miniminitycityci
03.07.06, 05:27
Do wszystkich, którzy byli lub są w podobnej sytuacji - proszę, wypowiedzcie
się, bo już sama nie wiem czy to ja jestem winna, czy mi się tą winę wmawia.
Moja sytuacja wygląda tak. Ponad dwa lata w Anglii, ale ja wyjeżdżałam
kończyć studia w Polsce, więc dopiero od roku jesteśmy tak na 100% razem.
Mamy 2.5 letnie dziecko. I kłócimy się co weekend, no i jeszcze w tygodniu ze
2 razy.
Myślę, że wielu z Was, widząc mnie chlipiącą nad surowymi kotletami w kuchni,
zwiniętą w kącie z płaczu czy ocierającą łzy w kościele miałoby bardziej
ludzkie odruchy niż mój mąż - on stwierdził, że jego to "już" nie rusza, a
tak w ogóle to "przestań p***dolić" - tak mi dziś powiedział.
Powód jest prozaiczny - pieniądze. Mamy dług na karcie kredytowej - ok. 2000
funtów, i debet w banku - kilkaset funtów, regularnie redukowany. Od niedawna
sytuacja zaczęła się poprawiać, idzie ku lepszemu. Ale mój mąż, chociaż w
dużym stopniu jest odpowiedzialny za dług na karcie (wydał np 1000 funtów
zupełnie bez sensu mimo mojego wyraźnego "nie", pieniądze straciliśmy),
obwinia mnie za całą sytuację i stwierdził, że zakłada sobie klapki na oczy i
nie wolno (!) mi wydawać na nic, tylko na jedzenie. Ja nie jestem jakoś super
oszczędna, ale przecież nie da się nie kupować NIC dziecku, a przecież ja też
mam swoje potrzeby, czasem ktoś ma urodziny i trzeba kupić prezent itp.
Odwiedzali nas moi rodzice - są tu raz w roku, a on potrafił zrobić mi
awanturę i prawie nie odzywać się do mnie kilka dni, bo wydałam 35 funtów na
ubranie dla dziecka (jedziemy na wesele) i na prezent dla nowonarodzonego
dziecka mojej przyjaciółki. Nie tylko ignorował mnie, ale moich rodziców też,
trzeba go było prosić żeby z nami usiadł na patio (był zajęty czytaniem
książki), a jak już tam był to siadał 2 metry od wszystkich i prawie sie nie
odzywał, albo oglądał film na laptopie. Albo odwoził kolegę, który robił
sobie tatuaż, no i nie mógł być z nami... Tak było co dzień przez kilka dni.
Dodam, że przed ślubem był miły dla moich rodziców i nie zachowywał się w ten
sposób. W stosunku do mnie też był inny, nie rozkazywał mi, nie krzyczał,
nie "rządził". Teraz ja nie pracuję, zajmuję się dzieckiem, więc on
stwierdził, że jest za wszystko odpowiedzialny i ma prawo podejmować decyzje
nie konsultując ich ze mną.
Mam wrażenie, że kiedy pracowałam - w ciekawym zawodzie - byłam dla niego
atrakcyjna, a teraz jestem tylko kamieniem u szyi. Zawsze staram się okazywać
mu czułość, ale on tego nie odwzajemnia, nie chce się przytulać do mnie itp.
Czasem nawet jeśli wiem, że wina była po obu stronach, przepraszam go, żeby
już było dobrze, ale on nawet moje przeprosiny potrafi zbagatelizować ("tyle
razy przepraszasz i co z tego" - jak do dziecka!), wyśmiać, odrzucić.
Doskonale mu wychodzi ignorowanie i umniejszanie mnie, ma humory i zwykłe
fochy. I myśli że ma do tego prawo - by krzyczeć na mnie, obrażać się o byle
co itd.
Mam już tak serdecznie dosyć tego związku, że nawet nie boję się, czy sobie
poradzę jako samotna matka, bo wiem, że sobie poradzę - tyle razy w życiu
wychodziły mi niesamowite rzeczy, w które sama potem nie mogłam uwierzyć! Ale
mój mąż sprawił, że sama zaczynam wątpić czy jestem cokolwiek warta, czy będę
szczęśliwa... Kiedy mówię mu że nie mogę już tego wytrzymać, z ironicznym
uśmiechem pyta mnie "No i co zrobisz?" I ja przestaję wierzyć, że cokolwiek
mogę zrobić, chociaż coś we mnie krzyczy - a jeszcze zobaczysz.
Wiem, że on ciężko pracuje, ale też dobrze zarabia, i czasem po prostu myślę,
że on takim zachowaniem chce się mnie pozbyć i umyć od tego ręce - bo w razie
czego będzie na mnie że odeszłam. Pewnie byłoby mu beze mnie lepiej, tylko że
sam nie odejdzie bo mu głupio przed rodziną (bardzo zależy mu na zdaniu
swoich rodziców, którzy na pewno nie zaakceptowaliby tego, że on odszedł ode
mnie).
Czasem patrzę na niego i myślę, za co ja cię jeszcze kocham? Bo przecież go
kocham, a może kocham tylko swoje wyobrażenie nim, to jaki był przed ślubem.
A czasem, gdy cała trzęsę się z hamowanego płaczu, zastanawiam się, czy to
się kiedyś skończy. Jak spłacimy długi, znajdzie się kolejny powód by mnie
gnoić. Czy z takim człowiekiem mam się zestarzeć?
Jest wiele rzeczy, które są jego wadami, a które staram się obracać w żart i
jestem w stanie zaakceptować. Ale jego frustracja i sposób, w jaki ją na mnie
wyładowywuje sprawia, że czasem wolałabym go nigdy nie spotkac.
Mogłabym jeszcze napisać, że powiedział mi, żebym zrezygnowała z pracy, a
teraz wypomina mi, że nie pracuję, mogłabym rozpisywać się nad tym, jak
zmienił się po ślubie (diametralnie). Ale jeśli ktoś z Was doczytał do tego
miejsca, proszę, czy możecie mi coś poradzić? Wiem, że trudno wydawać o kimś
opinię, jeśli się nie zna tej osoby, ale istnieje taka kategoria ludzi,
którzy zupełnie inni są dla obcych ludzi, a inni dla "oswojonych". Dodam
tylko, że mój mąż nie ma ani jednej osoby, którą mógłby nazwać przyjacielem.
Sam mi zresztą to powiedział.
Z góry dziękuję za Wasze wypowiedzi.