Dodaj do ulubionych

prowokacja UB

IP: 81.219.208.* 04.07.07, 20:11
Kulisy zbrodni kieleckiej
Nasz Dziennik, 2006-06-23

Zbliżamy się do kolejnej, 60. rocznicy krwawych zajść kieleckich z 4 lipca 1946 roku. Posłużyły one do zainicjowania ogromnej nagonki na rzekomy "dziki antysemityzm" Narodu Polskiego, co przyniosło ogromne szkody dobremu imieniu Polaków. Nagonki prowadzonej w interesie stalinowskiej Rosji. Miała ona pokazać Zachodowi, jak bardzo w Polsce potrzebne są sowieckie wojska - do trzymania pod butem "faszystowskich" i "antysemickich" Polaków. Zbrodnia, zorganizowana zaledwie kilka dni po sfałszowaniu referendum z 30 czerwca 1946 roku, miała odwrócić uwagę Zachodu od kolejnego, szczególnie brutalnego pogwałcenia demokracji w Polsce. Natychmiast wykorzystano ją do dalszego maksymalnego umocnienia systemu represji komunistycznych w Polsce. Zdaniem syna prokuratora Jana Wrzeszcza, zaszczutego w dobie stalinizmu: "Po pogromie terror był bardzo głęboko odczuwalny, zakorzeniony. To (...) było zamówienie, żeby pokazać, że Polacy są straszliwi, krwiożerczy, że trzeba ich trzymać za mordę" (cyt. za: K. Kąkolewski, Umarły cmentarz, Warszawa 1996, s. 128).

Przypomnijmy skrótowo przebieg zbrodniczych zajść kieleckich 4 lipca 1946 roku. Tego dnia rano zaczęto rozpowszechniać pogłoskę o rzekomym porwaniu przez Żydów 8-letniego chłopca, Henryka Błaszczyka. Kilka osób udało się z milicjantami do budynku Wojewódzkiego Komitetu Żydowskiego przy ul. Planty 7, by domagać się rewizji domu w poszukiwaniu chłopca. W budynku tym zamieszkiwało wówczas wielu Żydów. Doszło do szarpaniny wewnątrz budynku, a wokół domu zaczęły się gromadzić grupy ludzi. Do budynku zaczęli wchodzić kolejni milicjanci, a potem grupy wojskowych i żołnierzy KBW. W niewyjaśnionych w pełni okolicznościach doszło do strzelaniny między żołnierzami i milicjantami a Żydami, a później do mordowania i rabunku Żydów. Do ataku na Żydów dołączały się zgromadzone wokół domu żydowskiego grupy cywilów. Ich agresywne wystąpienia wzmogły się po przybyciu ok. godz. 12.30 dużej grupy robotników Huty "Ludwików". W najnowszej książce IPN o Kielcach liczebność tej grupy oceniana jest na kilkaset osób (część autorów innych publikacji podaje tu dużo mniejsze liczby). W czasie krwawych zajść, trwających aż 5 godzin - od godz. 10 rano do godz. 15 - zginęło trzydzieścioro siedmioro Żydów, dwóch polskich cywilów i jeden polski oficer.

Mit o wielotysięcznym tłumie
Komunistyczne władze winę za mordy zrzucały na polski "krwiożerczy motłoch" i kierujące rzekomo całą akcją z ukrycia "siły reakcyjne" na czele z andersowcami. Liczni autorzy, począwszy od raportów ks. bp. Czesława Kaczmarka i ambasadora Stanów Zjednoczonych w Warszawie Artura Bliss-Lane z 1946 roku, już wtedy akcentowali, że większość Żydów poległa z rąk żołnierzy i oficerów. Propaganda komunistyczna specjalnie wielokrotnie wyolbrzymiała wielkość zgromadzonego przed domem żydowskim tłumu, aby go obciążyć całą winą za masakrę. I tak np. w odezwie do ludności miasta Kielce i województwa z 11 lipca 1946 r. twierdzono, jakoby Żydów zabijał "tłum 20-tysięczny przy pomocy kamieni, kijów i kopania" (cyt. za: J. Śledzianowski, Pytania nad pogromem kieleckim, Kielce 1999, s. 99). Zdaniem ks. Jana Śledzianowskiego, autora jednej z najgruntowniej opracowanych książek o zbrodni kieleckiej, "Ogromny tłum - tak wielotysięczny był potrzebny kłamcom, aby usprawiedliwić rzekomą "niemoc" władzy ludowej, milicji, wojska i UB, zdominowanych przez wielki tłum" (tamże, s. 99). Już pierwszy prowadzący śledztwo w sprawie kieleckiej w latach 90. sędzia Andrzej Jankowski, dyrektor Okręgowej Komisji ds. Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Kielcach, stwierdził w wywiadzie dla "Słowa - Dziennika katolickiego" (nr 199 z 1996 roku): "Zacznę od liczb, gdyż podaje się je zwykle zawyżone. Np. tygodnik 'Wprost' pisze, że 20 tys. kielczan biło Żydów. Jest to fizycznie niemożliwe, jako że przy domu żydowskim na Plantach mogło się zmieścić co najwyżej 500 osób. Przy czym zdecydowana większość to byli gapie. Cywilnych uczestników pogromu mogło być jednorazowo maksymalnie kilkudziesięciu". W wywiadzie udzielonym parę lat później ks. J. Śledzianowskiemu, 1 marca 1998 r., sędzia A. Jankowski stwierdził, że tłum na Plantach nie przekraczał 300 osób i w 90 proc. składał się z gapiów, w przeważającej mierze młodzieży, a nawet dzieci, które miały wakacje i na dochodzące krzyki zbiegły się na Planty. Około 10 proc., według sędziego A. Jankowskiego, to byli prowokatorzy, którzy podburzali zebranych z ciekawości gapiów przeciw Żydom. Mogło ich być w pierwszej fazie pogromu około 20-30 osób" (cyt. za: J. Śledzianowski, op. cit., s. 97).
Dość zbliżone do sędziego A. Jankowskiego dane liczbowe podaje prokurator Krzysztof Falkiewicz, autor postanowienia o umorzeniu śledztwa w sprawie pogromu kieleckiego, wydanego 21 października 2004 roku. Według niego: "Wydaje się uzasadnione przyjęcie, że grupa osób znajdujących się na ul. Planty i wokół budynku Komitetu Żydowskiego w apogeum swej liczebności - po dojściu na miejsce robotników - liczyła nie więcej jak 500 osób. Liczbę tę determinuje nie tylko materiał dowodowy, ale także obiektywna ocena obszaru miejsca zdarzenia przeprowadzona w trakcie jego oględzin. Z tych osób jedynie stosunkowo nieliczna część brała czynny udział w zajściach. Grupę agresywnych uczestników z ludności cywilnej należy szacować na co najwyżej kilkadziesiąt osób" (cyt. za: Wokół pogromu kieleckiego, red. Ł. Kamiński i J. Żaryn, IPN, Warszawa 2006, s. 480).
Taki "tłum", złożony w przeważającej części z gapiów, mogła z łatwością rozproszyć niewielka nawet, ale uzbrojona jednostka wojska, milicji czy UB. A w tym czasie w Kielcach stacjonowały stosunkowo duże liczebnie formacje wojska i różnych sił porządkowych, ze względu na to, że Kieleckie było jednym z najsilniejszych centrów działania partyzantki antykomunistycznej. Krzysztof Kąkolewski pisał w swej książce "Umarły cmentarz" (s. 145) o obliczeniach Zenona Wrony, szacującego na 215 osób liczbę stacjonujących w Kielcach żołnierzy (z wojska, KBW, Informacji Wojskowej), pracowników UB, pracowników MO. Do tego doliczył jednak jeszcze pominięte przez Wronę takie jednostki jak II Kompania KBW, szkoła milicyjna, służba ochrony gmachów budynków UB. Do tego dochodził również stacjonujący w Kielcach garnizon sowiecki. Warto w tym kontekście przypomnieć uwagi Michała Chęcińskiego, byłego oficera Informacji Wojskowej pochodzenia żydowskiego, przebywającego od dziesięcioleci na Zachodzie. W swoim artykule na temat zbrodni kieleckiej, opublikowanym w "Gazecie Wyborczej" z 5 lipca 2000 roku, Chęciński pisał, że "rok wcześniej podczas pogromu w Krakowie radzieckie czołgi wyruszyły na ulice Krakowa i niezwłocznie ochłodziły zamiary tłumu. W Kielcach garnizon radziecki znajdował się kilkaset metrów od miejsca pogromu". Tylko że dowódcy sowieccy nie zrobili niczego dla spacyfikowania sytuacji przed domem na Plantach, podobnie jak przez kilka godzin nie zrobili tego dowódcy polskich jednostek wojskowych, milicji czy UB. Zbrodnicza bezczynność stacjonujących w mieście dużych jednostek zbrojnych polskich i sowieckich (przy równoczesnym udziale niektórych przedstawicieli oficjalnych "sił porządku" w mordach) spowodowała zabicie kilkudziesięciu Żydów. Warto w tym kontekście przytoczyć opinię Bożeny Szaynok, autorki książki "Pogrom Żydów w Kielcach 4 VII 1946" (Warszawa 1991). Pisała ona tam (s. 108): "Działania milicji służyły niewątpliwie rozwojowi wydarzeń pogromowych. Działania szefa WUBP [Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego - JRN] były niewątpliwie skierowane na spotęgowanie wydarzeń pogromu". Już w 1946 r. na łamach prasy podziemnej komentowano, że wydarzenia kieleckie pokazały taką nieudolność sił rządowych, które nie zdusiły zajść w zarodku, iż wyglądało na to, "jakby władzy zależało na jak największej ilości ofiar".

Podejrzenia co do winy władz komunistycznych
Zadziwiająca "nieudolność" sił proreżimowych w spacyfikowaniu sytuacji w Kielcach, przedłużanie się krwawych zajść aż prze
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka