rico-chorzow-ekspert
17.04.06, 23:03
Przypominam sobie początek lat sześćdziesiątych. Z popularnym wtedy zespołem
Niebiesko-Czarnych zaczynał karierę Czesław Wydrzycki, nie od razu określany
odrzecznym pseudonimem artystycznym Niemen. Jeśli jednak ta wtórna postać
pojawiała się przy nazwisku właściwym, zawsze umieszczano ją na pierwszym
miejscu, bo dwusylabowy Niemen jest krótszy od trzysylabowego w mianowniku
Wydrzyckiego. I zawsze powiemy Boy-Żeleński, Bór-Komorowski i Grot-Rowecki (na
pierwszym miejscu krótszy pseudonim, na drugim właściwe, ale dłuższe nazwisko).
Przywołam na koniec jeszcze jeden przykład. Oto odpowiednikami łacińskiego
wyrażenia plus minus są: franc. plus ou moins, ang. more or less, niem. mehr
oder weniger, ros. bolee ili menee, czeskie vice mene. Jak widać, we
wszystkich tych językach zachował się szyk łaciński - z członem odpowiadającym
znaczeniowo plusowi na pierwszym miejscu. Po polsku mówi się natomiast mniej
więcej, a zatem wyraz znaczący plus przesunął się z pierwszego miejsca na
drugie. A dlaczego tak się stało? - Nietrudno policzyć, że w przywołanych z
innych języków połączeniach słowo substytut plusa w trzech wypadkach zawiera
mniejszą liczbę sylab niż substytut minusa, w dwu zaś wypadkach liczba zgłosek
obu członów jest jednakowa. W polszczyźnie natomiast więcej jest dłuższe niż
mniej, stoi dlatego na drugim miejscu!
A skoro dzisiejszy felieton zacząłem od fragmentu książki Reicha-Ranickiego,
niech mi wolno będzie jako człowiekowi nie tylko uniwersytetu, ale i telewizji
przywołać jeszcze jeden fragment. Opisuje on, jak się zaczęła kariera jednego
z najpopularniejszych programów telewizji niemieckiej, doskonale znanego w
całej Europie "Kwartetu literackiego". Reich-Ranicki postawił realizatorom
takie warunki: "W tym programie nie może być żadnych obrazków lub scen
filmowych, żadnych pieśni lub piosenek, żadnych scen z powieści, żadnych
pisarzy czytających swoje dzieła lub objaśniających je łaskawie, spacerując po
parku. Na ekranie powinno się widzieć wyłącznie owe cztery osoby, które
wypowiadają się o książkach i, jak się oczekuje, spierają się ze sobą. Jedynie
ten, kto zna telewizję - dodaje Reich-Ranicki - wie, co wycierpieli słuchający
mnie panowie. Naczelna bowiem, święta zasada telewizji to wciąż postępująca
dominacja obrazu. Odważyłem się wystąpić śmiało przeciwko tej zasadzie. Było
jasne: tego czcigodni panowie nie przełkną. W napięciu czekałem na ich
reakcję: czy zbledną, czy od razu zemdleją? Stało się inaczej. Odetchnęli
głęboko przez nos, wypili jeszcze jedną wódkę i powiedzieli cicho: zgoda".
Co chciałem powiedzieć tym przydługim cytatem, niech się Szanowni Czytelnicy i
Telewidzowie domyślą...