skoluba2000
12.02.12, 17:35
Czytam powyższy artykuł i... oczy przecieram z niedowierzaniem!!!
Czy naprawdę publicznie i otwarcie GW przyznaje, że to co gdzie indziej jest normalne u nas jest nienormalne i odwrotnie?
Od lat trąbi się na prawo i lewo o nieefektywności dyrektorskich konkursów w instytucjach kulturalnych w Polsce. Ale główny zarzut jest tak naprawdę jeden - konkursy ustawiane są pod konkretnych kandydatów, co z miejsca odbiera chęć startowania ludziom zdolnym, kompetentnym, którzy jednak nie należą do "układu". Przykłady takich konkursów były już i w Szczecinie, kiedy dziwnym trafem warunki odpowiadały życiorysom takich kandydatów jak Oryl (Filharmonia), któremu trzeba było znaleźć posadę po przegranym procesie o dymisję jego poprzednika w Wydziale Kultury lub Kunc (Opera), któremu trzeba było się odwdzięczyć za polityczne poparcie w wyborach prezydenta Szczecina. Efekty potem są takie jakie są - na stanowiska dostają się różnego rodzaju szalikowcy, miernoty, aparatczycy, których jedyną zasługą jest to, że potrafili sobie wydreptać dróżkę do lokalnego urzędu i lansować się w lokalnych środowiskach. Człowiek zdolny, spoza układu, mógł przepaść na drobnym nawet uchybieniu formalnym (np. o jeden miesiąc był za krótko dyrektorem, lub nie był nigdy dyrektorem, bo dotychczas prowadził działalność niezależną). Zdarzało się nawet, że tego typu taktyka ponosiła spektakularną klęskę, kiedy np. kilka lat temu na stanowisko dyrektora Filharmonii Krakowskiej niemal mianowano Adama Klocka ze sfałszowanym życiorysem, jednocześnie perfidnie oczerniając w mediach innych kandydatów. Niestety polscy lokalni urzędnicy rzadko mają okazję jeździć po świecie i zdobywać kontakty wśród tych najlepszych, dlatego przeważnie zwiększało to szansę miejscowym hochsztaplerom, którzy potrafili zamydlić oczy swoimi rzekomymi sukcesami.
Konkurs w Filharmonii Szczecińskiej w tym kontekście to jak powiew świeżego powietrza. Jego warunki wcale nie wykluczają rozmów z potencjalnymi interesującymi kandydatami (a jeśli rzeczywiście takowe są to to, że nie trąbi się o nich w mediach można tylko zaliczyć na plus urzędu), a jednocześnie dają szansę na to, że może zgłosić się kandydat nowy, o niekoniecznie stereotypowym życiorysie.
Zacznijmy wreszcie taką otwartość doceniać zamiast ją potępiać. Czas trochę przewietrzyć ten szczeciński zamknięty grajdołek.
Jednocześnie chciałbym nawiązać do konkursu na dyrektora Opery. Generalnie lubię GW i przeżyłem szok, kiedy zobaczyłem, że publikuje jego artykuły. Jak można w trakcie trwania konkursu robić taką bezczelny lans jednemu kandydatowi? Mam jednak nadzieję, że te artykuły bardziej mu zaszkodzą niż pomogą. Były po prostu na ŻENUJĄCYM POZIOMIE!!! Puste wodolejstwo. Jakieś porównania do Bilbao, które w szczecińskiej GW już nowością nie są, dużo ogólników, a absolutnie ZERO wizji! Przyznawanie się tylko do "sukcesu" Traviaty, która zasługą Różańskiego absolutnie nie była - to nie on sprowadził tę produkcję do Szczecina. Ale za to nic na temat tego jak opera powinna działać w takich obszarach jak: edukacja muzyczna, rozwój repertuarowy, rozwój zespołu, rozwój współpracy transgranicznej czy wreszcie konsekwetne olewania faktu, że OnZ nie jest instytucją miejską, ale instytucją WOJEWÓDZKĄ? Ciągle brak wizji jak instytucja ta miałaby ułatwiać dostęp do sztuki mieszkańcom Świnoujscia, Stargardu czy Połczyna Zdroju. A to przecież tylko wierzchołek góry lodowej!
Cóż, widać, że OnZ raczej pozostanie instytucją zaściankową, może filharmonia jednak będzie miała szansę na więcej?
Trzymam kciuki.