I ja już jestem żoną i muszę powiedzieć że to bardzo fajne uczucie

A jak wyglądał TEN DZIEŃ? Oto moja relacja:
Tak jak przepowiadały prognozy pogody ostatnia sobota sierpnia była deszczowa. Trauma to dla mnie była bo i piątek był ładny i niedziela - po prostu nie wiem co się stało że akurat w sobotę tak padało. Ale jak to mówią - co to za sztuka wziąść ślub w piękną pogodę, sztuka zmienić stan cywilny jak z nieba rzuca żabami

.
Obudziłam się już o 6 rano i za nic nie umiałam usnąć na jeszcze przynajmniej godzinkę. Stresowałam się. Pogoda jeszcze była całkiem ok - chmurzyło się ale gdzie niegdzie prześwitywało słońce. Na dobre zaczęło lać jak siedziałam u fryzjera czyli około 10. To była po prostu ściana deszczu! Do tego stopnia że nie umiałam wyjść z salonu fryzjerskiego chociaż miałam parasol. Jak już mi się w końcu udało to zanim doszłam kilka kroków do auta to spodnie miałam mokre do kolan.
Wróciłam do domu, zjadłam kromkę z masłem bo nic innego nie chciało przejść przez gardło, szybki prysznic i przyszła ciocia która mnie malowała. Wtedy tak jakoś stres mi odpadł. Malowanie trwało godzinę, ja siedziałam przy muzyczce i się relaksowałam. Zaczęłam się ubierać jak dostałam smsa od N. Że wyjeżdża z domu. Poszło nawet dość sprawnie poza tym że chyba schudłam w ostatnim dniu bo suknia była zasznurowana na styk a i tak zostawało miejsce na oddech

. Rzeczy do spania w hotelu gdzie było wesele miałam już przyszykowane, dołożyłam jeszcze kilka rzeczy, spakowałam torebkę i przyjechał fotograf. Zrobił mi kilka pozowanych zdjęć jak się ubieram

(bo już byłam przecież w sukience) i przyjechał prawie-mąż wraz ze swoją świtą (rodzice, siostra z mężem i świadek). Słyszałam ich na dole siedząc na górze w swoim pokoju. Nie pozwalali mi zejść na dół bo moja rodzina jeszcze nie byla całkiem gotowa. Wtedy znów zaczęłam się stresować bo tamci mnie wołali, moi mówili że mam siedzieć i czekać ale jak w końcu zeszłam na dół to już całkiem się uspokoiło. Ubrałam buty bo bałam się łazić po schodach w obcasach (niedawno o mało co nie zostałam gwiazdą wieczoru lecąc ze schodów), później było błogosławieństwo które odbyło się bez płaczu i wyjazd do kościoła. Oczywiście cały czas lało.
Dojechaliśmy pod kościół. Stojąc tam i czekając na parę która miała ślub przed nami czułam że goście boją się do nas podejść więc sama się z wszystkimi witałam. I tak mój stres już całkowicie stracił żywot. było to tak naturalne że mogłabym tak codziennie

. Staliśmy tak, w międzyczasie poprzednia para wyszła z kościoła a nasi goscie weszli do środka. My wciąż na zewnątrz. A ponieważ poprzedni przyjmowali życzenia prawie w drzwiach kościoła nie widzieliśmy że ksiądz po nas już wyszedł. Musiał nas trochę poszukać pod tym kościołem bo ludzi było tam dość dużo.
Do ołtarza przemknęliśmy podobno bardzo szybko. Nie wiem jak to jest jak Młode Pary mówią że nie pamiętają nic z mszy ślubnej. My pamiętamy WSZYSTKO! Było pięknie

Hymn o miłości czytała nasza przyjaciółka cały czas się do nas śmiejąc (to byl jedyny moment kiedy myślałam że się popłaczę), kazanie było do nas, a przysięga to coś czego nigdy nie zapomnę. Ksiądz kazał do ołtarza podejść też naszym rodzicom tłumacząc że skoro są przy chrzcie, komunii, bierzmowaniu to dlaczego ma ich nie byc przy naszym ślubie. Każdy miał jakąś funkcję - moja mama trzymała tacę z obrączkami, a reszty nie pamiętam. Wiem że wtedy istnieliśmy tylko MY DWOJE. Zero zająknięcia, zero łamania głosu, tylko szczęście. Całowaliśmy też nawzajem obrączki

. W ogóle nie stresowałam się tym że jest pełny kościół ludzi. Jak sobie teraz to przypominam to mi się miękko robi ale wtedy w ogóle nie myślałam o płakaniu. Byłam super szczęśliwa!
Z kościoła ponoć też wychodziliśmy w ekspresowym tempie. Prawie zapomniałam bukietu

Fotograf trochę nas przystopował a mój brat z kamerą dobił do filara

. Mimo lekkiego deszczu życzenia przyjmowaliśmy pod kościołem bo było dużo znajomych których zapraszaliśmy tylko na sam ślub (impreza dla nich jeszcze będzie). Wszystko poszło szybko i sprawnie

Później już było wesele - bardzo fajne

. Pierwszy taniec nam wyszedł w połowie bo okazało się że w sukience z kołem trudno tańczyło mi się do tyłu hehe. Ale i tak od nas uwagę odciągnęły dwa brzdące z rodziny, które spacerowały sobie po parkiercie i w pewnym momencie oboje się wywrócili i był jeden wielki ryk. Później już było tylko lepiej

. Leciały nasze piosenki i takie że starsi goście też tańczyli. Nawet Green Day był w czasie którego mojego męża koledzy nosili na plecach

. Z najwytrwalszymi gościami bawiliśmy się do 7:42 (dokładnie wtedy postanowiliśmy iść spać). DJ pojechał trochę wczesniej bo o 6 ale to nam nie przeszkadzało w zabawie. O 9:40 już byliśmy na nogach żeby iść na śniadanie z tymi którzy też spali w hotelu. Później dogorewaliśmy już w najbliższym gronie na ogródku moich rodziców podjadając to co nam zostało z wesela.
Muszę powiedzieć że rzeczywiście warto mieć ślub i wesele. Ja chciałam sam ślub a rodzice mówili mi że jeszcze zmienię zdanie i mieli rację. Bycie Panną Młodą to super uczucie

. Zresztą bycie żoną rówież

. Zdecydowanie mogę napisać że mimo deszczu, którego tak się obawiałam był to jeden z lepszych dni w moim dotychczasowym życiu

Wrzucam jedno zdjęcie sprzed kościoła. Jak będę mieć zdjęcia od fotografa to może pokażę coś jeszcze