A więc nadszedł i dla mnie czas opuścić to Forum. Ale na "pożegnanie"
podzielę się jeszcze szczegółami Naszego Ślubu, który odbył się miesiąc temu,
10 czerwca. Być może będzie to inspiracja dla niektórych, by nie bać się
organizować ślub/wesele tak, jak WAM się podoba, nie bać się swoich własnych
niekonwencjonalnych, nietradycyjnych pomysłów.
Mieliśmy "tylko" ślub cywilny. Nie zgadzam się z osobami, które w wielu
wątkach usiłowały przekonać wszystkich o wyższości ślubu kościelnego nad
cywilnym. Wszystko zależy tylko i wyłącznie od dwóch pobierających się osób i
tego, jak ONI przeżywają to wydarzenie. Tak samo ślub cywilny może być
wzruszającym, niemal metafizycznym przeżyciem, jak i kościelny może być
bezduszną i drętwą formalnością. Nie ma reguły, a wszystko zalezy tylko i
wyłącznie od tego, czym ŚLUB jest dla państwa młodych, a nie dla innych.
Dla nas to był to NASZ DZIEŃ, a więc chcieliśmy go przeżyć właśnie w ten
sposób. Przede wszystkim, nie chcieliśmy żeby ceremonia zaślubin trwała tylko
urzędowe 10 minut i była zwyczajną formalnością. Już samo słowo "ślub" miało
dla nas ogromne znaczenie, a więc zależało nam na tym, by wziąść AKTYWNY
udział w tej ceremonii. I tak właśnie było! Goście (17 osób) weszli na salę
ślubów w USC przed nami, na 10 minut przed uroczystością. Leciała piękna
muzyka Jon'a Lord'a "Miles Away", którą specjalnie wybraliśmy z Tomkiem. Ten
utwór miał dla nas szczególne znaczenie ponieważ po raz pierwszy
wysłuchaliśmy go razem bedąc jeszcze na różnych kontynentach, w
Trójkowej "Nocy Muzycznych Pejzaży", audycji, która nas połączyła.
Punktualnie o 14 weszłiśmy z Tomkiem trzymając się za ręce, a chwilę później
weszła kierowniczka USC. Zaczęła się część "oficjalna". Było słowo wstępne,
potem potwierdzenie oświadczenia, potem wszyscy wstali a my podaliśmy sobie
prawe ręce i powtórzyliśmy za panią kierowniczką tradycyjną "formułkę".
Chwilę później założyliśmy sobie obrączki, które podawała nam 5-letnia
siostrzenica Tomka na aksamitnej poduszeczce którą wcześniej dla niej
zrobiłam. Ola nie tylko wyglądała pięknie, ale też bardzo się przejęła swoja
rolą i powagą chwili. Taki szczegół, a jednak bardzo emocjonalny. Potem było
jeszcze podpisywanie aktu małżeństwa i tradycyjne życzenia od pani
kierowniczki. A potem zaczęla się ta najważniesjsza część! Znów zabrzmiała
muzyka, która miała dla nas szczegołowe znaczenie (najpierw Focus, a potem
Pain of Salvation z ich liryczną i zwiewną "Dryad of the Wood"). Naszym
najważniejszym świadkiem był człowiek, dzięki któremu poznaliśmy się w
internetowej "kawiarence" Trójki. To on rozkochał nas w takiej, a nie innej
Muzyce, a ta Muzyka po wielu latach pomogła nam z Tomiem odnaleźć się, bez
względu na dzieląca nas wówczas odległość. A więc to było wręcz symboliczne,
że właśnie ten Świadek przeprowadził naszą ceremonię zapalania Świecy
Jedności. Najpierw było krótkie wyjaśnienie znaczenia tej ceremonii dla nas z
Tomkiem. Potem Świadek poprosił nasze mamy by zapaliły dwie mniejsze świece
które przez cały czas stały na stole. Te dwie świece symbolizowały mnie i
Tomka, to wszystko czym jesteśmy, nasze odrębne indywidualności, nasze pasje
i zainteresowania, i nasz bagaż życiowych doświadczeń. I już chwilę później
wzieliśmy te zapalone przez nasze mamy świece i trzymając się za ręce,
patrżąc sobie w oczy, wypowiedzieliśmy sobie naszą własną przysięgę.
Powiedzieliśmy sobie słowa, o których nie wiedzieliśmy wcześniej.
Powiedzieliśmy je sobie tak, jak w tamtej chwili płynęły z głebi naszych
serc. Niczego nie pisaliśmy, nie uczyliśmy się na pamięć żadnych tekstów, to
była totalna improwizacja, spontaniczność chwili i ogromne wzruszenie, od
którego urywał się nam głos... Po tych niezwykle osobistych dla nas słowach
(bo były NASZE, a nie ułożone przez kogoś i powtórzone miliony razy przez
miliony innych ludzi) razem zapaliliśmy naszą wspólną świece tymi mniejszymi
świeczkami które trzymaliśmy. Ta duża świeca (ozdobiona naszymi inicjałami)
symbolizowała nasze połączenie w Jedność, nasz Związek i ten ogień Miłości,
który w sobie mamy. Nasz Świadek zakończył tę ceremonię pięknymi życzeniami,
a my złożyliśmy krótkie podziękowania jemu i wszystkim gościom. Po ceremonii
wyszliśmy do osobnego pokoju gdzie ojciec Tomka wzniósł toast i wypiliśmy
szampana przy idealnie pasujących do tej okazji dźwiękach "Ending Credits"
Opeth. Wiem, że ten dzień i te słowa, które wtedy sobie powiedzieliśmy w
takich okolicznościach, na zawsze zostaną w naszej pamięci i w pamięci
naszych gości. Nasza ceremonia w USC trwała conajmniej pół godziny i była
dokładnie taka, o jakiej marzyliśmy od samego początku - osobista,
wzruszająca, intymna, niepowtarzalna i aktywna. Gdybyśmy nie dodali tej
części od siebie, byłaby to tylko kolejną "formalność" monotonnie odwaloną na
szybko przez kierowniczkę USC. A więc nadal twierdzę i twierdzić bedę, że
najważniejsze jest to, by przeżyć swój ślub na swój własny sposób. Wnieść jak
najwięcej od siebie, a nie kierować się tym, że to "tylko" ślub cywilny. Dla
nas nie był to ślub cywilny, lecz Nasz Ślub. I tak go przeżyliśmy. Życzę
każdej osobie, która planuje ślub cywilny, zrobić to "po-swojemu", wnieść coś
osobistego, jakąś atmosferę intymności. I nie chodzi tylko o piękną otoczkę i
formę (np. ślub w ogrodzie) lecz o TREŚĆ, o znaczenie, które włożycie w swoją
ceremonię. Usłyszeliśmy później od wielu zaskoczonych gości, że "nigdy w
zyciu nie byli na tak pięknym wzruszajacym ślubie"...
Nie było żadnego wesela. Po ceremonii udaliśmy się do eleganckiej restauracji
znajdującej się w podziemiach pięknie odnowionego Dworku. Mieliśmy bardzo
kameralną salkę, kamienne ściany nie wymagające żadnych dodatkowych
dekoracji, stoły ustawione w duży kwadrat z olbrzymim koszem róż pośrodku.
Przygrywała muzyka klasyczna (przeważnie Vivaldi), na stołach paliły się
wielkie ilości drobnych świec, wśród rozsypanych płatków róż. Były ręcznie
robione winietki, chociaż i tak każdy widział (i słyszał) każdego siedząc
przy tym jednym wielkim stole. Były prezenciki - saszetki z organzy z
czekoladkami i ręcznie pisanymi życzeniami dla każdego gościa. Była "księga
gości" jako jedyna dekoracja za plecami młodych - w pięknej ramie wisiał
rysunek przedstawiający nas z Tomkiem a goście wpisywali życzenia na szerokim
passe-partout dookoła rysunku. Na półeczce pod tym "obrazem" stało 8 różnych
naszych zdjęć w różnych ramach z różnych okresów naszego życia. Przed obiadem
wznieśliśmy toast czerwonym Carlo Rossi (polecam, zadowoli wiele różnorodnych
gustów) a goście ustawili się w kolejkę by złożyć życzenia (i koperty). Obiad
był bardzo udany (i smaczny), a w przerwie przed krojeniem tortu wyszliśmy do
parku (w ktorym znajdował się ten Dworek) by zrobić kilka zdjęć. Później było
krojenie czekoladowego tortu (z ogromną ilością kawałków gorzkiej czekolady)
który upiekła dla nas siostra Tomka. Paluszki lizać (co zresztą i tak
zrobilismy po tym jak poczęstowaliśmy się z Tomkiem nazwajem jedynym
odkrojonym przez nas kawałeczkiem)!!! Obiad trwał 5 godzin, zadnych tańców,
żadnych oczepin, żadnego upijania się gości, a jednak wszyscy byli zachwyceni
organizacją i całą atmosferą tego dnia. Po obiedzie najbliższa rodzina
przeniosła się do mieszkania moich teściów na jeszcze bardziej kameralną
kolację i w ten oto sposób spokojnie, bezstresowo i radośnie spędziliśmy ten
dzień

Dokładnie tak, jak chcieliśmy go spędzić.
Życzę wszystkim przyszłym młodym ślubów i wesel WASZYCH marzeń. Nie róbcie
tego dla rodziców i gości, szczegolnie jeśli to się kłóci z waszymi
pragnieniami. Nie róbcie czegoś wbrew sobie. Nie przejmujcie się opiniami i
radami innych, tylko wsłuchajcie się w SWOJE własne upodobania i tym się
kierujcie przy wyborze sukni, obrączek, sali, etc. A jeśli zauważycie, że
wasze upodobania kłócą się z ogólnie przyjętymi tradycjami, to chr