Wojciech Lizak o szczecińskich elitach

22.12.03, 22:32
Gazeta na Pomorzu nr 97, wydanie szs (Szczecin) z dnia 2003/04/25, dział Z
ARCHIWUM SZ., str. 6
WŁODZIMIERZ PIĄTEK

WOJCIECH LIZAK

Śladem szczecińskich historii niezwykłych
Jak hartowała się stal, czyli historia naturalna szczecińskich elit
Wśród tych wielkich miast, które Polacy objęli po 1945 r., Szczecin ma
najbardziej osobliwą historię. Na tę inność rodzinnego miasta moich dzieci
składa się wiele czynników. Ale zanim o nich, najpierw parę słów wyjaśnień w
sprawie określenia Szczecina jako ?rodzinnego miasta moich dzieci?. Sam się
w nim osiedliłem późno, bo w 1974 r. jako absolwent UAM w Poznaniu i
Wielkopolanin z urodzenia. Tu od roku mieszkała moja żona, która z kolei
skończyła Uniwersytet w Gdańsku i stamtąd też pochodzi. Ale już pracowała na
Politechnice i to przesądziło kwestię wyboru miejsca osiedlenia. Z początku
dość często spieraliśmy się. Ona: wracamy do Gdańska, ja: jaki Gdańsk, tylko
Poznań. Spór małżeński po iluś tam latach wyciszył się, a dziś wraca w
domowych rozmowach przy ocenie nie najlepszej kondycji gospodarczej i
społecznej Szczecina nawet moim stwierdzeniem: ?Trzeba było nam do
Gdańska...?. Sam do tej pory mam kłopoty z samoidentyfikacją. Kimże jestem:
szczecinianinem z wyboru czy przymusu? Tego problemu nie ma już czwórka
moich synów. Najmłodszy z nich 12-letni Karol, kiedy słyszy mnie np.
zdenerwowanego zachowaniem stoczniowców bijących szefa szczecińskiej Odry i
mówiącego ?Wracam do siebie?, bardzo poważnie stwierdza: ?Ale beze mnie, ja
jestem stąd, a ty stamtąd?.


Godot z twarzą Unii Europejskiej
To wprowadzenie ma uzasadniać mój ? i chyba nie tylko mój ? pogląd, że
społeczność szczecińska jest zbiorowiskiem in statu nascendi. Różni się
mocno od zasiedziałych poznaniaków. Ale i także od współczesnych gdańszczan
i wrocławian, którzy start do polskości mieli przecież identyczny. Tu nad
Odrą czuć w powietrzu jakiś niedobór więzi społecznych, większą atomizację
społeczeństwa, bierność i obojętność wobec spraw miasta. Z jednej strony
jest już spora grupa ludzi, którą cechuje aż przesadzony w manifestowaniu
patriotyzm lokalny, z drugiej marzenia większości młodych ludzi o ucieczce
stąd jak najdalej. Potwierdzają to statystyki, które mówią, że w ciągu
ostatnich lat ok. 40 tys. ludzi wyjechało ze Szczecina. Miasto dziwne, bo za
sprawą Grudnia 1970 i Sierpnia 1980 wpisało się na trwałe do historii
obalenia komunizmu w Europie, a jednocześnie bezradne wobec przemian, jakie
zaszły po 1990 r. W tym wszystkim przypomina mi się inna wielka polska
metropolia ? Łódź. W Szczecinie mamy problemy zamierającego miasta
stoczniowców i portowców, u nich nieistniejącego już miasta prządek. Tam
ratują się bliskością Warszawy, tu czeka się na Godota. Ma on mniej lub
bardziej wyrazistą twarz Unii Europejskiej, czasami Berlina, z nadziejami,
że z samej bliskości, bez jakiegokolwiek dodatkowego wysiłku wyniknie coś
pozytywnego lub na podobnej zasadzie ? z granicy i nieodległej Meklemburgii.
Gorzej, że w ostatecznym rozrachunku ów Godot może przyoblec twarz Leppera,
lidera mało europejskiego ugrupowania politycznego.

Bo upadek stoczni w 2001 r. i wcześniejsze zamieranie portu przetrąciły
kręgosłup miastu. Zapanował strach o przyszłość, o rodziny i dzieci, o
elementarne warunki bycia. Atmosfera aż się zagęściła od niepokoju. Ten stan
jest niczym nowym w dziejach miasta. Ale o tym za chwilę.

Gdańsk mający podobne problemy ze swoją stocznią nie wydziela aż takiej
dawki pesymizmu, a we Wrocławiu swój żywiołowy optymizm wyrazili nie mniej
żywiołowym staraniem się o organizację Expo 2010. Żywiołu było za dużo, z
imprezy nici, ale w stolicy Dolnego Śląska zapowiadają rewanż. We Wrocławiu
i Gdańsku bywam często, stąd te porównania i próby wyciągania wniosków.
Pierwszy, podstawowy: w Szczecinie miejscowe elity ani współcześnie, ani w
historii liczonej od 1945 r. nie stanęły na wysokości zadania; w stosunku do
liczby mieszkańców jest ich liczebnie mało, a w ślad za tym idzie ich
kiepska jakość, co by potwierdzało niechętnie dziś cytowanego Marksa, że
ilość przechodzi w jakość.


Robotnicza klasa, a na razie kasza
Zdrowy organizm lokalny ? a prawda ta znana jest od pierwszej greckiej
refleksji nad społeczeństwem ? musi mieć elity, które pełnią rolę
przewodnika stada. One to bowiem próbują sprostać wyzwaniom, diagnozując
rzeczywistość i wytyczając perspektywy. Jeżeli przewodnik jest kiepski,
naturalnym stanem rzeczy jest lęk i niepokój.

Niedawno w ?Tygodniku Powszechnym? dyskutowano o Krakowie. Aż zazdrość
brała! Tu w Szczecinie próbowano wielokrotnie na łamach gazet podjąć podobne
problemy. Dyskusja szybko zamierała. Raczej rozmawia się w wąskich
hermetycznych gronach, które nie mają ?przełożenia? na tzw. opinię
publiczną. Chociaż czy ta tzw. szczecińska opinia publiczna istnieje? Sam
mam wątpliwości. Jest to raczej opinia ulicy, czyli tzw. przeciętnego
człowieka, a nie ludzi, którzy byliby częścią szczecińskich elit lub ich
bezpośrednim zapleczem. Stąd moje twierdzenie, że Szczecin jako lokalny
organizm społeczny jest ułomny, że czegoś mu jednak brakuje, że bardziej
trafne jest powiedzenie, iż jest on takim w trakcie stawania się. W tym
miejscu aż nie sposób nie strawestować Adama Ważyka z ?Poematu dla
dorosłych?. Pisał on o wielkiej migracji polegającej na masowej ucieczce
młodych chłopów na socjalistyczne budowy 50 lat temu: ?Z niej się wytapia
robotnicza klasa, a na razie kasza?. W Szczecinie ?na razie kasza? z
nadzieją, że za pokolenia moich synów zakończy się proces ?wytapiania?.


Element z nizin społecznych
Szczecin jest cały z migracji. Inny zresztą nie mógł być. Ale to zasiedlanie
w odróżnieniu od Gdańska i Wrocławia miało parę specyficznych cech.

Ich źródło to początek polskiego Szczecina. O przynależność tego miasta do
Polski zabiegał Stalin. Aliantom marzyła się Polska oparta o linię Odra ?
Nysa Kłodzka. Moskwa powiedziała ?niet? i zaraz była granica na Nysie
Łużyckiej, a nawet przekroczyła na zachód Odrę, właśnie wchłaniając
Szczecin.

Nie z miłości do Polaków zagrał Stalin na nosie Zachodowi. Wrzucając
terytorialną kość niezgody pomiędzy Polaków a Niemców, chciał zagwarantować
sobie wieczną lojalność Warszawy. Targi o Szczecin miały ten efekt, że nim
Polacy 5 lipca 1945 r. przejęli władzę w mieście, byli z niego dwa razy
przeganiani.

Jeżeli na ziemiach przejętych od Niemców istniał aż do układu Gomułka ?
Brandt w 1970 r. niepokój, to w Szczecinie był odczuwany w trójnasób. Ten
falstart do polskości miał wyraźnie konsekwencje dla przyszłości
szczecińskiej społeczności. Bano się doń przyjeżdżać ? bo a nuż kolejny raz
nas wyrzucą. Trzeba było być awanturnikiem, człowiekiem bez wyobraźni,
niemającym możliwości powrotu do utraconych na rzecz ZSRR wschodnich ziem
lub pochodzącym z przeludnionych ziem centralnej Polski młodym chłopem,
który spragniony awansu uciekał przed wielowiekową nędzą na ?Dziki Zachód?.
Bo i tak mówiono w pionierskich czasach o Szczecinie. Krótko mówiąc ?
szybciej decydował się na przyjazd element z tzw. nizin społecznych niźli
ludzie z elity przedwojennej Polski.

A jej w 1945 r. było jak na lekarstwo. Została w sensie dosłownym przez
Hitlera i Stalina zdziesiątkowana. Z niedobitków część pozostała na
zapoczątkowanej wojną emigracji, bojąc się przyjechać do kraju rządzonego
przez komunistów. Tak więc pomiędzy 1939 a 1945 r. Polacy zmienili swoja
strukturę: w miejsce poszlacheckiej inteligencji, która odgrywała u nas taką
rolę jak na Zachodzie klasa średnia, poczęli wchodzić chłopi. Z ich
wyedukowanego potomstwa odtworzono inteligencję, a z reszty pragnących
awansu ?wytapiano klasę robotniczą?. W 1945 r. Polacy byli bardziej
plebejscy niż w 1939 r.


Miejsce Szczecina w polskiej historii i kulturze
Jedynym nienaruszonym dużym miastem, w którym elity nie doznały większego
uszczerbku i
    • absztyfikant cz. 2 22.12.03, 22:34
      Miejsce Szczecina w polskiej historii i kulturze
      Jedynym nienaruszonym dużym miastem, w którym elity nie doznały większego
      uszczerbku i w którym nie nastąpił przechył wywołany inwazją przedstawicieli
      klas ludowych, był Kraków. Ale tam absolutnie nie myślano, aby dzielić się z
      resztą Polski tak deficytowym towarem, jakim były wtedy elity. Do obdzielenia
      była nie tylko Warszawa, która po hitlerowskim ludobójstwie w 1944 r. była
      zasiedlana przez chłopów. Także Łódź, gdzie najpierw hitlerowcy wymordowali
      Żydów, później uciekli z niej Niemcy i brakujące ponad 60 proc. wypełnili
      znowu chłopi. W kolejce stał Gdańsk i Wrocław, Gliwice i Zabrze, wreszcie
      Szczecin, Olsztyn i Zielona Góra.

      Niedobitki lwowskiej inteligencji pojechały w dużej mierze do Wrocławia.
      Wilniacy podzielili się Gdańskiem i Toruniem. A do Szczecina... Urzędował w
      nim od początku wybitny administrator, ideowy komunista Leonard Borkowicz.
      Zorganizował on specjalną akcję, aby ściągnąć do Szczecina twórców kultury.
      Zjechali tu m.in. poeta K.I. Gałczyński i pisarz J. Andrzejewski. Ale na
      krótko. Ów kulturalny przeszczep nie powiódł się i miał wymiar zgoła
      symboliczny ? jako zapowiedź kłopotów miasta z wychowywaniem własnej elity.

      Inteligencja polska nadmierną miłością do radzieckich nie pałała. A w
      Szczecinie byli aż za bardzo widoczni. Czerwonoarmijski garnizon rozciągał się
      wzdłuż Odry, co dawało niemiłe wrażenie, że od reszty Polski miasto odgradza
      kordon. A za plecami też oni, jako że Szczecin przylegał do radzieckiej strefy
      okupacyjnej. Środek natomiast penetrował ? nie kryjąc się specjalnie ? NKWD. I
      to też zniechęcało.

      Na polską wyobraźnię nie działała też magia miejsca. Gdańsk ? wiadomo ?
      legenda polskiej historii. Dumny port I Rzeczypospolitej. Wrocław ? stolica
      regionu ? gdzie najdłużej, bo aż do 1675 r. rządziła książęca dynastia
      Piastów. W XIX w. stał się metropolią w europejskim stylu. Profesorami jego
      uniwersytetu byli Polacy, studentami również, wiele książek drukowano tam w
      języku polskim. Dla zaborowych Wielkopolan to nie była żadna zagranica. Wiem
      coś o tym, bo mój dziadek pod koniec XIX w. jeździł tam uczyć się kupiectwa. W
      każdym razie Wrocław miał swoje miejsce w polskiej historii i kulturze.

      A Szczecin? Prawie żadne. W starych podręcznikach zaledwie wzmiankowany przy
      okazji Bolesława Krzywoustego, który w początkach XII w. przyłączył Pomorze do
      Polski. Żadnego śladu nie pozostawili po sobie ani Polacy, żołnierze garnizonu
      króla pruskiego w Szczecinie, ani polska emigracja zarobkowa do Szczecina
      sprzed 1914 r. Jeżeli już ? to wzmiankowany jako stacja przesiadkowa do
      kurortów Misdroy i Swinemuende, bo i tam, rzadziej jednak jak do Kołobrzegu,
      jeździli Polacy. Nie inaczej jak przejazdem był w Szczecinie margrabia
      Aleksander Wielopolski, polski polityk, który próbował zapobiec powstaniu 1863
      r. Ale on z kolei jeździł do Arkony. Rugia za sprawą romantyzmu działała na
      wyobraźnię Polaków. Jeżdżono do świętego miejsca zachodniej Słowiańszczyzny. A
      moda na nią była wówczas tak wielka, że co rusz donoszono o odkrytych na Rugii
      i w Meklemburgii prasłowiańskich grobach i żalnikach. Na przykład robił to
      ?Przyjaciel Ludu? ? pismo wychodzące w latach 40. XIX w. w Lesznie.


      Alians endeków z komunistami
      W 1945 r. Szczecin Polakom nie kojarzył się z niczym więcej jak tylko
      potencjalnym miejscem osiedlenia, chociaż... z jednym sprostowaniem. Mit
      powrotu na ?prasłowiańskie ziemie? był żywy wśród zwolenników ideologii
      nielegalnej wówczas partii Narodowej Demokracji.

      I w obliczu braku fachowych kadr do prowadzenia spraw miejskich właśnie to
      środowisko odpowiedziało pozytywnie na apel o udział w ?repolonizacji?
      Szczecina. Był to chichot historii, bo trudno sobie wyobrazić bardziej odległe
      formacje polityczne jak komuniści i endecy. A na dodatek owemu osobliwemu
      sojuszowi patronował wspomniany Borkowicz ? polski komunista pochodzenia
      żydowskiego, który nie chciał wypominać części swoich świeżo pozyskanych
      współpracowników, że przed wojną krzyczeli ?Żydzi na Madagaskar!?.

      Ten lokalny alians miał wsparcie w polityce Władysława Gomułki, który będąc
      sekretarzem generalnym PPR, był jednocześnie ministrem Ziem Odzyskanych. Chcąc
      nie chcąc, musiał sięgnąć do ludzi z Polskiego Związku Zachodniego jako
      jedynych fachowców od świeżo pozyskanych terenów. W przedwojennej myśli
      politycznej bywało tak, że zainteresowanie polskimi kresami zachodnimi i
      niemieckimi kresami wschodnimi okazywali ludzie, którzy byli inspirowani ideą
      narodową. To tam rodził się, jeszcze przed 1939 r., pomysł zwrotu Polski na
      Zachód, a w związku z tym przesunięcia na linię Odry i Nysy Łużyckiej granicy
      jako konsekwencji wywołania przez Niemcy II wojny światowej. Do tego konceptu
      odwołali się komuniści polscy i radzieccy, którym chodziło o ideologiczne
      zakamuflowanie dyktatu Moskwy polegającego na zabraniu Polsce ziem wschodnich
      i przyznaniu rekompensaty terytorialnej. Ale słowo ?rekompensata? nie mogło
      się pojawić w żadnej formie. Mówiono więc o sprawiedliwości dziejowej. Że
      Litwini wrócili do Wilna, Białorusini do Grodna, Ukraińcy do Lwowa, a Polacy
      do Wrocławia i Szczecina. Skoro nie było rekompensaty, musiała się pojawić
      teoria ?powrotu na prastare ziemie piastowskie?, czyli repolonizacja. Na gwałt
      poszukiwano wszystkiego, co mogło przypominać o słowiańskości tych ziem. I tak
      ?wyparowało? z polskiej historiografii kilkaset lat historii Pomorza
      Zachodniego. Bo najchętniej opisywano dzieje tej krainy do czasów Bogusława X,
      który, jak wiadomo, był ożeniony z polską królewną Anną Jagiellonką. Mniej
      więcej do 1990 r. nie było wiadomo, jakim tworem kulturowo-politycznym było
      Pomorze. Pomorskim? Brandenburskim? Szwedzkim? A w ogóle to mieszkała na nim
      zgermanizowana na siłę zachodnia Słowiańszczyzna. Tylko że nikt nie napisał w
      owym czasie, że gdy wojska Czarnieckiego w 1657 r. szły na Danię, to nie
      traktowały tubylczej ludności jako swojej, tylko piły, paliły i gwałciły, a
      kto chciał się przed tym ratować, musiał wytaczać beczki z napitkiem, jako to
      zrobili stargardzianie. Ta nieco długa dygresja ma podkreślić fakt, że
      nieprzejednani ideologiczni wrogowie, czyli komuniści i endecy, spotkali się
      na Pomorzu Zachodnim na gruncie ?repolonizacji Ziem Odzyskanych?.

      I tak Roman Łuczywek w Szczecinie zakładał wydawnictwo ?Polskie Pismo i
      Książka?. Faktem tym wpisał się w historię szczecińskich elit, stanowiąc jej
      prominentną postać, wierny swoim poglądom, później znany jako zorientowany
      opozycyjnie adwokat. I tak ukształtowała się pierwsza polska elita w
      Szczecinie. Jej trzonem zasadniczym byli komuniści, wśród nich bardzo wielu
      pochodzenia żydowskiego oraz endecy. Wyglądało to mniej więcej tak, że
      Borkowicz sprawował ogólny nadzór i pełnił funkcję parasola ochronnego.
      Pozostali organizowali na nowo życie miasta, planując wywóz gruzów, naprawę
      trakcji elektrycznej, uruchomienie tramwajów itd.


      Trzy strefy jednego kraju
      Olbrzymim problemem byli fachowcy. Dla znakomitej większości przyjeżdżających
      nawet podstawowa infrastruktura stanowiła problem. Nie bardzo radzili sobie z
      instalacją gazową i elektryczną, trudno było opierając się na nich uruchomić
      miejskie tramwaje itd. Zatrzymano więc fachowców niemieckich, szukając zarazem
      polskich specjalistów. A z nimi był kłopot. Polska w swoim kształcie z 1939 r.
      niewątpliwie była jednolitym tworem politycznym i kulturowym. Oczywiście
      jeżeli nie będzie się brało pod uwagę tendencji odśrodkowych, np. Ukraińców
      czy Niemców, i autonomii kulturowej wszystkich mniejszości. Natomiast nigdy
      nie była jednolita pod względem cywilizacyjnym. Biorąc pod uwagę dwa
      najbardziej popularne kryteria ? charakterystyczne chociażby dla liberalizmu ?
      jakim jest społeczne doświadczenie wolności osobistej i własności ? to daje
      się Polskę podzielić na trzy strefy. Najszybciej wolność osobistą otrzymali
      • absztyfikant cz. 3 22.12.03, 22:35
        Trzy strefy jednego kraju
        Olbrzymim problemem byli fachowcy. Dla znakomitej większości przyjeżdżających
        nawet podstawowa infrastruktura stanowiła problem. Nie bardzo radzili sobie z
        instalacją gazową i elektryczną, trudno było opierając się na nich uruchomić
        miejskie tramwaje itd. Zatrzymano więc fachowców niemieckich, szukając zarazem
        polskich specjalistów. A z nimi był kłopot. Polska w swoim kształcie z 1939 r.
        niewątpliwie była jednolitym tworem politycznym i kulturowym. Oczywiście
        jeżeli nie będzie się brało pod uwagę tendencji odśrodkowych, np. Ukraińców
        czy Niemców, i autonomii kulturowej wszystkich mniejszości. Natomiast nigdy
        nie była jednolita pod względem cywilizacyjnym. Biorąc pod uwagę dwa
        najbardziej popularne kryteria ? charakterystyczne chociażby dla liberalizmu ?
        jakim jest społeczne doświadczenie wolności osobistej i własności ? to daje
        się Polskę podzielić na trzy strefy. Najszybciej wolność osobistą otrzymali
        chłopi Księstwa Warszawskiego, bo w 1808 r. Był to twór polityczny zrodzony z
        łaski Napoleona. Po jego klęsce utworzono w 1815 r. podporządkowane Prusom
        Wielki Księstwo Poznańskie i tam, włączając w to Pomorze Wschodnie, rozpoczął
        się od początków lat 20. XIX w. proces uwłaszczania chłopa. Zakończył się on
        ok. 1850 r., kiedy na wsi ostały się mocne ekonomicznie gospodarstwa, których
        właściciele uczestniczyli jako normalne podmioty w grze rynkowej, byli
        producentami dóbr rolnych i jednocześnie konsumentami dóbr wytworzonych przez
        innych. Reszta musiała uchodzić do zajęć pozarolniczych, zostając np.
        robotnikami w dalekiej Westfalii czy zajmując się obsługą rolnictwa w
        nieodległych miasteczkach. Ale ta grupa szybko straciła swe cechy społeczności
        feudalnej, osiągając stanowisko arystotelesowskiego podmiotu władzy w
        ?Politei?, czym zbliżała się do pozycji zajmowanych przez współczesną klasę
        średnią.

        Również w 1815 r. powstał drugi twór na ziemiach zaborowych: podporządkowane
        Rosji Królestwo Kongresowe. Tam chłopi zostali uwłaszczeni dopiero w 1864 r.
        Ale car nie myślał o dobrodziejstwach dla polskiej wsi, tylko o pognębieniu
        szlachty i ta reforma stworzyła z chłopów biedne społeczeństwo postfeudalne,
        nie czyniąc z nich ani podmiotów gry rynkowej, ani nie przesuwając ich w
        stronę klasy średniej. Jeszcze gorzej było na ziemiach zabranych, czyli
        bezpośrednio rządzonych przez Rosjan ziem zaborowych. Tam, przynajmniej na
        części terytorium, uwłaszczenie i uwolnienie przyniosły dopiero reformy Piotra
        Stołypina z 1907 r. Do tej pory mianowicie podmiotem własności chłopskiej była
        gmina wiejska, nie było więc własności indywidualnej w rozumieniu prawa
        rzymskiego, a człowiek wspólnoty mógł ją opuścić przed Stołypinem tylko za
        zgodą kolektywu.

        W 1848 r. uwłaszczono chłopów galicyjskich. Ale brak rynku i bieda czyniły z
        nich również postfeudalną społeczność. Odpowiada to podziałowi na Polskę A, B
        i C.


        Wielkopolski desant
        Ten bardzo skrótowy wykład ma uświadomić, jak różny od strony cywilizacyjnej
        element zjechał do Szczecina. Na koniec 1947 r. mieszkało tu prawie 136 tys.
        Polaków, z czego wypędzeni z ZSRR stanowili 31 proc., 55 proc. z Polski
        centralnej, a 14 proc. z Poznańskiego i Pomorskiego. Z Polski B i C było
        łącznie 85 proc. W większości nowi osadnicy pochodzili ze wsi, znacznie mniej
        z miasteczek, a zupełnie mało z takich metropolii jak Warszawa. Szczecin
        stanowił zatem dla większości z nich szansę na zostanie mieszczuchami. Tylko
        14 proc. pochodziło z Polski A, a więc ziem, które miały podobny status
        ?uzbrojenia? cywilizacyjnego jak Szczecin.

        Akurat tak się stało, że owi endecy, którzy wspierali komunistyczną władzę w
        Szczecinie, pochodzili w większości z Poznania ? stolicy regionu, który dość
        powszechnie żywił sympatię dla tej formacji politycznej. Oni też agitowali za
        przyjazdem do Szczecina ludzi obytych z cywilizacyjną strukturą: od fachowców
        od tramwajów przez piekarzy i cukierników, a nawet lekarzy i dentystów. I
        rzeczywiście przy pomocy wielkopolskiego desantu przywrócono Szczecinowi
        miejski charakter.

        Ale to wszystko, jak na potrzeby szczecińskiej zbiorowości, było mało.
        Zrobiono nawet w 1947 r. zebranie, na którym powołano Klub Inteligencki.
        Bardzo elitarny, ale jak mogło być inaczej, skoro architektów było tylko 19, a
        dentystów 20?

        Skoro nie udało się ściągnąć elity, pozostawało kreowanie jej na miejscu. Ale
        brak kadr z doświadczeniem akademickim musiał wstrzymać jakąkolwiek myśl o
        stworzeniu ośrodka akademickiego. Udało się natomiast powołać w 1946 r.
        Akademię Handlową i Szkołę Inżynierską. Miały one charakter zawodowy. Z
        podobnych pozycji startowała w 1948 r. Akademia Lekarska.


        Zwrot w polityce wewnętrznej
        Powołanie w Szklarskiej Porębie w 1947 r. Biura Informacyjnego dziewięciu
        partii komunistycznych zapowiedziało zwrot w polityce wewnętrznej w skali
        całego bloku. Skończył się względny liberalizm tzw. narodowych dróg do
        socjalizmu. Od 1948 r. proklamowano kurs na budowę tzw. podstaw socjalizmu,
        która to dyrektywa zawierała w sobie zbrodniczą zasadę o ?wzroście wrogów
        klasowych w miarę postępu w budownictwie socjalizmu?. Komunista miał być
        twardy i nie zawierać żadnych kompromisów z ?wrogiem klasowym?. A nim w
        warunkach polskich, gdzie nie było prawie rodzimej burżuazji, mogła być tylko
        inteligencja ? ta stara, wychowana i wyedukowana w kapitalizmie, czyli przed
        1939 r. Pospiesznie przygotowano program ?wychowania? inteligenta
        ?pochodzącego z ludu pracującego miast i wsi?.

        W Szczecinie poszedł w odstawkę liberalny wojewoda Borkowicz. Usunięto też ze
        stanowiska jego prawą rękę, pierwszego prezydenta miasta Szczecina Piotra
        Zarembę. Ich miejsce zajęli ludzie niższych lotów, którzy zaczęli realizować
        stricte stalinowską politykę. A ona polegała przede wszystkim na zastraszaniu
        jednostek i grup społecznych posiadających umiejętność samodzielnego myślenia.
        Dotychczasowi sojusznicy komunistów w Szczecinie ? endecy ? stawali się
        podejrzanymi niezależnie od faktu, czy złożyli deklarację lojalności.
        Wchodzili w kompetencje tajnej policji politycznej, czyli Urzędu
        Bezpieczeństwa. Efekt był taki, że stłamszono i zatomizowano ludzi
        potrafiących samodzielnie myśleć, dla których podstawowym problemem na długie
        lata było siedzieć cicho, aby uniknąć represji. W latach 1948/1949 dokonano
        swoistej pacyfikacji tych środowisk. Były one na tyle słabe, że wystarczył
        niezbyt silny nacisk stalinowskiego aparatu władzy. Ale był on na tyle
        skuteczny, że ten zaczyn, embrion, nie tyle nie rozwinął się, ale wręcz się
        nie urodził. Problemem podstawowym nie był rozwój szkolnictwa wyższego, ale
        utrzymanie na przyzwoitym poziomie szkół o charakterze średnim i podstawowym.


        Fala chłopskich imigrantów
        Od końca lat 40. w Szczecinie pojawiła się kolejna fala osiedleńcza. Różniła
        się ona od pierwszej, która wywołana bezpośrednio przez wojnę powodowała
        przyjazd całych środowisk, a na pewno rodzin. Tym razem przyjeżdżali
        pojedynczo. Przedstawiając ich najbardziej skrótową charakterystykę, należy
        uwzględnić fakt, że zazwyczaj pochodzili z wielodzietnych rodzin chłopskich,
        że byli trzecimi, czwartymi, piątymi, a może szóstymi dziećmi, dla których
        rodzinna chata była za mała, jako że miejsce przy rodzicach zajęło starsze
        rodzeństwo, że ich rodzice byli częstokroć pierwszymi, którzy potrafili czytać
        i pisać w ciągu pokoleń, a to za sprawą reformy oświatowej Jędrzejewicza z
        1932 r., że gospodarstwa, w których wychowywali się, były niewielkie, rzadko
        które przekraczały 5 ha, że nie było w nim elektryczności, a często nawet
        sławojki. Uciekali od niedożywienia i przeludnienia, a ich celem był awans
        utożsamiany z osiągnięciem pozycji robotnika. Przyjeżdżano więc z Podlasia,
        Kurpiów i Kielecczyzny. Jeszcze długo, do końca lat 50., bez trudu dostawali
        mieszkania, a jeszcze dłużej, bo do końca lat 80., czekała na nich praca.

        Szczecin
        • absztyfikant cz. 4 22.12.03, 22:36
          Szczecin rozpuścił się w chłopskim morzu. Dla tego żywiołu elity nie stanowiły
          żadnej przeciwwagi i to środowisko oraz jego potomstwo naznaczyło miasto swoim
          stygmatem.

          Szczecin przyjmował ich mentalność, obyczaje i rozumienie świata. Jednocześnie
          wykorzenieni z własnych środowisk i niepowielający wzorów zachowań typowo
          miejskich tworzyli społeczność, dla której nie było odniesień.

          Część z nich nie przekroczyła barier wynikających z ich własnej mentalności. A
          uwolnieni od kontroli środowiska, w którym wzrastali, demoralizowali się i
          deklasowali. Ich współczesnym symbolem jest patogenna subkultura ul. Śląskiej.
          Tych, którym się powiodło, można podzielić na dwie grupy. Po ukończeniu,
          bardzo często już na miejscu, siedmiu klas i zdobyciu niezbędnego
          wykształcenia zawodowego, otrzymywali pracę jako robotnicy stoczniowi. Zgodnie
          z komunistyczną ideologią stanowili elitę elit społeczeństwa socjalistycznego,
          plasując się tuż za górnikami i hutnikami. Inni szli do pracy np. w porcie,
          bardziej przytomni życiowo zostawali marynarzami we flocie handlowej lub na
          statkach rybackich. Mieli dostęp do wszystkich deficytowych dóbr na Zachodzie,
          w związku z czym trudnili się drobnym przemytem. Symbolem ich statusu
          społecznego były posiadane przez nich dolary i specjalne sklepy typu Baltona,
          w których owe dolary wydawali.


          Ugruntowanie robotniczego charakteru miasta
          Te dwie grupy kształtujące się blisko 10 lat zaczynają nadawać miastu ton od
          końca lat 50. W międzyczasie był rok 1956, zwany ?polskim Październikiem?. W
          Szczecinie ? zaledwie skromnym odblaskiem tego, co działo się w Warszawie,
          Krakowie czy Poznaniu. Jedynymi zbuntowanymi okazali się studenci z
          legitymacją partyjną. Im się udało dokonać zmian polegających na odsunięciu od
          władzy w aparacie partyjnym stalinowców. Natomiast nie było pospolitego
          ruszenia inteligencji, jak to miało miejsce w innych miastach, bo po prostu
          była ona nieliczna, a na dodatek leczyła rany po stalinizmie. Chociaż
          dorobkiem tego okresu było czasopismo ?Szczecin? wychodzące przez następnych
          parę lat i próbujące integrować lokalną elitę.

          Okres ?gomułkowskiej małej stabilizacji? był czasem, w którym już
          funkcjonowało w Szczecinie kilka szkół wyższych, jak Politechnika Szczecińska,
          która w 1955 r. wchłonęła Akademię Handlową; utworzona w 1954 r. Wyższa Szkoła
          Rolnicza; istniejące od końca lat 40.: Wyższa Szkoła Morska i Akademia
          Medyczna. Brakowało uniwersytetu. Najbliższy był w Poznaniu. I tam też udawali
          się młodzi szczecinianie po naukę. Z reguły były to dzieci inteligenckie,
          które odtwarzały status posiadany przez rodziców. Spora część z nich nigdy nie
          wróciła z powrotem, a ubytku nie uzupełniali inni uniwersyteccy absolwenci,
          mimo rozmaitych zachęt, np. stypendiów fundowanych.

          Nikt nie przeprowadził stosownych badań socjologicznych, zatem nie bardzo
          można prawomocnie stwierdzić, od kiedy w rodzinach imigrantów chłopskich
          zaczęto myśleć o wykształceniu dzieci. Wydaje się, że w pierwszym pokoleniu
          uważano, że dziecko winno odziedziczyć tak ciężko osiągnięty status ojca ?
          stoczniowca ? stąd niewielki udział tego środowiska w zbiorowości studentów
          szczecińskich. Rekrutowali się oni raczej z okolicznych miasteczek z rodzin
          nauczycielskich, urzędniczych itd.

          Potwierdzeniem robotniczego charakteru miasta był bunt z grudnia 1970 r.
          Fenomen, choć trudny do wyjaśnienia. Bo dlaczego akurat Szczecin i Gdańsk, i
          akurat stoczniowcy, którzy bez wyjątku, tak samo jak ich późniejsi liderzy
          Wałęsa i Jurczyk, mieli chłopski rodowód?

          Rzecz wymaga osobnego rozpoznania i opisu, na który akurat nie ma tym razem
          miejsca. Wygrana z komunizmem podbudowała robotniczy etos byłych chłopów.
          Uświadomili sobie swoją siłę i stawali się coraz groźniejszym przeciwnikiem
          reżimu. Pozostałe grupy społeczne pozostawały w ich cieniu przez całą dekadę
          lat 70. A był to akurat czas, w którym zaczęła napływać do Szczecina trzecia
          grupa imigracyjna: absolwenci rozmaitych szkół wyższych w Polsce, dla których
          robiło się ciasno w miastach, gdzie studiowali. Razem z absolwentami uczelni
          szczecińskich zaczynali być widoczną grupą. W klimacie lat 70. pojawiło się
          Akademickie Radio ?Pomorze? czy dowodzona przez szczecinian świnoujska FAMA.


          Stracona szansa początku lat 90.
          Wydaje się, że dopiero wówczas Szczecin zaczął nawiązywać do atmosfery lat 40.
          Elity ponownie zaczęły się wyróżniać w tym wiecznie chłopsko-robotniczym
          mieście. Chociaż specjalnego autorytetu w innych grupach społecznych nie
          miały. Dowodem niech będzie potraktowanie przez liderów robotniczego protestu
          w 1980 r. inteligenckich doradców. Zostali oni w pierwszych dniach strajku
          wyproszeni ze stoczni ? całkiem inaczej niż w Gdańsku. Pod wpływem tego, co
          się tam jednak działo, i tu na miejscu niechęć do swoich i przyjezdnych
          jajogłowych zmniejszyła się na tyle, że podjęto współpracę. W tym okresie ? co
          jest kolejnym paradoksem historii ? wychodziły aż dwa legalne czasopisma
          opozycyjne w Szczecinie: ?Jedność? i ?Kwadrat?. Na coś takiego nie zdobył się
          nawet Gdańsk. Zachodził więc proces odwrotny niż na przełomie lat 1948/49.
          Wówczas szczecińskie elity dobito. Teraz, korzystając z ochronnego parasola
          ?Solidarności?, zaczęły ponownie się rodzić, krystalizować. Nie zaszkodziły im
          nawet represje stanu wojennego. Przykładem spora liczba nielegalnych
          wydawnictw ze sztandarowym ?Obrazem? ? pismem mniej informacyjnym, bardziej
          refleksyjno-intelektualnym.

          To, co się stało w początkach lat 80., jest naprawdę nie do przecenienia.
          Szczecin pokazał inną twarz, niż ta dotąd niedostrzegana ? o rodowodzie
          chłopsko-robotniczym. Ale jednak nie na taką skalę jak to miało miejsce w
          Gdańsku. Być może zaważył brak uniwersytetu, który tam powstał w 1970 r. Może
          to on zdynamizował rozwój tamtejszych elit, których siła ujawniła się nie
          tylko politycznie, ale w rozmaitych innych przedsięwzięciach. Opór przeciwko
          stanowi wojennemu miał tam coraz bardziej inteligencką twarz.

          W Szczecinie uniwersytet powstał dopiero w 1985 r. Ale chodzi nie tylko o
          owych 15 lat różnicy. Także o atmosferę przy jego tworzeniu. Najbardziej
          widoczna grupa jego akademickich założycieli chciała mu nadać ?jednoznaczny
          ideowy charakter?, na patrona przedsięwzięcia biorąc Władysława Gomułkę. Ten
          okres na szczęście nie przetrwał długo, ?okrągły stół? spowodował, iż
          Uniwersytet Szczeciński otrząsnął się z ideologicznego uniformu. Ale różnica w
          czasie pozostała i łącznie wynosi 20 lat.

          Dużo, stanowczo za dużo. Być może dlatego zabrakło w Szczecinie wizji miasta w
          nowych pokomunistycznych czasach. Być może dlatego nikt nie postawił pytania,
          czy jest możliwy Szczecin bez portu i bez stoczni? Czy może inne pytanie:
          dlaczego w Szczecinie nie zrobiono nic, aby wykorzystać dobry klimat wokół
          miasta w początkach lat 90.? Nikt nie podjął tematu jak np. skorzystać z jego
          lokalizacji i uczynić np. miejscem rozmów nie tylko o wejściu Polski do Unii
          Europejskiej.

          Ten czas minął bezpowrotnie, chociażby z tej racji, że wyludniające się
          wschodnie obszary Niemiec powodują nieuchronną degradację obu stron granicy.

          Ten brak pytań i odpowiedzi o teraźniejszość i przyszłość Szczecina jest
          dowodem na ułomność jego elit. Ich rozwój mimo Uniwersytetu został pod koniec
          lat 90. zahamowany. W pierwszym rzędzie ulegli degradacji ekonomicznej
          przedstawiciele starych elit, które ani nie kontynuują tradycyjnego dla Polski
          inteligenckiego etosu, ani nie stali się przedstawicielami klasy średniej. Po
          drugie z powodu braku miejsc pracy nie ma wchłaniania nowych np. absolwentów
          Uniwersytetu Szczecińskiego, którzy muszą wyjeżdżać z braku perspektyw.

          Działają tu zapewne i inne czynniki. Ale stan jest taki, że elity odgrywają
          mniejszą rolę niż jeszcze parę lat temu, głos ich bardzo wątły i tak nie jest
          słyszalny ani słuchany, a szczecinianie swoimi zachowaniami chociażby pr
          • absztyfikant cz. 5 i ostatnia 22.12.03, 22:39
            Działają tu zapewne i inne czynniki. Ale stan jest taki, że elity odgrywają
            mniejszą rolę niż jeszcze parę lat temu, głos ich bardzo wątły i tak nie jest
            słyszalny ani słuchany, a szczecinianie swoimi zachowaniami chociażby przy
            okazji upadku stoczni i innymi wyborami pokazali, jak niedaleko uciekli od
            własnej społecznej przeszłości.


            Niezaspokojone apetyty i nadmiar mieszkańców
            Ostatnio było mi dane uczestniczyć w całkowicie prywatnej dyskusji o kondycji
            Szczecina. Dominowało czarnowidztwo i lament nad straconymi latami 90.
            Ubolewano nad klasą robotniczą, która z dumnego pogromcy socjalizmu stała się
            ochlokracją łażącą po ulicach i bijącą menedżerów. Zastanawiano się nad
            skutkami, jakie dla miasta miało zakończenie ?zimnej wojny?. Szczecin był
            bardzo potrzebny Układowi Warszawskiemu, bo leżał na bezpośrednim zapleczu
            ewentualnego frontu. I dlatego jego potencjał stoczniowy musiał być za wszelką
            cenę utrzymany. Gdzieś trzeba było budować statki wojenne, a w razie potrzeby
            je remontować. W identyczny sposób patrzono na port: rzadko zamarzający,
            nadający się identycznie do wszelakiego typu przeładunków wojskowych.

            Powrót do ?zimnej wojny? nadzieją dla Szczecina? Niekoniecznie. Ale...
            Eurokorpus kontynuuje tradycję Szczecina jako miasta garnizonowego. Tu w
            zasadzie od schyłku dynastii Gryfitów, czyli od początków XVII w., nic bez
            zgody wojska się nie działo. Tak było za czasów szwedzkich, tak za pruskich,
            przy czym Sztab Generalny zamroził od 1720 r. rozwój miasta przez prawie 150
            lat, nie wydając zgody na likwidację fortyfikacji. A gdy wreszcie to się
            stało, za rozwojem gospodarki szczecińskiej i tak stały zamówienia wojskowe.
            Krach nastąpił w 1906 r., kiedy stocznię Vulkan Berlin wyprowadził do Hamburga
            i tam poszły pieniądze rządu niemieckiego i koniunktura. A w Szczecinie
            pozostały niezaspokojone apetyty i nadmiar mieszkańców, którzy zwabieni
            perspektywami ochoczo się w nim osiedlali. Analogia, aż miło. Chciałoby się
            powiedzieć: ?Nihil novi sub sole?.

            Jeden z biorących udział w dyskusji, notabene spoza Szczecina, tak spuentował
            rzecz całą: ?Wy sami macie kłopoty ze sobą. A pozbawić ich mógł was Stalin,
            nie przyznając miasta Polsce. Chociaż lepiej, gdyby to zrobił Chruszczow, gdy
            po 1956 r. kombinował, jak zamienić Szczecin na Królewiec. Patrzcie, ile mniej
            kłopotów mielibyście wy, niedoszli mieszkańcy Grodu nad Pregołą, Polska i Unia
            Europejska...?.

            [-]

            *Autor jest historykiem, antykwariuszem, szczecinianinem od 1974 r.
    • Gość: Gradus Czy musisz wyciagac... IP: 217.153.159.* 22.12.03, 22:36
      ... te stare durne teksty?? To juz chyba z rok ma...

      tym zdaniem: "Potwierdzają to statystyki, które mówią, że w ciągu
      ostatnich lat ok. 40 tys. ludzi wyjechało ze Szczecina" to sie Lizaczek
      kompromituje :D. Ciekawe gdzie on takie statystyki znalazl ;)
      • absztyfikant Re: Czy musisz wyciagac... 22.12.03, 22:38
        Na forum trwa debata o elitach, a co by o Lizaku nie mowic, to popelnil dobry
        matrial do dalszej dyskusji wlasnie.
    • mike102 historyk z bozej laski... 23.12.03, 00:08
      "Tak było za czasów szwedzkich, tak za pruskich,
      przy czym Sztab Generalny zamroził od 1720 r. rozwój miasta przez prawie 150
      lat, nie wydając zgody na likwidację fortyfikacji. A gdy wreszcie to się
      stało, za rozwojem gospodarki szczecińskiej i tak stały zamówienia wojskowe.
      Krach nastąpił w 1906 r., kiedy stocznię Vulkan Berlin wyprowadził do Hamburga
      i tam poszły pieniądze rządu niemieckiego i koniunktura. A w Szczecinie
      pozostały niezaspokojone apetyty i nadmiar mieszkańców, którzy zwabieni
      perspektywami ochoczo się w nim osiedlali. Analogia, aż miło. Chciałoby się
      powiedzieć: ?Nihil novi sub sole?."

      Na nauke nigdy nie jest za pozno:
      twojemiasto.gazeta.pl/szczecin/1,40764,1741074.html
      twojemiasto.gazeta.pl/szczecin/1,40764,1741076.html
      No i stocznia nazywala sie VULCAN przez "C" panie Wojciechu! Bledow w tekscie,
      rowniez merytorycznych jest duzo, duzo wiecej. Ale mi sie juz nie chce drugi
      raz o tym pisac.

      Przy okazji ostatnio wysmiano, naszego "intelektualiste" w Warszawie jak wydal
      ten swoj album z pocztowkami. Co podpis to blad...

      Lizak Szczecina nie rozumie i nie zrozumie bo to ladowy szur z pyralnadii.
      ze Szczecinem to trzeba sie urodzic we krwi!
    • Gość: 13 droga Re: Wojciech Lizak ma rację !!! o / txt IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl 23.12.03, 07:16
    • Gość: malky Co to za odgrzewane kotlety serwujesz? IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl 23.12.03, 08:21
      To ma byc prezent pod choinke, czy jak? I czemu ma to sluzyc? Znownu mamy
      zaplakac? Wszyscy o tym wiemy, jest jak jesti jedyne co przychodzi do glowy to
      to ze nalezy sie wziasc do roboty.
      • absztyfikant Re: Co to za odgrzewane kotlety serwujesz? 23.12.03, 14:03
        Forum to jest szwedzki stol. Jesli Ci nie smakuje, to nie jedz.
    • ergie Re: Wojciech Lizak o szczecińskich elitach 23.12.03, 08:33
      cofnij się w czasie jeszcze trochę,
      a znajdziesz tekst typu :
      'szczecin - miasto przeklęte'
      autor ten sam ;-)

      • Gość: Cześć Re: Wojciech Lizak o elitach IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl 23.12.03, 09:08
        No ale co ? Nie jest przeklęte ?
        Wojtek słusznie podnosi tę kwestię !
        • ergie Re: Wojciech Lizak o elitach 23.12.03, 09:30
          wszystko już było, jest w archiwum forum'a
Pełna wersja