zed.1
05.06.09, 15:24
kazdy kto chce stawac w obronie stoczni, kto placze nad losem tej
branzy, kto wylewa lzy nad katastrofa jaka "nas" spotkala, niech
przeczyta ten tekst:
www.stockwatch.pl/artykuly/post/2009/06/03/zwyciestwo-polskiego-podatnika.aspx
To czego sami nie potrafiliśmy albo nie chcieliśmy wyliczyć,
wyliczyła skrupulatnie Komisja Europejska. Od 1 maja 2004 r. na
utrzymanie pojedynczego etatu w samej tylko gdyńskiej stoczni państwo
polskie wyłożyło 121 tys. euro (słownie STO DWADZIEŚCIA JEDEN TYSIĘCY
EURO). Warto zapamiętać tę liczbę. Tyle kosztowało nas utrzymanie
jednego miejsca pracy w mieście, gdzie stopa bezrobocia oscyluje
dookoła 3,5 proc., a więc jest jedną z najniższych w Polsce.
W stoczni gdyńskiej, tuż przed zatwierdzeniem planu jej
restrukturyzacji, pracowało 5,1 tys. osób. W gdańskiej, przed jej
sprzedażą na aukcji, zatrudnionych było 2,3 tys. osób, a w Szczecinie
1,8 tys. osób. Łącznie było to 9,2 tys. pracowników. Z samego więc
tylko zestawienia wielkości zatrudnienia w ratowanych właśnie
stoczniach z kosztami, jakie już poniósł polski podatnik, wynika, że
muszą istnieć wyjątkowo silne pozaekonomiczne korzyści wspierania
polskiego przemysłu stoczniowego. Zastanówmy się jakie.
Na pewno nie jest nim, jak mówią związkowcy i część polityków, chęć
powstrzymania lawinowego bezrobocia, które nam grozi, jeżeli na
miejscu gdzie teraz są dźwigi, maszty i pochylnie powstaną bloki
mieszkalne, porośnie je trwa, lub stanie się z nimi cokolwiek innego.
Po pierwsze, trzy ratowane właśnie stocznie zatrudniają relatywnie
mało osób. Kilka tysięcy nowych bezrobotnych zwolnionych w Gdynii i
Gdańsku oraz blisko 2 tys. w Szczecinie na pewno drastycznie nie
pogorszy obrazu tamtejszych rynków pracy. Po drugie, większość
stoczniowców wcześniej, czy później znajdzie inną pracę. Trójmiasto i
Szczecin to mimo wszystko nie Mazury i nie małe miasteczka, gdzie
upadła jedna fabryczka, dająca wszystkim zatrudnienie.
Być może stocznie są niezwykle ważne dla dziesiątków kooperantów
pracujących dla nich w Polsce? Też nie. To można powiedzieć, patrząc
wyłącznie na wielkość produkcji statków w Polsce. W 2007 roku
zwodowano ich 30, w 2008 o dziesięć mniej. Trudno znaleźć w Polsce
firmę, która świadomie budowała by swoją przyszłość na modelu
współpracy ze stoczniami. Dawni wielcy polskiego przemysłu
stoczniowego już od dawna dywersyfikują swoją działalność, tak jak
choćby zakłady Cegielskiego w Poznaniu, które poza silnikami
okrętowymi zajmują się również produkcją tramwajów i turbin do
elektrowni. Z powodzeniem wysyłają też swoje produkty poza Polskę.
Bez stoczni przeżyją. Nawet mocno dotknięty kryzysem przemysł
hutniczy swojej przyszłości szuka w innych obszarach gospodarczych
niż budowa statków.
Co więc jeszcze może tłumaczyć ratowanie jednego miejsca pracy w
regionie o niskim bezrobociu za 121 tys. euro? Promocja zagraniczna
Polski? Zespawane nad Wisłą kadłuby pod banderą Antyli Holenderskich
lub Bahamy będą przemierzać morza i oceany, sławiąc polską myśl
techniczną? Wolne żarty. Ciekawe dla ilu firm korzystających z
morskiego transportu istotne jest, gdzie powstał statek, który wiezie
ich towary? No i najważniejsze, ile konsumentów na świecie patrzy na
markę jakiegokolwiek kraju poprzez pryzmat właśnie budowanych przez
nie statków? Niewielu. Pamiętamy, że Niemcy robią dobre samochody,
Amerykanie komputery i Windows, a Finowie komórki, ale czy wiemy, kto
buduje najlepsze statki i ma to jeszcze dla nas jakieś znaczenie? Dla
większości żadne. Promocja Polski poprzez produkty przemysłu
stoczniowego to niepoważny pomysł.
Jakie więc powody stoją za niezwykle kosztownym ratowaniem
upadających firm, skoro nie stoją za tym argumenty ekonomiczne,
społeczne i marketingowe? Została jeszcze polityka, która każe
politykom jednej opcji opowiadać o niezwykle ważnym dla bytu
narodowego polskim przemyśle stoczniowym, a ich adwersarzom
akcentować niebywały sukces uratowania kolebki Solidarności i
niezliczonej liczby miejsc pracy. Gdzieś tu jest również miejsce dla
związkowców. Ich rola jest dość klarowna, wyłączając wyraźne
wspieranie jednej z dwóch konkurujących ze sobą opcji politycznych.
Walczą o miejsca pracy dla siebie i swoich kolegów. Oni wszyscy
razem, politycy i związkowcy, nadmuchali do gigantycznych rozmiarów
balon pod nazwą Polski Przemysł Stoczniowy. Nadmuchali go za nasze
pieniądze. I bardzo dobrze, że epopeja związana z ratowaniem stoczni
dobiega końca. Jeszcze tylko drobnych parę milionów z budżetu na
domknięcie formalnych uzgodnień i koniec łożenia miliardów złotych na
kolejny program restrukturyzacji którejś z polskich stoczni. Miejmy
nadzieję, że jak znowu coś się nie uda, to nowi inwestorzy nie sięgną
po wsparcie do naszego budżetu.