Gość: Bezpaństwowiec
IP: *.ztpnet.pl
10.12.05, 20:02
Kiedy minęliśmy granicę Śląska, odebranego Polsce i skolonizowanego przez
królów pruskich kilka stuleci temu, jakiś zatwardziały nacjonalista
oświadczył, że jego zdaniem jest to nadal prymitywna kolonia, i omal nie
doszło do bójki pomiędzy nim a innym chłopakiem, którego rodzice tam się
urodzili. Z powodu trudności z transportem przez kilka dni staliśmy na
wielkiej stacji rozrządowej we Wrocławiu. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że
im dalej na wschód, tym bardziej przygnębiająca staje się atmosfera. Ale
naprawdę nie potrafiłbym powiedzieć, czy Śląsk rzeczywiście był bardziej
jednostajny i posępny niż zachodnie obszary Rzeszy, czy po prostu świadomość,
że zbliżamy się do mroźnego frontu rosyjskiego, kazała mi widzieć wszystko w
ponurym świetle.
Nasi oficerowie udzielili sobie zgody na wypad do miasta, natomiast nam nie
pozwolono opuszczać stacji. Znaleźliśmy starą piłkę, którą wypchaliśmy
papierem, aby nadawała się do gry, a następnie udeptaliśmy śnieg,
zaznaczyliśmy cztery słupki i rozegraliśmy mecz piłki nożnej pomiędzy dwoma
rzędami wagonów, robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Większość z nas zgadzała
się, że Śląsk mało przypomina Niemcy. Miasteczka wyglądały zupełnie inaczej
niż te na zachodzie, wydawały się mniej starannie zaprojektowane, a większość
ulic nie była brukowana. Kiedy jeden z naszych oficerów zauważył, że "wschód
pokazuje nam swoje oblicze", w duchu przyznałem mu rację.
Przejechaliśmy przez wschodni Śląsk z jego wielkim kompleksem przemysłowym,
drugim co do wielkości po Zagłębiu Ruhry. Szerokie kości policzkowe
słowiańskiej ludności świadczyły o silnej domieszce polskiej krwi. Kosciół
katolicki zachował jak się zdaje, swoją dominującą pozycję - ludzie przez
cały dzień wchodzili i wychodzili z kościołów, i mówiono, że nawet partia
nazistowska musiała bardzo uważać, aby nie naruszyć świętej domeny Kościoła.
W 1933 roku Watykan zapewnił państwu nazistowskiemu tak bardzo potrzebne na
arenie międzynarodowej uznanie, zawierając z nim słynny konkordat, a wielu z
nas zastanawiało się, czy ma to coś wspólnego z faktem, że wszyscy dowódcy
niemieccy w okupowanej Polsce są podobno rzumskimi katolikami. Rozległe
miasta przemysłowe, takie jak Katowice, Zabrze, Gliwice, stapiały się ze sobą
bez żadnych linii demarkacyjnych czy rozdzielających je terenów wiejskich.
Budynki wydawały się zaniedbane i brudne, a pył dobywający się z licznych
wysokich kominów przyprawiał nas o kaszel i musieliśmy szczelnie zamykać
okna. Ludzie sprawiali wrażenie biedniejszych niż na zachodzie, a my w swojej
ignorancji szydziliśmy z nich, z ich akcentu i z odwróconego szyku zdań w tym
małym "kawałku Polski w Niemczech".
Źródło:
Henry Metelmann - "Przez piekło dla Hitlera"