Gość: adam m.
IP: *.bazapartner.pl
05.04.07, 23:51
Czy na Biegunie Północnym istnieją wejścia do tajnych baz? Jeżeli Tajemny
dziennik Admirała Byrda jest autentyczny, to jedno z wejść do podziemnego
świata jest na 141 stopniu długości geograficznej wschodniej i 84,4 stopniu
szerokości geograficznej północ
(luty-marzec 1947 r.)
Przelot badawczy nad Biegunem Północnym (Wewnętrzna Ziemia – mój tajemny dziennik)
Dziennik ten pisać muszę w tajemnicy i skrytości. Dotyczy on mego przelotu nad
Arktyką w dniu dziewiętnastego lutego tysiąc dziewięćset czterdziestego
siódmego roku.
Przychodzi taki czas, gdy człowieczy racjonalizm przestaje cokolwiek znaczyć i
kiedy zaakceptować trzeba nieuniknioną Prawdę! Gdy piszę te słowa, nie wolno
mi ujawniać nikomu poniższej dokumentacji… być może nie ujrzy ona nigdy
światła dnia i nie pozna go opinia publiczna, muszę jednak spełnić swój
obowiązek i wszystko zanotować, aby wszyscy mogli to pewnego dnia przeczytać.
W świecie pełnym zachłanności i wyzysku przez niektórych ludzi nie można
powstrzymywać tego, co stanowi prawdę.
DZIENNIK POKŁADOWY: LOT Z BAZY NAD ARKTYKĘ, 19/02/1947 R.
Godzina 0600 – Zakończono wszystkie przygotowania do naszego lotu na północ i
startujemy z pełnymi zbiornikami paliwa o 0610.
Godzina 0620 – Mieszanka paliwa w prawym silniku zdaje się zbyt bogata,
dokonano poprawek i oba silniki Pratt & Whittney pracują równo.
Godzina 0730 – Kontakt radiowy z bazą. Wszystko w porządku, odbiór normalny.
Godzina 0740 – Zauważono niewielki wyciek oleju w prawym silniku, jednakże
wskaźnik ciśnienia oleju zdaje się pracować normalnie.
Godzina 0800 – Niewielka turbulencja z kierunku wschodniego na wysokości 2321
stóp [ok. 705 metrów – przyp. tłumacza], skorygowałem do 1700 stóp [ok. 515
metrów – przyp. tłumacza], turbulencji nie stwierdza się, lecz wzmaga się
tylny wiatr, dokonałem więc niewielkich poprawek w ustawieniu dławika i
samolot sprawuje się świetnie.
Godzina 0815 – Kontakt radiowy z bazą, sytuacja w normie.
Godzina 0830 – Ponownie pojawiły się turbulencje, zwiększam wysokość do 2900
stóp [ok. 885 metrów – przyp. tłumacza] i znów doskonałe warunki lotu.
Godzina 0910 – Pod nami wielkie połacie lodu i śniegu, zauważam plamy o
żółtawym zabarwieniu, które rozciągają się liniowo. Zmieniam kierunek lotu w
celu dokładniejszego przyjrzenia się tym kolorowym wzorom, zauważam także
barwę czerwonawą czy liliową. Robię dwa pełne okrążenia nad tym rejonem i
powracam do kierunku wyznaczonego przez kompas. Ustalam ponownie położenie z
bazą i przekazuję informację o zabarwieniu lodu i śniegu poniżej.
Godzina 0910 – Zarówno kompas magnetyczny, jak i żyrokompas zaczynają wirować
i drgać, nie jesteśmy w stanie utrzymać kierunku opierając się na wskazaniach
przyrządów. Orientujemy się według kompasu słonecznego, ale wszystko zdaje się
być w porządku. Przyrządy najwyraźniej reagują powolnie i z opóźnieniem, ale
nic nie wskazuje na oblodzenie!
Godzina 0915 – W pewnej odległości dostrzegam coś, co chyba jest górami.
Godzina 0949 – Upłynęło 29 minut lotu od pierwszej obserwacji gór i nie jest
to złudzenie. Są to góry, składające się z niewielkiego łańcucha, których
nigdy wcześniej nie widziałem!
Godzina 0955 – Zmiana wysokości do 2950 stóp [około 900 metrów – przyp.
tłumacza]. Znów doświadczamy silnych turbulencji.
Godzina 1000 – Przecinamy niewielki łańcuch górski i – o ile jesteśmy w stanie
stwierdzić – nadal lecimy na północ. Za górami znajduje się najwyraźniej
dolina z niewielką rzeką czy też strumieniem, płynącym w jej środkowej części.
Pod nami nie powinno być żadnej zielonej doliny! Coś tu jest z pewnością nie
tak i dzieje się tu coś bardzo dziwnego! Powinniśmy znajdować się nad lodem i
śniegiem! Z lewej burty widać olbrzymie lasy, porastające górskie zbocza.
Nasze instrumenty nawigacyjne wciąż wirują, żyroskop waha się w przód i w tył!
Godzina 1005 – Zmniejszam wysokość do 1400 stóp [około 425 metrów – przyp.
tłumacza] i wykonuję ostry skręt w lewo, aby lepiej przyjrzeć się dolinie pod
nami. Jest zielona i porośnięta mchami lub gęsto zbitą trawą. Światło wydaje
się tu inne. Nie widzę już słońca. Jeszcze raz skręcamy w lewo i zauważamy pod
nami coś, co chyba jest jakimś zwierzęciem. Zdaje się, że to słoń! NIE!!!
Bardziej przypomina mamuta! To niewiarygodne! A jednak, jest tu! Zmniejszam
wysokość do 1000 stóp [około 305 metrów – przyp. tłumacza] i biorę lornetkę,
aby lepiej przyjrzeć się zwierzęciu. Potwierdzam – to zwierzę z pewnością
podobne jest do mamuta! Składam raport do bazy.
Godzina 1030 – Napotykamy coraz więcej wzgórz o zielonych zboczach. Miernik
zewnętrznej temperatury wskazuje 74 stopnie Fahrenheita [około 23 stopni
Celsjusza – przyp. tłumacza]! Lecimy dalej zgodnie z wyznaczonym kierunkiem.
Przyrządy nawigacyjne zdają się teraz pracować normalnie. Zadziwia mnie ich
zachowanie. Próbuję połączyć się z bazą. Radio nie działa!
Godzina 1130 – Krajobraz pod nami jest bardziej płaski i zwyczajny (jeśli
wolno mi tak powiedzieć). Przed nami dostrzegamy coś, co wygląda jak
miasto!!!! To niemożliwe! Samolot zdaje się lekko płynąć. Przyrządy przestały
działać!! Mój BOŻE!!! Po obu stronach samolotu widzimy dziwne pojazdy.
Gwałtownie się zbliżają! Mają kształt dysku i błyszczą. Są teraz wystarczająco
blisko, by dostrzec znajdujące się na nich znaki. To rodzaj swastyki!!! To
fantastyczne. Gdzież jesteśmy?! Co się stało? Znów ciągnę za manetki. Nie
reagują!!!! Schwytała nas jakaś niewidzialna siła!
Godzina 1135 – Nasze radio trzeszczy i słyszymy głos, mówiący po angielsku z
niewielkim akcentem nordyckim lub germańskim! Wiadomość brzmi: „Witamy, panie
Admirale, w naszym królestwie. Sprowadzimy pana na ziemię za dokładnie siedem
minut! Proszę się odprężyć, jest pan w dobrych rękach”. Zauważam, że silniki
naszego samolotu przestały pracować! Samolot znajduje się pod jakąś przemożną
kontrolą i sam skręca. Przyrządy kontrolne są bezużyteczne.
Godzina 1140 – Otrzymujemy kolejną wiadomość radiową. Rozpoczynamy właśnie
podchodzenie do lądowania i za chwilę samolot leciutko się chwieje i
rozpoczyna zejście, jakby schwytany w jakąś wielką windę! Ruch w dół jest
niemal niezauważalny, a dotknięciu ziemi towarzyszy zaledwie maleńki wstrząs!
Godzina 1145 – Dokonuję ostatniego, pospiesznego wpisu do dziennika
pokładowego. Ku naszemu samolotowi zbliża się pieszo kilku mężczyzn. Są wysocy
i mają blond włosy. W oddali widać wielkie, błyszczące miasto, pulsujące
wszystkimi kolorami tęczy. Nie wiem, co się teraz zdarzy, ale nie widzę, by
przybysze mieli ze sobą jakąś broń. Słyszę, jak jakiś głos woła mnie po
nazwisku i każe otworzyć drzwi do luku bagażowego. Tak też robię. KONIEC WPISU.
jeden z projektów Franka Lloyda Wrighta
Od tego miejsca wszystkie kolejne wydarzenia spisuję z pamięci. Wszystko to
wymyka się wyobraźni i zdawać by się mogło szaleństwem, gdyby nie wydarzyło
się naprawdę.
Zabierają operatora radia i mnie z samolotu i szykują serdeczne powitanie.
Stajemy na przypominającym platformę pojeździe bez kół! Z wielką prędkością
przenosi nas ku błyszczącemu miastu. Gdy się zbliżamy widzę, że zdaje się być
zrobione z krystalicznego materiału. Wkrótce przybywamy do dużej budowli,
jakiej nigdy wcześniej nie widziałem. Wyglądało, jakby właśnie zeszło z deski
kreślarskiej Franka Lloyda Wrighta [Frank Lloyd Wright – jeden z
najwybitniejszych amerykańskich architektów, propagujący idee organicznej (a
więc pozostającej w zgodzie z przyrodą) architektury, organicznej edukacji
oraz zachowania środowiska naturalnego - przyp. tłum.], albo raczej pochodziło
ze sceny w filmie o Bucku Rogersie [Pułkownik Buck Roger – bohater znanego w
USA serialu science-fiction, którego akcja toczy się w XXV wieku – przyp.
tłum.] !! Podają nam jakiś ciepły napój, którego smaku nie daje si