iwtedy
22.05.06, 07:31
Budżet, czyli zadania do wykonania
Rozmawiała Agata Nowakowska 21-05-2006 , ostatnia aktualizacja 21-05-2006
20:48
Polska przy ograniczonych środkach budżetowych musi lepiej wydawać publiczne
pieniądze. Muszą one iść na cele wyznaczone przez rząd, z realizacji których
urzędnicy będą rozliczani - Teresa Lubińska* opowiada, jak będzie konstruować
budżet zadaniowy dla Polski
Agata Nowakowska: Rząd chce w przyszłym roku przetestować budżet zadaniowy w
dziedzinie nakładów na naukę i wysokie technologie. Na czym ta nowinka ma
polegać?
- Budżet zadaniowy jest to zupełnie nowa filozofia - hierarchizowanie i
planowanie zadań rządu, a następnie ocenianie w okresie kilkuletnim, czy
zostały one dobrze wykonane. Rząd musi wybrać pewne priorytety, cele, jakie
chce osiągnąć, i dobrać do tego mierniki, które pozwolą ocenić, czy zadanie
zostało wykonane. W przypadku wzrostu innowacyjności polskiej gospodarki tymi
miernikami mogą być: liczba patentów na 1 mln mieszkańców czy eksport wyrobów
wysoko zaawansowanych technologicznie, mierzony jako odsetek PKB.
Wzorujemy się na Francji?
- Przyjrzeliśmy się budżetowi zadaniowemu we Francji. Tam są 133 programy i
500 zadań, a za każdy program jest odpowiedzialna jedna osoba. Ona się
rozlicza nie z tego, ile środków wydała, ale z tego, czy udało się wykonać
konkretny program. Obserwujemy również rozwiązania innych krajów, np. USA,
Holandii.
Czy to znaczy, że w ogóle nie ma choćby lekko zaznaczonych ram wydatków?
Pełna dowolność? Bo to może prowadzić prostą drogą do nadużyć. No i jak wtedy
w ogóle można skonstruować jakiś budżet?
- Oczywiście, że są ramy wydatków. Nie chodzi o pełną dowolność, lecz raczej
o pełną świadomość, na co chcemy wydać środki publiczne i czego oczekujemy w
zamian. Dzięki budżetowi zadaniowemu rząd i parlament mogą panować nad
budżetem państwa, a nie koncentrować się na ustaleniu wydatków w działach.
Ponadto jeśli zapadnie decyzja o przesunięciu środków w budżecie z jednej
pozycji do innej, to zadecydować będzie trzeba, jakie konkretne zadanie
będzie wtedy realizowane zamiast innego.
A co jeśli nie uda się wykonać jakiegoś zadania, np. wciąż nie zwiększymy
liczby patentów?
- Wtedy należy zastanowić się, czy stworzyliśmy dobrą atmosferę i rozwiązania
prawne w sektorze B+R (badania i rozwój), czy nie zmienić kryteriów podziału
środków, czy ludzie mają właściwe kompetencje itp. To bardzo konkretne
przyczyny. Dzięki budżetowi zadaniowemu możliwe jest przeprowadzenie analizy
przyczynowo-skutkowej.
Jakie są korzyści z budżetu zadaniowego?
- Przede wszystkim pozwala on zarządzać publicznymi pieniędzmi, a nie tylko
je wydawać. Pozwala ukrócić marnotrawstwo. Daje przejrzystość, ludzie
wreszcie będą mogli się dowiedzieć, ile w Polsce kosztuje droga, ile kosztuje
wykształcenie ucznia. Dzisiaj podaje się tylko nakłady na działy klasyfikacji
budżetowej.
Tylko wydatki na naukę i rozwój zostaną w przyszłym roku ujęte w systemie
zadaniowym?
- Jeszcze nie wiemy. Robimy teraz różne pilotaże: w województwach, w
Ministerstwie Zdrowia, Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej oraz w
Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego i one wyglądają zachęcająco.
Korzystamy również z doświadczeń MON. Tymczasem opracowujemy metodykę
tworzenia budżetu zadaniowego. Cały budżet mógłby być robiony zadaniowo w
2009 roku.
W Polsce wydatki sztywne wahają się w granicach 60-70 proc., to są wydatki
wynikające z ustaw, np. o emeryturach, i państwo jest tu tylko kasjerem. Musi
te pieniądze wypłacić. Budżet zadaniowy mógłby więc dotyczyć zaledwie 30-40
proc. ogółu wydatków.
- Na pewno warto inaczej wydawać te "luźne" 50-70 mld zł w budżecie. Jak się
zrobi dobre programy, wyznaczy ważne cele, da dobre mierniki, to ludzie sami
będą chcieli to robić. Bo ludzie lubią odpowiedzialność, lubią mieć poczucie,
że coś od nich zależy. Ich władza rośnie.
A nie chodzi po prostu o to, by wykazać, że część pieniędzy idzie w błoto i w
ten sposób zaoszczędzić?
- Wszyscy mówią, że im brakuje środków i domagają się podniesienia nakładów.
Doświadczenia światowe pokazują, że to często nie daje efektów. Można bez
końca. Sektor publiczny wchłonie każdą ilość pieniędzy. Oczywiście budżet
zadaniowy ujawni rezerwy, wtedy rząd zdecyduje, czy one zostają w danym
programie, czy lepiej przesunąć je do innego.
Są jakieś konkretne szacunki, ile takich rezerw się pojawi?
- Nie, to będziemy wiedzieć, dopiero gdy ocenimy rezultaty odpowiednio
dobranymi miernikami.
Czy przejście na nowy system nie będzie pretekstem do zwiększenia deficytu
budżetowego w przyszłym roku? Już raz nawoływała Pani, jako minister
finansów, do większego zadłużenia się.
- Tak, ale na zbożny cel. W Polsce nie wypada mówić o tym, że potrzeba więcej
pieniędzy na naukę, rozwój. Ja mam tę odwagę.
Ależ wypada, ale te pieniądze trzeba zdobyć, zmniejszając wydatki gdzie
indziej.
- Liczę na dochody z innych źródeł, którymi można będzie sfinansować większe
wydatki na rozwój. Np. dodatkowe środki z urzędów skarbowych i celnych,
ograniczenie szarej strefy w sferze ubezpieczeń społecznych. Może też być i
tak, że reforma podatkowa będzie tak kosztowna, że nie starczy na rozwój.
Jedno jest pewne: musimy twardo trzymać się programu dochodzenia do euro, bo
to dla Polski niezwykle ważna sprawa. Oznacza trzymanie deficytu budżetowego
w ryzach.
W wydanej niedawno książce "Budżet państwa i samorządów" stwierdza Pani, że w
latach 1991-2003 najwięcej urosły wydatki na ubezpieczenia i opiekę
społeczną. Spadały np. na naukę. Czy taka struktura wydatków jest dla państwa
korzystna?
- Struktura wydatków państwa, samorządów i NFZ nie stymuluje rozwoju. W
ostatnich latach nastąpił bardzo duży spadek nakładów na badania i rozwój - o
blisko połowę - oraz na ochronę zdrowia: o 1 proc. PKB. Jeszcze w 1991 roku
wydawaliśmy na naukę 0,76 proc. PKB, a już w 2003 - tylko 0,34 proc. PKB.
Dlatego jeszcze jako minister finansów walczyła Pani o dodatkowy 1 mld zł w
tegorocznym budżecie na naukę i nowe technologie nawet kosztem zwiększonego
deficytu budżetowego?
- Narodowy Plan Rozwoju na lata 2004-06 zakładał osiągnięcie poziomu 1,5
proc. PKB przeznaczanego na działalność B+R, podczas gdy w rzeczywistości
osiągnięto poziom zaledwie 0,72% PKB. Program Operacyjny Konkurencyjna
Gospodarka 2007-13 zakłada, że nakłady na B+R w 2013 r. wyniosą 2,2 proc.
PKB. Według naszych wyliczeń nie jest to możliwe, dlatego w Zespole Budżetu
Zadaniowego opracowaliśmy program tzw. wędki technologicznej, który będzie
miał kluczowe znaczenie dla działalności badawczo-rozwojowej.
Dlaczego polskie przedsiębiorstwa nie stawiają teraz na nowe technologie?
- Ze względu na istnienie barier. Po pierwsze, ośrodki naukowo-badawcze nie
są w stanie odpowiednio wspierać przedsiębiorstw w zakresie B+R. Po drugie,
słaba kondycja polskich przedsiębiorstw, które nie mają wystarczająco dużej
siły finansowej, by ich nakłady na B+R były tak duże jak nakłady firm w
krajach rozwiniętych. I po trzecie, współpraca, przepływ informacji pomiędzy
tymi dwoma środowiskami są mało skuteczne.
Pod względem liczby patentów Polska wypada blado na tle innych krajów.
- Polska zgłosiła do Europejskiego Urzędu Patentowego 2,7 patentu w
przeliczeniu na 1 mln mieszkańców, a Czechy - 10,9, Węgry - 18,3.
Przecież nie jesteśmy mniej inteligentni niż inne narody. Skąd ta mizeria?
- To wynika nie tylko z tych niskich nakładów na naukę i rozwój. Dotąd
badacze sami finansowali patenty, teraz są na to pieniądze w Ministerstwie
Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ważne jest też, by rektor uczelni, którego
badacze mają osiągnięcia, dawał firmom chcącym użyć tego patentu zgodę na
licencję. Uczeni mogą wtedy założyć spółkę. To są nowe rzeczy, dość trudno
się przebijają. Udziały w takich spółkach mogłaby mieć też np. Agencja
Rozwoju Pr