imka.allegro
02.12.07, 09:50
Niektórzy na Egipt 'zapadają' - tak jak na grypę czy na katar. Ja okazałam się tą osobą 'z grupy podwyższonego ryzyka' i zapadłam.
Lekarstwo jest jedno - kolejny wyjazd. Jeśli ktoś ma ochotę we wspomnieniach przejechać Egipt - to zapraszam :)
Dzień ZERO:
Pierwszy kiks w wykonaniu warszawskiego MPT. Dziesięć minut porzed spodziewanym przyjazdem taksówki (zamawianej pięć godzin wcześniej), telefon - że taksowki nie ma i nie wiadomo czy będzie. Nerwy. Po kolejnych dziesięciu minutach i drugim takim telefonie szybka decyzja, dwie walizy w ręce, dwie torby na ramię i w drogę! (6 listopada - pierwszy śnieżek w Warszawie, zimno, plucha, a ja w stroju na Egipt ;->.
Cudem łapiemy coś na pobliskim postoju, grzęźniemy w korku, ale chyba samą siłą determinacji dojeżdżamy punktualnie na lotnisko. Przy kontuarze Logostouru poznajemy pilota, odbieramy bilety spakowane w charakterystyczne etui, przywieszki na walizki, oddajemy bagaż (24 kilo łącznie, limit Maleva 20 kilo na osobę) i trzymając karty pokładowe w ręku już czujemy się jedną nogą w Egipcie, pozostawiajac za sobą korki w i śnieg w Warszawie, a oczekując na korki i upał w Kairze ;)
Lecimy rejsowym Malevem, z przesiadką w Budapeszcie. Start z Warszawy teoretycznie 19:45, faktycznie opóźniony około pół godziny, lecimy Boeingiem 737-600 (ekraniki z trasą przelotu, aktualną temperaturą, wysokością i szybkością, ciepła kanapka, soczek), Budapeszt po 54 minutach lotu, kontrola transferowców, zabierają nieotwarte soczki które dali w pierwszym samolocie... ;->
Jeszcze sporo czasu do 23:30, kiedy to startujemy Boeingiem 737-800 do Kairu. Ponownie ciepła kanapka, batonik, coś do picia - sok, woda, cola, kawa, herbata.
Przylepiam nos do szyby. Ciemności już iście egipskie, nic nie widać, około drugiej pojawia się morze świateł... to Kair! Samolot leci, i leci, i leci..., cały czas nad Kairem, już to daje jakiś obraz potęgi tego molocha, kto nie widział Kairu w nocy z pokładu samolotu ten chyba nieprędko nabierze wyobrażenia o jego ogromie :)
Zegarki godzina do przodu, lądujemy o 3:25 czasu egipskiego. Pierepały lotniskowe, autokar o 4:15, jazda przez miasto, zatrzymujemy się na El Nile Str., do hotelu musimy podejść kilkaset metrów, bo uliczki wąskie i autobus nie dojedzie (?!)
Pierwszy moment dezorientacji - ale wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. Wysiadaliśmy tam potem wiele razy, bagaży głównych nie taszczyliśmy sami nigdy, były dowożone do i z hotelu pickupem.
O 5:00 jesteśmy w hotelu Santana. Pierwsze wrażenie - cokolwiek przygnębiające. Skonani nie zwracamy za bardzo uwagi na szczegóły (oprócz tego, że pokój jest najwyraźniej 4-osobowy - ciekawe, czy kogoś dokwaterują). Dzień zero kończy się nam o 5:30 - padamy na łóżka i film się urywa - pobudka o 9:15 (najpóźniejsza pora pobudki w trakcie piętnastu dni, potem było już tylko gorzej ;]