Gość: ośka
IP: 217.153.6.*
24.01.07, 19:36
13.01.2007 roku odwiedził mnie w Szczecinie kolega poznany za granicą-
Australijczyk. Chłopak już od ponad roku zwiedza cały świat, objechał całą
Europę Zachodnią, był również w Tajlandii, na Hawajach, w Kanadzie… długo by
wymieniać. Kiedy dowiedziałam się, że planuje odwiedzić mnie w Szczecinie,
postanowiłam stanąć na wysokości zadania i zaprezentować nasze miasto od jak
najlepszej strony. Odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc, w tym lokale.
Niestety trafiliśmy również do nowego szczecińskiego klubu na „Nowym Starym
Mieście”- Apartament. Wpadliśmy „przelotem”, by poczęstować Australijczyka
kolejnym polskim piwem. Zamówienie opiewało na 13 zł. Zaraz po wypiciu
poprosiliśmy kelnerkę o rachunek. Steve wyciągnął banknot 50 zł, podał
kelnerce, mówiąc „Tank you”. Pani kelnerka od razu zniknęła (poszła na
zaplecze). Ponieważ nie pojawiała się przez następne 15 min. podeszliśmy do
baru, by zapytać o resztę.
W tym momencie Pani wyszła z zaplecza, podeszła do nas i powiedziała
oburzonym tonem i z dziwną miną: „Powiedziałeś, dziękuję i że to jest mój
napiwek…”. Wtedy ja podeszłam do Pani i kulturalnie wytłumaczyłam, że znajomy
jest z Australii, i że w jego kulturze słowo dziękuję przy podaniu pieniędzy
nie oznacza danie napiwku. A Pani kelnerka jeszcze bardziej oburzonym głosem,
wręcz krzycząc na mnie stwierdziła, że „Jesteśmy w Polsce i niech
Australijczyk nauczy się polskiej kultury”. Zrobiło nam się wstyd przed
naszym kolegą i wtedy kategorycznie zażądaliśmy zwrotu całej reszty. Dla
lepszego zrozumienia dodam, że wszyscy jesteśmy studentami a lokal
odwiedziliśmy z plecakami na plecach, więc na logikę, przy rachunku 13 zł,
nie wyglądaliśmy na takich, którzy dają 37 zł napiwku.