Gość: makary
IP: 193.0.117.*
16.01.04, 15:16
Nie da się ukryć, że mamy, jako czytelnicy "Wyborczej" a i sama redakcja
problem z Michnikiem. Problem z jego niebotyczną megalomanią, upartą potrzebą
odgrywania społecznej i politycznej misji "autorytetu moralnego". Jeszcze
kilka lat temu na łamach "GW" miały miejsce praktyki zadziwiające, polegające
na ostrym piętnowaniu najmniejszej choćby krytyki wobec Adasia. Ni z tego, ni
z owego "Gazeta" zaczęła promować, oczywiście negatywnie Cezarego
Michalskiego. Piętnowano tego nieszczęsnego chłopczynę właściwie codziennie,
zwykle na drugiej stronie "GW". Ale przecież nie tylko Michalski stał się
ofiarą praktyki "demaskowania chamów ośmielających się podnieść rękę na
niekwestionowane autorytety".
zacytuję ciekawy artykuł znaleziony w internecie
------------------------------------------------------------------------------
---------------------------------
Życie z dnia 2001-03-09
Piotr Semka - "I śmieszno, i straszno"
Mój wuj, najuważniejszy recenzent moich felietonów, zdziwił się niedawno, że
nawet słowem nie wspomniałem w swoich tekstach o słynnym już wywiadzie Adama
Michnika z generałem Kiszczakiem. To proste - broniłem się nieporadnie pod
surowym spojrzeniem wuja - felietonista pisze o tym, co jest dla niego nowe
lub o tym, co go dziwi. W tym sensie miłość naczelnego "Wyborczej" do ekipy
stanu wojennego to dla mnie nic nowego.
Ostatni raz dziwiłem się dziewięć lat temu, gdy z kamerą telewizyjnego
programu Reflex filmowałem nieco zdumiony randkę Michnika z Urbanem w
radiowej Trójce. Teraz zdziwienie i oburzenie pozostawiam innym moim
szanownym kolegom po piórze. Czy jednak nic w działaniach Adama Michnika już
mnie nie dziwi? W ostatnich czynach i pismach tego sławnego męża jest w czym
wybierać i czemu się dziwować.
Oto Adam Michnik co rusz dzieli się ze swoimi czytelnikami - wycinkami na
swój temat. Autoobsesja Michnika wokół własnej osoby przekracza granice, do
których latami zdążył nas już przyzwyczaić. Niczym przeczulona na swoim
punkcie gwiazda przekopuje się przez stosy gazet, by z nożycami w ręku
wycinać wszelkie opinie na swój temat. Wystarczyła krótka wzmianka Piotra
Zaremby na temat roli Michnika w szykowaniu historycznego sojuszu UW-SLD,
która ukazała się na łamach "Rzeczpospolitej", by już na drugiej
stronie "Wyborczej" sam naczelny cytował ją jako nonsens dnia i okraszając ją
rysunkiem z "Polityki" o tym, jak straszna babcia zasłuchana w Radio Maryja
straszy wnuczka Michnikiem. Naczelnego "Gazety" żart na swój temat
najwyraźniej nieźle ubawił, bo uhonorował go tytułem Dowcipu Tygodnia.
W tym tygodniu mistrz nożyc trafił na nowy trop. Na deskę hańby na drugiej
stronie "Wyborczej" trafił redaktor naczelny "Znaku" Jarosław Gowin, który
pozwolił sobie na niedostatecznie uniżone wobec "Gazety" opinie. Kto będzie
następny, skoro już nawet w krakowskim "Znaku" hula demon nonsensu?
Czy można sobie wyobrazić naczelnego "Frankfurter Allgemeine Zeitung", który
na czołówce swojej gazety cytuje ze świętym oburzeniem w oczach tych
niegodziwców z innych gazet, którzy osmielili się z nim nie zgodzić? Czy
miewa takie zachcianki choćby Serge July - bliski druh Michnika z
paryskiej "Libération"?
W tej sytuacji ze zdumieniem przeczytałem na łamach "Wyborczej" list otwarty
Jacka Kuronia, w którym ten rzadko wypowiadający się ostatnio polityk wyraża
aprobatę dla wywiadu Adama Michnika z generałem Kiszczakiem. Swoje poparcie
Kuroń uzasadnia w specjalnym liście do gazety, w którym wyjaśnia, że sytuacja
jest szczególna, bo Adam "znalazł się w opałach".
Jak pisze Kuroń - "burza, jaką wywołała rozmowa Adama Michnika z generałem
Czesławem Kiszczakiem, robi na mnie wrażenie zbiorowej potrzeby potępienia
moralnego. Nic tak nie poprawia naszej samooceny jak negatywna ocena
postępowania bliźniego. Wprawdzie Ewangelia przestrzega nas - nie sądźcie,
abyście nie byli sądzeni - ale jakże trudno zrezygnować z możliwości poprawy
swojego samopoczucia".
Przecieram oczy. Czy to list z połowy lat 70., gdy Michnik nie miał okazji
bronić się w oficjalnych mediach przed nagonką propagandy totalitarnego
państwa? Czy przyjaciel Jacka Kuronia jest bezbronny wobec jakiejś nagonki?
Bo przecież od określenia "zbiorowa potrzeba potępienia" już krok od wizji
moralnego linczu na pozbawionym możliwości obrony druhem.
Z tekstu Kuronia nie można się domyśleć, że występuje on w obronie człowieka,
który dysponuje do woli największą gazetą w Polsce. Którego zawsze wiernie
wspierają prezydent RP, poważna partia, intelektualiści od Nowego Jorku po
Sydney, tuzin tygodników, najostrzejsza dziennikarka telewizyjna i nawet
kilku duchownych.
Owszem, znalazło się paru publicystów i paru pełnych dobrej woli kapłanów,
którzy podjęli dyskusję lub nawet wyrazili tylko swój żal wobec wybielania
generała Kiszczaka i deformowania prawdy o stanie wojennym.
Naczelny "Gazety Wyborczej" do obrony swojego wywiadu zmobilizował czołówkę
swoich publicystów, ciągnął ten temat przez parę tygodni, mobilizując (w
ramach redakcyjnej łapanki?) do komentowania wywiadu z Kiszczakiem nawet
recenzentów muzycznych swojej gazety.
I oto okazuje się, że w tej sytuacji można postrzegać Michnika jako ofiarę
nagonki i najniższych instynktów pismackiej sfory, w którego obronie - jak za
dawnych lat - staje druh z korowskich czasów.
Co znamienne, tego typu tyrada ukazuje się na łamach, na których już bez
najmniejszej żenady obraża się i pozbawia praw do jakiegokolwiek godnego
traktowania rzecznika Nizieńskiego.
Dawni wojownicy z czasów opozycji z ochotą sięgają po siłę medialną
wielosettysięcznych nakładów, samemu nie gardząc drastycznymi ocenami
adwersarzy, lubią prowokujący styl i wyraziste gesty, ale w razie krytyki
natychmiast czują się bezbronnymi ofiarami. Bronią się nawzajem - oskarżając
krytyków o "zbiorową potrzebę osądzania moralnego".
Jak głosi wieść gminna - redaktorzy "Wyborczej" z niepokojem konstatują, że
odejście Heleny Łuczywo do pracy nad portalem internetowym "Gazety" nie służy
jakości tekstów, trafiających na łamy "Wyborczej" spod pióra Adama Michnika.
Helenie Łuczywo zdarzało się już nieraz przepraszać na łamach "Wyborczej" za
wybryki szefa. Każda władza demoralizuje, ale władza absolutna demoralizuje
absolutnie. W dziennikarstwie ta prawda także się sprawdza.
------------------------------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------
Jednak po opublikowaniu tekstu P. Smoleńskiego o aferze Rywina nastąpił nagły
przełom. Naraz wszyscy poczęli piętnować "Gazetę" i Michnika (ach te jego
wódeczki...). Z początku, jeszcze w styczniu 2003 gazeta gryzła krytykantów
ile mogła, ale potem zamilkła. I milczy po dziś dzień! Jakież to cudowne móc
czytać tekściki jawnie lekceważące i Michnika i "Gazetę" i... nie znajdować w
ulubionym codziennym piśmie zajadłych replik w stylu dawnych czasów (czyli
słodkich lat 90-tych).
Ciekawy jestem, czy to "znormalnienie" jest już na stałe, czy Michnik ze
swoim egocentryzmem tylko czeka na odejście fali. Czy nastąpi Kam Bek
Andrzeja Zagozdy?
Mam nadzieję, że już więcej nie ujrzę na łamach żadnych "moralnych szantaży",
nie będą musiał uświadamiać sobie, że ludzie prowadzący inną niż "Gazeta"
politykę są gnidami i moralnymi pokurczami. Mam nadzieję, że redakcja
naprawdę przemyślała pewne sprawy.
W niedawnej dyskusji o konsekwencjach afery Rywina dla mediów drukowanej
w "Pressie" padło wiele zarzutów wobec Michnika, o nierozróżnianie roli
dziennikarza i polityka. Na to reprezentant "GW" w tej debacie
odpowiedział "Adam Michnik kiedyś z gazety odejdzie".
Ale kiedy?