pieniadze, nie ja. Z wielu powodow, za nacisjkiem
        meza musialam zrezygnowac z pracy, siedze w domu, zajmuje sie 2 i poletnim
        urwisem, a wedlug niego nie robie zupelnie nic. I to nie chodzi o to, ze wydaje
        za duzo, chodzi glownie o to ze JA wydaje JEGO pieniadze. Jak sidzisz w domu, to
        facet niestety czesto tak reaguje. Ja sobie znalazlam fajne hobby, przestalam sie przejmowac, nie reaguje na zaczepki, czasem sie strasznie klocimy, ale wiesz
        co? Siadlam kiedys i rozwqazylam wszystkie za i przeciw naszego zwiazku. I wiesz
        co? Zadne malzenstwo nie jest idealne. Jak ktos tak o swoim mowi, to mu nie
        wierz. Mi nie jest latwo odejsc, bo nie mam do czego wracac. Na rodzine za
        bardzo nie moge liczyc, ( z dwojga zlego wole meza niz mameuncertain ), ze wzgledu na
        problemy ze zdrowiem nie moge podjac kazdej pracy, a na taka, o ktorej marze nie
        ma szans. No i dziecko. Uwielbia tate, a ja nie wyobrazam sobie, zebym musiala
        harowac jak wol dniami i nocami, zeby utrzymac siebie i dziecko nie majac niczyjej pomocy i pozwalajac zeby zlobek mi wychowywal dziecko. Kiedys w naszym
        zwiazku widzialam glownie to, co zle. Teraz widze wiecej. Problem w duzej mierze
        lezal po mojej stronie. Mimo, ze dalej maz mi robi niespodziewane awantury o
        nic, liczy kazdego centa juz tak bardzo sie tym nie przejmuje. Ten typ widocznie
        tak juz ma i go nie zmienie, wiec musze sie przystosowac. Na pewno nie jest
        dobrze, ale latwiej sobie radze z sytuacja. Wiem, jak jest ciezko, jezeli jestes
        sama i nie mozesz liczyc na niczyja pomoc. Nie bronie twojego meza, ale sproboj
        spojrzec na wasze malzenstwo objektywnie. JAk bys sie czula, gdybys ciezko
        zarabiala, a partner tylko zrzedzil, ze na to czy na tamto nie ma? Pewnie
        kazalabys mu szukac roboty i przestac narzekac. Niestety... Wiem, ze w zasadzie
        to wspolne pieniadze, ale z punktu widzenia zarabiajacego zawsze to jednak
        inaczej wyglada. Jezeli zalezy ci choc troche na tym zwiazku, to sprobuj z moim
        eksperymentem: Przez miesiac zadnego komentarza na temat pieniedzy, zakupy tylko
        spozywcze z lista. Zobaczysz, czy cos sie zmieni. Moze twoj maz cie kocha, ale
        sprawy finansowe, twoje narzekanie i dlugi tak go frustruja, ze sie od ciebie
        odsuwa? Przemysl to. Faceci sa dumnymi stworzeniami i nawet jesli sie do tego
        nie przyznaja, to do szlu ich doprowadza, jezeli nawet ciezko pracujanie sa w
        stanie zapewnic dostatniego bytu rodzinie. Zycze ci duuuzo optymizmu i
        objektywizmu. Prawda zwykle lezy gdzies posrodku i nie zawsze chodzi o to, kto
        jest winny. Zwykle wina lezy w sytuacjach, zbiegach okolicznosci, co owocuje
        stresem, irytacjami, wojnami i rozpadem kochajacych sie malzenstw. Powodzenia!
    • miniminitycityci Dziękuję!!! Już odpowiadam. 03.07.06, 18:49
      Dziękuję Wam za rady i wsparcie i już odpowiadam na pytania.

      Nie trzęsę się nad naszymi długami (dobrze że to napisałaś, wlasnie tak samo
      jak Ty myslę) wiem że ludzie maja większe i wiodą spokojne życie. To właśnie mu
      powiedziałam, a on odpowiedział mi żebym wlasnie przestala p###olic, on nie
      chce miec dlugow i juz. Wiem ze tu chodzi o cos wiecej niz pieniadze, ale on
      chyba sam nie wie o co. O wakacjach nie ma mowy, bo on nie chce nawet o tym
      słuchac, zaczyna krzyczec itp.

      Ja mam trzy serdeczne przyjaciółki, ale tylko jedna z nich mieszka blisko, obie
      mamy dzieci i problemy z mężami, druga w tym miesiącu bierze slub, a trzecia
      wlasnie urodzila dzidziusia. Skąd to pytanie, czy mam przyjaciół?

      Teściom się nie mogę poskarżyć, bo oni mnie po prostu nie lubią, zresztą raczej
      nie mieszamy ich w swoje sprawy, chyba że coś bardzo bardzo poważnego.

      Już raz odeszłam z dzieckiem, ale on nawet nie zadzwonił gdzie jesteśmy,
      uwierzycie że to ja do niego zadzwoniłam, i to na drugi dzień??? Po 3 dniach
      jego mama przekonała go żeby wybąkał coś w rodzaju przeprosin, a ja już byłam
      zmęczona i po prostu wróciłam. Ale było jeszcze gorzej i dotąd mi to wypomina.

      Trudno mi zadbac o siebie, bo kasę na siebie wydaję ukradkiem, kiedy już muszę
      isc do fryzjera, wypomina mi to pół roku - serio.

      Kiedy mówię mu co czuję, zaczyna krzyczeć, że sa wazniejsze sprawy, a jak ja
      mowię, że nie może odmawiać mi prawa żebym czuła to co czuję i wyrażała swoje
      zdanie, on po prostu ignoruje moje słowa i zaczyna mówić o czymś innym, albo
      przestaje ze mną rozmawiać ("muszę iść spać, jutro mam ciężki dzień" - a potem
      siedzi przed kompem)

      Szukam pracy ale kończę też pisać swoją pracę magisterską i to wszystko się
      komplikuje. Nie ma prostego wyjścia, oczywiście najprościej byłoby odejść, ale
      ja wiem że on potrafi być inny, że może być nam dobrze mimo wszystko, może
      kiedy spłacimy długi? Jak napisała jedna z Was - uciec jest najprościej, ale
      czy nie będę sobie potem wyrzucać, że nie próbowałam, chociaż przysięgałam?
      Małżeństwem jesteśmy od trzech lat. Wiem, że jeśli miałabym układać sobie życie
      na nowo, to im wcześniej tym lepiej. Ale... Czy ja tego chcę? Z mojej strony to
      dalej jest miłość, nie przyzwyczajenie, ale już tracę siły.

      Jeszcze raz Wam dziękuję. Jakoś to będzie, prawda?
      • znikad Re: Dziękuję!!! Już odpowiadam. 03.07.06, 21:18
        Jestem rozwiedziony, mamy 3 dzieci. Jestesmy w calkiem dobrych ukaldach. Po
        rozwodzie dzieci mieszkaly 3 lata z moja ex, teraz sa na 3 lata ze mna. Potem
        znow zmiana. To tytulem wstepu. Przeczytalem uwaznie Twoje 2 posty. Mysle tak -
        jesli chcesz uratowac malzenstwo, musicie splacic dlug niezaleznie od tego, co
        Ty o tym myslisz. Gdy splacicie dlug i bedziecie na czysto, musicie usiasc i
        pogadac na spokojnie o oszczedzaniu, odkladaniu, zobowiazaniach finansowych -
        no o pieniadzach w ogole. Ale dopoki dlugu nie splacicie, faktycznie - zero
        wydatkow procz jedzenia. 2000 funtow mozna splacic w miare szybko jak sie
        zacisnie pasa i tu nie ma przepros. To pod warunkiem, ze widzisz sens ratownia
        malzenstwa. Jesli nie chcesz go ratowac, wyprowadz sie jak najszybciej i
        zacznij sama zarabiac - wtedy pewnie docenisz pieniadze ale to juz inna sprawa.
        Sciagnij z faceta ile sie da na dziecko i ukladaj sobie zycie jako samotna
        matka. Im szybciej to zrobisz, tym lepiej dla wszystkich zainteresowanych,
        szczegolnie dla dziecka. Takie tam poplakiwanie w kuchni nad kotletem to
        naprawde zadnego normalnego faceta nie rusza. Przeciez my tez wiemy kiedy
        kobiety probuja nami manipulowac.
        Serdecznie Ci radze podejmij decyzje albo-albo z pelna swiadomoscia, ze zadna
        nie zagwarantuje Ci wygodnego i przyjemnego zycia przez najblizszych kilka
        miesiecy. Pytanie tylko jest takie - ktore klopoty bedzie Ci latwiej zniesc?
        Bycie sama czy bycie z mezem? Ale na to to juz Ty sama musisz sobie
        odpowiedziec przed lustrem.
        Zycze Ci odwagi w podejmowaniu decyzji i konsekwencji w jej realizacji. Good
        luck!
        • miniminitycityci Re: Dziękuję!!! Już odpowiadam. 04.07.06, 00:52
          Ooo! Męski głos w dyskusji.

          Cieszę się, że napisałeś.

          Czy żałowałeś kiedyś decyzji o rozwodzie? Chcieliście się zejść z powrotem? Jak
          przeżyły to dzieci?

          Pewnie masz rację z tym albo-albo. Problem w tym, że po to się jest ze sobą
          przed ślubem, mieszka się razem itd, żeby potem nie było zaskoczeń i
          niespodzianek. A mój mąż mi ich zgotował sporo. Z partnera przedkładającego
          dobro związku nad wszystko inne zmienił się w despotę, ziejącego
          przekleństwami, mrukliwego i gburowatego. A teraz ja mam decydować - czy
          zaakceptować taką "wkładkę" do wspólnego życia, czy zabierać dziecko i jako
          rozwódka układać sobie życie na nowo. A gdzie tu partnerstwo, kompromisy itd?

          Przed ślubem zarabiałam, a mój mąż żył z kredytu studenckiego, którego nigdy
          nie wystarczało. Ale wszystko było wspólne i jakoś się godziliśmy. Teraz on
          zarabia i jest panem sytuacji - na zasadzie - co twoje to moje a co moje to
          wara od tego. Gdzie tu logika?

          Manipulacja to coś innego niż wyrażanie uczuć, które ma każdy człowiek. Skoro
          zresztą wiem, że mój mąż ignoruje mój płacz, jaki miałabym cel w
          samoupokarzaniu się (jeśli płacz miałby jakiś cel), skoro wiem jak on do tego
          podchodzi?

          Mimo wszystko będę walczyć o ten związek, nawet jeśli tylko ja będę musiała
          wykazywać się elastycznością. Nie przeraża mnie perspektywa bycia samotną mamą,
          czy rozwódką, tylko to, że byłabym bez niego, może z innym facetem ale bez
          niego, a przecież właśnie jego kocham. Mam nadzieję, że opcja ze spłaceniem
          długu i poważną rozmową poskutkuje.

          Cieszę się, że spotkałam tyle życzliwych dusz na tym forum. Daliście mi dużo
          dużo siły, naprawdę.
          • ediish Re: Dziękuję!!! Już odpowiadam. 04.07.06, 14:01
            Hmm... Ja tez sie mazalam, plakalam 'nad kotletami'... Po trzeciej 'totalnej'
            klotni zadzwonilam na policje...jak przyjechali moj maz zdebial..nie sadzil, ze
            moge odwazyc sie na taki krok (chociaz to nic wielkiego moim zdaniem).
            Znalazlam prace-pracuje w weekendy co nie koliduje z praca mojego meza-ma wolne
            i zajmuje sie wtedy Dzidkiem, dostaje wyrownanie do wyplaty z racji malej
            liczby godzin (zawsze to swoj grosz) niebawem urodzi nam sie drugie dziecko...
            I wiesz co? Nadal sa klotnie, moze nie takie jak rok temu ale sa.Jestem
            przekonana, ze dam sobie sama rade z dwojgiem dzieci... On tez o tym wie i wie
            ile moze stracic...
            W moim przypadku skuteczna okazala sie kontra.. Udowodnilam, ze nie jest
            niezastapiony a ja nie jestem beczaca smarkula...
            • znikad Miniminitycityci 05.07.06, 15:39
              Odpisalem na Twoj adres gazetowy.
    • amb25 Re: Małżeński kryzys na emigracji - pomocy!!!!!! 05.07.06, 20:00
      Witaj
      Strasznie przykro czytać, że ktoś znajduje się w takiej sytuacji.
      Ja na męża narzekać nie mogę, choć też nie pracuję i niedługo będziemy mieć
      długi (bo kochany US dowalił nam dodatkowo 750 E/miesięcznie podatku - o jak ja
      ich kocham!!! bo HR zapomnieli wcześniej nas poinformować o koniecznośći
      odprowadzenia podatku od pewny sum). Też zaciskamy pasa i rzeczywiście wydajemy
      tylko na jedzenie, bilety, fryzjera, oraz mydła i pasty do żebów żeby nie popaść
      w długi.
      Gdy mój mąż narzeka, że mu obiad nie smakuje to mu mówię, że kucharka drożej
      kosztuje niż żona i ma siedzieć cicho. I w ogóle tłumaczę mu od czasu do czasu
      ile ja poświęciłam, że z nim przyjechałam za granicę (choć po prawdzie sama
      chciałam czegośnowego) i ile kosztuje moja praca - bo np. zajmuję się jego
      dzieckiem (no w połowie jego). To tak profilatkycznie - żeby nie doszło do
      takich sytuacji jak opisujecie.
      Ale najważniejsze co chciałam napisać to to, że jeśli zaczaynają się kłótnie o
      pieniądze to tak na prawdę chodzi o coś innego. Pieniądze to tylko przykrywka.
      To nie one są przyczyną.
      A żeby problem rozwiązać trzeba znaleźć prawdziwy powód.
      Jak skończą się problemy z pieniędzmi za jakiś czas pojawią się inne.
      Pzdr
      • california89 TAKA PRAWDA........ 05.07.06, 21:26
        NIe ktore odpowiedzi to wogole smiech na sali dla mnie...no ale kazdy ma prawo
        do swojej opinii. Jesli chodzi o Twoj zwiazek to nie bardzo widze wyjscie na
        lepsze. A zgadzam sie z poprzedniczka ktora napisala ze jesli klotnie sa o
        pieniadze to tak naprawde chodzi o cos innego. Pieniadze maja prawo stresowac i
        albo ulatwiaja zycie lub utrudniaja. Watpie ze taki wspanialy facet jakiego
        opisujesz stal sie tak podly tylko ze wzgledu na dlug 2000 funtow. Uwazam ze
        ten dlug to tylko "icing on the cake" jak to sie mowi i ze problem byl przed
        tym.
        Rozumimem ze zastanwiasz sie czy jak odejdziesz to potem nie bedziesz sobie
        pluc w brode. Mysle ze nie jesli to co piszesz jest 100% prawda. Probowac
        mozna w malzenstwie i uwazam ze wszyscy powinni ALE do czasu. Niektorzy ludzie
        mecza sie cale zycie bo pamietaja jaka ta osoba byla kiedys. Niespodzianki
        moga byz zawsze nawet jesli sie z kims mieszka na poczatku....ludzie potrafia
        sie zmienic na gorsze szybcziej i czesciej niz na lepsze. Uwazam ze powinnas
        sprobowac podjac jedna wazna rozmowe z nim i nawet sugeruje "counseling" dla
        Waz bo sami niz tak NA PRAWDE nie zmienicie sami....potrzebna jest 3 objektywna
        osoba. Oczywiscie ta rozmowa lub counseling sa tylko mozliwe jesli oboje
        jestescie za tym aby uratowac zwiazek......jedna nie urtauje tonacego zwiazki
        jesli ta druga nie pomoze. WIec jak to nie wyjdzie do uciekaj daleko od
        toksycznego chlopa. Na poczatku bedzie bardzo ciezko ale dzien za dniem
        latwiej i pomysl tylko jak dobrze bedziesz sie czula po tym wszystkim. Jesli
        kochasz to nie znaczy ze nie powinnas odejsc......ta milosc ma bys z obu stron
        bo jedna osoba nie moze kochac za dwoje w takim zwiazku.
        I to tylko podsumuje tak........jesli on nawet nie potrafil zadzwonic za Toba i
        dzieckiem jak odeszlas to DO CZEGO Ty wrocilas? Nie watpie ze jest gorzej
        teraz bo on wie ze Ty i tak nie jestes zdolna odejsc i nie bierze sie serio.
        Jak facet Cie nie bierze serio to walka stracona. I dodam jeszcze to ze jesli
        myslisz ze ten zwiazek nie odbija sie negatywnie na dziecku to sie
        mylisz.....obojetnie jak bys sie kryla to dziecko zawsze wie. Wierz me z
        doswiadczenia..............bylam w zwiazku ktory byl poprostu nie zdrowy mowiac
        delikatnie. Dziecka nie mialam i bylam bardzo mloda ale teraz wiem co to
        znaczy zwiazek prawdziwy (sa klotnie ale dobre momenty sa DUZO czesciej niz
        zle) wiec wiem ze to prawdziwe i normalne. Jesli klotnie sa czesciej niz
        czulosc i usmiech to tak jak mowie uciekaj gdzie pieprz rosnie. Pozdrawiam i
        mam nadzieja ze podejmiesz dobra decyzje.
        • maud007 Re: TAKA PRAWDA........ 07.07.06, 17:07
          Ja byłam w prawie identycznej sytuacji wieć nie bede sie powtarzac i
          skarżyć.poprostu kupiłam sobie bilet po roku mieszkania w WB i wróciłam z 2,5
          letnia córka do Polski. Wróciłam do pracy i daje sobie rade.uwarzam że naprawde
          było mi to potrzebne bo mogłam udowodnić coś sobie że wbrew słowom mojego męza
          potrafie sobie radzić bez niego i to nie tylko finansowo. On na razie został i
          widzieliśmy sie tylko podczas jego urlopu przez 3 tyg ale chyba dużo zrozumiał
          przez pare miesięcy bedąc sam i jak to sam powiedział ze w pewnym sensie jest
          ze mnie dumny że sobie świetnie radze bez niego.Na razie sami nie wiemy co
          dalej bo ja mam prace tutaj a on dobrą tam ale mamy czas żeby sie zastanowić
          nad przyszłością.Nie chce wcale rozstawać się z nim definitywnie ale teraz jest
          mi łatwiej stawiac na swoim mając grunt pod nogami i oparcie w rodzinie niż
          bedąc zdana na niego w obcym kraju i bez możliwości pracy zarobkowej( wcale nie
          z powosdu braku kwalifikacji lub nieznajomości języka tylko małego dziecka) Nie
          lubie nikomu doradzać ale ja nie żałuje że wróciłam bo to że byłam wykończona
          psychicznie odbijało sie także na dziecku.
          Teraz ma uśmiechnietą mame która ma ciągle nadzieje że kiedyś będzie miało
          dwoje uśmiechnietych rodziców i to na raz.
          trzymaj się...
    • izabelski Re: Małżeński kryzys na emigracji - pomocy!!!!!! 07.07.06, 17:26
      zglos sie do moderatorek forum
      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=24028
      jest wiele rzecy ktore mozesz zrobic dla siebie
      warto, zebys poczytala ksiazki na temat przemocowcow

      zycze wytrwalosci i powodzenia w podjeciu rozwaznych decyzjii
    • moniska11 Re: Małżeński kryzys na emigracji - pomocy!!!!!! 09.07.06, 20:45
      Smutno mi strasznie czytajac te wasze historie. Moj maz nie nalezy do idealow,
      ale nie wyobrazam sobie takiego traktowania. Powiedzialas, ze moze sie zmieni
      jak splacicie dlugi-NIE ZMIENI SIE!!! Nie wierze, ze dlugi, pieniadze moga byc
      przyczyna braku szacunku do wlasnej zony, ktora pracuje w domu, gotuje,
      sprzata, pierze, robi zakupy i opiekuje sie dzieckiem 24 godziny na dobe.
      Czasem mysle, ze gdyby moj maz mial tyle obowiazkow w ciagu dnia ile ja mam to
      by nawet polowy z nich nie zrealizowal. On Cie nie szanuje i nie docenia, a to
      nie ma nic wspolnego z dlugami. Czy ty jestes w stanie go krzywdzic tak jak on
      Ciebie krzywdzi? Czy ty jestes w stanie go wyzywac, poniewierac tak jak on to
      robi? Pewnie nie.Milosc do drugiego czlowieka powinna polegac przede wszystkim
      na dawaniu nie oczekujac niczego w zamian. I nie chodzi tu glownie o dobra
      materialne, ale o wzajemny szacunek, zrozumienie. On uwaza, ze pracuje ciezko i
      zarabia na dom. To jego zas...ny obowiazek. Biorac slub powinien sobie zdawac
      sprawe, ze zaklada rodzine i ma o nia dbac. Tak jak ty dbasz o niego piorac mu
      koszulki i robiac obiadki itd. Mysle, ze faceci myla obowiazki z tym co jest
      poswieceniem. Dlatego tak czesto uwazaja, ze pracujac poswiecaja sie rodzinie.
      Smieszne!!! Moj tez tak uwazal. Na szczescie udalo mi sie zmienic jego
      swiatopoglad. Dotarlo do niego po 7 latach, ze zakladajac rodzine ma obowiazek
      na nia pracowac. A poswieceniem jest to, ze pojdzie ze mna na romans do kina
      udajac, ze sie dobrze bawi.
      Gdybym byla w twojej sytuacji spakowalabym sie i szybko ulotnila. Znam kobiete
      z 3 dzieci, ktora wyszla z domu od takiego meza z 2 walizkami i oczywiscie z
      dziecmi. Przez kilka miesiecy mieszkala z dzieciakami w jednym pokoju i bardzo
      bylo jej ciezko. Ale teraz kobietka jezdzi super fura, jest na wysokim
      stanowisku i swietnie sobie radzi. Sama do wszystkiego doszla i twierdzi, ze
      maz ja ograniczal i nie pozwalal rozwinac skrzydel. Dopiero jak odeszla zaczela
      byc soba. I jeszcze jedno. Czy myslisz , ze twoje dziecko lepiej bedzie
      dojrzewalo w piekle "domowego ogniska",patrzac na Ciebie zestresowana i smutna
      ( ale z tatusiem przy boku), czy raczej widzac jak sie smiejesz mimo, ze tatus
      juz nie jest mezem mamusi i nie musi dalej wysluchiwac klotni i wyzwisk. w tej
      calej sytuacji zawsze najbardziej cierpia dzieci. Niestey wiekszosc rodzicow
      nie zdaje sobie z tego sprawy.Sama pochodze z takiej toksycznej rodziny i do
      tej pory nie moge wyleczyc sie z tego co przezylam i widzialam. Przysieglam
      sobie, ze moje dziecko nigdy na takie sceny patrzec nie bedzie. Jak do tej pory
      trzymam sie swojej obietnicy a moja corcia jest bardzo szczesliwa i wesola
      dziewczynka.
      Cokolwiek zadecydujesz zycze Ci aby to byla sluszna decyzja.Pamietaj tylko, ze
      masz jedno zycie i zaslugujesz na to aby byc szczesliwa!!!
      • hanula Re: Małżeński kryzys na emigracji - pomocy!!!!!! 09.07.06, 23:22
        moniska11 napisała:

        > Powiedzialas, ze moze sie zmieni
        > jak splacicie dlugi-NIE ZMIENI SIE!!!

        > Moj tez tak uwazal. Na szczescie udalo mi sie zmienic jego
        > swiatopoglad.

        Czyli zmiana jest możliwa czy nie jest?
        • moniska11 do hanula 11.07.06, 13:41
          Chyba nie dokladnie przeczytalas moj post. Napisalam , ze nie zmieni sie w
          kwestii szacunku do zony. Moj maz mnie zawsze szanowal. Natomiast byl moment ,
          ze uwazal iz pracujac na rodzine sie poswieca. Co na szczescie wybilam mu z
          glowy.
    • miniminitycityci To znowu ja. Na razie spokój 10.07.06, 00:25
      Podbudowują mnie historie mam, które nie dały się stłamsić i "uciekły od
      toksycznych potworów". Cieszę się że piszecie. Sciskam Was mocno - wirtualniesmile

      Ja postanowiłam jeszcze powalczyć o swoje małżeństwo, ale wszystko ma swoje
      granice, jak zauważyła jedna z Was. Zbieram w sobie siły a jednocześnie staram
      się ustępować w kwestii pieniędzy, każdy wydatek ustalamy itp. Widzę, że on też
      chce zgody, przeprosił mnie za swoje zachowanie przy moich rodzicach, godzi się
      że niektóre wydatki są konieczne. Nasze małżeństwo ma jeszcze szansę
      powodzenia, mimo wszystkiego co się stało.

      Chciałabym skorzystać z counselingu (nie wiem czy dobra pisownia) albo poszukać
      polskiego psychologa, wiem że to pomogłoby nam lepiej się zrozumieć. Nie
      chciałabym niczego pominąć, niczego co może nam pomóc.

      Jeszcze raz serdeczne dzięki wszyskim którzy wypowiedzieli się w tym wątku, a
      także znikad, który opowiedział mi w mailu swoją historię (wkrótce odpiszę,
      przepraszam za zwłokę).

      Babeczki! Wszystkie jesteście naprawdę super - i te które wygrały swoje
      małżeństwo, i te, które wygrały swoje życie poza małżeństwem. Obym znalazła w
      sobie tyle siły co Wy - choć podobno Bóg nie zsyła nam więcej cierpień niż
      bylibyśmy w stanie znieść.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka