Gość: po sezonie
IP: *.olsztyn.mm.pl
05.01.08, 19:06
Pewien Anglik gościł przez tydzień w naszym “turystycznym” mieście, a ja
miałam okazję mu towarzyszyć i poczuć się trochę turystką, trochę
przewodnikiem we własnym mieście. Trudne zadanie biorąc pod uwagę okrojoną
liczbę atrakcji w sezonie jesienno-zimowy. Poza tym co Olsztyn ma do
zaproponowania osobie, która objeździła kawał świata? Przetestowaliśmy żelazne
punkty każdej wycieczki i zrobiliśmy kilka wycieczek do lasu, które bardziej
zainteresowały gościa niż wszystkie zabytki razem wzięte. Na szczęście wybór
hotelu i restauracji był łatwiejszy i w pełni usatysfakcjonował mojego gościa.
Starówka
Obeszliśmy ją dość szybko z uwagi na dotkliwy ziąb, ale i brak nadzwyczajnych
zabytków. Po Krakowie, Wieliczce i Warszawie olsztyńskie zabytki mogą wydawać
się mało interesujące. Opustoszałe uliczki, lokale świecące pustkami w środku
dnia również nie zachęcały do kontynuowania spaceru. Zastanawiać może tylko
fakt, gdzie się podziali właściciele pojazdów zaparkowanych na starówce.
Planetarium
Z zadowoleniem zaprowadziłam go na angielską wersję seansu w Planetarium,
chociaż udało nam się go obejrzeć dopiero za drugim podejściem. Na stronie
internetowej Planetarium, ani w folderze, tudzież telefonicznie nie sposób się
dowiedzieć bowiem, że aby seans się odbył potrzebne jest co najmniej 5 osób, a
żeby obejrzeć wersję w innym języku trzeba stawić się przynajmniej 15 min
przed projekcją. Wystarczy jednak, że grupa która rezerwowała seans nie
dojedzie i zaczynają się schody bo gdzie szukać w ostatniej chwili 5 chętnych
osób. Desperacko chcieliśmy nawet kupić 5 biletów, ale na szczęście pani w
kasie się zlitowała. Przykro było tylko, że pani z okienka jakby zupełnie nie
widziała mojego przyjaciela – nie raczyła go nawet zaszczycić swoim
spojrzeniem – jakby miał dżumę. Jego „thank you” trafiło w próżnię. Zastanawia
mnie jak osoba nie mówiąca po polsku może się dostać na seans w innym języku,
skoro nie będzie w stanie zakupić biletu w kasie. Ciekawa jestem również jak
niepełnosprawni pokonują liczne schody do Planetarium by skorzystać z
profesjonalnych wind w budynku. Szkoda, że wystawa meteorytów i plansze
edukacyjne w holu nie mają opisów w innych językach – ale pewnie broszura
dołączana do biletu w zupełności by wystarczyła by usatysfakcjonować
obcokrajowca.
Ale wróćmy do seansu. Ja ostatnio byłam na seansie Planetarium w czasach
szkolnych i ze smutkiem muszę stwierdzić, że pomimo upływu lat (15?) niewiele
się tam zmieniło. Fotele w sali projekcyjnej niby nowe, ale nie specjalnie
wygodne zwłaszcza, że trzeba zadzierać głowę cały czas do góry, co jest dosyć
męczące podczas 45 min projekcji. Narrator sennym głosem opowiada historię,
którą przeciętny uczeń zna z lekcji geografii. Wersja angielska jest słabo
przetłumaczona i w dodatku fatalnie odczytana– na szczęście zrozumiała dla
Anglika na tyle by wyłapał błędy merytoryczne. Płacąc 8 zł za bilet
oczekiwałabym czegoś więcej, niż nudnej powtórki z podstawówki.
Całości dopełnia sklep z pamiątkami w holu. Liczyłam, że znajdę tam przedmioty
tematycznie związane z astronomią, Kopernikiem, a nie tandetne dzwonki
wietrzne, figurki rycerzy czy inne odpustowe zabawki. Żenujące.
Na pewno nikomu nie polecę odwiedzenia Planetarium – choć jest niewątpliwie
jednym z niewielu działających w kraju.
Pewnie jest to kwestia do przemyślenia dla radnych z komisji kultury,
prezydenta, skoro Planetarium jest finansowane ze środków miejskich. Podobno
ciekawe projekty i pomysły na programy są tylko miasto nie przyznało na nie
funduszy. Zastanawia mnie jaką pozycję na liście priorytetów władz zajmuje
jedna z niewielu atrakcji, która odróżnia Olsztyn od innych miast. Zanim
powstaną nowe atrakcje upłynie dużo wody w Łynie i może nadszedł czas by
zadbać o już istniejące, bo u turystyce trzeba myśleć z dużym wyprzedzeniem, a
nie jak sezon już trwa. Ciekawe co miasto planuje na następny turystyczny
sezon poza wydaniem stosów prześwietnych folderów zachwalających nieźle
zakonserwowane atrakcje?
Dworzec PKP
Zakup biletu na pociąg IC z Warszawy do Krakowa na Dworcu Głównym w Olsztynie
okazał się trudnym zadaniem nawet w języku polskim, bowiem panie w kasie
biletowej (aż 3) miały problem ze znalezieniem pociągu, który bez problemu
można znaleźć w internecie, a w okienku informacji PKP otrzymać potwierdzenie
istnienia takowego połączenia. Pomogło dopiero zapisanie numeru kursu w
informacji i dostarczenie go do kasy, co zajęło w sumie pół godziny biegania
pomiędzy okienkami i wydłużyło tylko kolejkę oczekujących. Niby nic wielkiego,
ale takie trudności dla obcokrajowca mogłyby być nie do przejścia. Cała
nadzieja w tym, że znalazła by się osoba, która by mu pomogła się porozumieć.
Nie jestem jednak pewna, czy ktoś by mu pomógł z zaczepkami podpitych wojaków.
Trudno znosić ich chamskie odzywki trzymając małe dziecko na ręku. Chociaż
komisariat na dworcu jest, ale ani jednego policjanta na horyzoncie nie widać.
Z miny pani z informacji można było odczytać tylko, że to raczej normalna
sytuacja i lepiej siedzieć cicho. Nieznajomość polskiego w tym wypadku może
być zbawienna dla uszu, o ile nie wzbudzi agresji podpitych typków. Na
szczęście znajomy Anglik opuszczał Olsztyn autokarem i nie musiał ponownie
oglądać obskurnego dworca, ani ryzykować spotkania z kolejnymi podejrzanymi
elementami.
Przystanek Las Miejski
Pomimo niesprzyjającej aury udało nam się trochę pochodzić po ścieżkach
olsztyńskiego lasu miejskiego. Znajomy Anglik był zaskoczony jego urodą, a
jeszcze bardziej brakiem zagospodarowania dla celów turystyczno-rekreacyjnych.
Co z tego, że przy źródełku miłości znajdziemy daszek z ławeczkami nieco już
sfatygowany przez wandali i trochę rozlatujący się mostek, skoro ścieżka do
niego jest nieoznakowana, a momentami nawet niebezpieczna, zwłaszcza po
deszczu. Pomimo niedogodności udało nam się dotrzeć do celu (bez uszczerbku na
zdrowiu) nawet ze spacerówką dziecięcą i nabrać magicznej wody ze źródełka na
pamiątkę. Leśna ścieżka edukacyjna zrobiła znacznie lepsze wrażenie, choć
doszliśmy tylko do indiańskiej wioski. Dalej przejście uniemożliwiłoby strome
zejście i błoto, które nawet w pogodne dni utrudniają przejście z wózkiem.
Piękne tablice edukacyjne zyskały uznanie obcokrajowca, chociaż jedynie po
ilustracjach mógł się domyślać czego dotyczą. Pozostałości urządzeń ze ścieżki
zdrowia zaciekawiły go pomimo, że lata świetności mają już za sobą. Innego
dnia wędrowaliśmy ścieżką wzdłuż Łyny, by znaleźć się nad Jeziorem Długim i
plażą miejską. Walające się reklamówki, butelki tudzież inne śmieci walające
się po lesie miejskim to już norma niezależnie od pory roku. Okolice
za mostem Św. Barbary są chyba zapomniane przez służby porządkowe. Na
szczęście mój znajomy dojrzał również olbrzymi niewykorzystany potencjał
naszego lasu i rzucał pomysłami jak można dodatkowo uatrakcyjnić ścieżki, a co
ważniejsze jak szukać na nie fundusze. Ale czy to kogoś tutaj interesuje?
Olsztyn chce być turystycznym miastem, ale obawiam się, że jego oferta zginie
pośród ofert innych miast. Olsztyn swoimi zabytkami i ofertą kulturalną nie
wygra z Toruniem, Gdańskiem czy Poznaniem. Turyści co najwyżej zatrzymają się
tutaj na krótki postój w drodze nad jeziora mazurskie. Autokary przywożą do
Olsztyna turystów na 3 godziny – w sam raz na obejście starówki z
przewodnikiem, wiele z nich zawiezie ich również na biesiadę do Kojrysa lub
Marengo i na tym lista atrakcji się kończy. Inni, którzy tu zawitają, zakręcą
się na starówce, może chwilę popatrzą na występy i pojadą dalej. Co bardziej
zdesperowani zawitają do informacji turystycznej i może znajdą coś dla siebie
w morzu ulotek i folderów z całego regionu. Czy znajdą w ofercie jednak coś na
tyle interesującego by zostać tu na dłużej, chcieć tu wrócić czy chociaż
polecić znajomym?