absztyfikant
22.12.03, 22:32
Gazeta na Pomorzu nr 97, wydanie szs (Szczecin) z dnia 2003/04/25, dział Z
ARCHIWUM SZ., str. 6
WŁODZIMIERZ PIĄTEK
WOJCIECH LIZAK
Śladem szczecińskich historii niezwykłych
Jak hartowała się stal, czyli historia naturalna szczecińskich elit
Wśród tych wielkich miast, które Polacy objęli po 1945 r., Szczecin ma
najbardziej osobliwą historię. Na tę inność rodzinnego miasta moich dzieci
składa się wiele czynników. Ale zanim o nich, najpierw parę słów wyjaśnień w
sprawie określenia Szczecina jako ?rodzinnego miasta moich dzieci?. Sam się
w nim osiedliłem późno, bo w 1974 r. jako absolwent UAM w Poznaniu i
Wielkopolanin z urodzenia. Tu od roku mieszkała moja żona, która z kolei
skończyła Uniwersytet w Gdańsku i stamtąd też pochodzi. Ale już pracowała na
Politechnice i to przesądziło kwestię wyboru miejsca osiedlenia. Z początku
dość często spieraliśmy się. Ona: wracamy do Gdańska, ja: jaki Gdańsk, tylko
Poznań. Spór małżeński po iluś tam latach wyciszył się, a dziś wraca w
domowych rozmowach przy ocenie nie najlepszej kondycji gospodarczej i
społecznej Szczecina nawet moim stwierdzeniem: ?Trzeba było nam do
Gdańska...?. Sam do tej pory mam kłopoty z samoidentyfikacją. Kimże jestem:
szczecinianinem z wyboru czy przymusu? Tego problemu nie ma już czwórka
moich synów. Najmłodszy z nich 12-letni Karol, kiedy słyszy mnie np.
zdenerwowanego zachowaniem stoczniowców bijących szefa szczecińskiej Odry i
mówiącego ?Wracam do siebie?, bardzo poważnie stwierdza: ?Ale beze mnie, ja
jestem stąd, a ty stamtąd?.
Godot z twarzą Unii Europejskiej
To wprowadzenie ma uzasadniać mój ? i chyba nie tylko mój ? pogląd, że
społeczność szczecińska jest zbiorowiskiem in statu nascendi. Różni się
mocno od zasiedziałych poznaniaków. Ale i także od współczesnych gdańszczan
i wrocławian, którzy start do polskości mieli przecież identyczny. Tu nad
Odrą czuć w powietrzu jakiś niedobór więzi społecznych, większą atomizację
społeczeństwa, bierność i obojętność wobec spraw miasta. Z jednej strony
jest już spora grupa ludzi, którą cechuje aż przesadzony w manifestowaniu
patriotyzm lokalny, z drugiej marzenia większości młodych ludzi o ucieczce
stąd jak najdalej. Potwierdzają to statystyki, które mówią, że w ciągu
ostatnich lat ok. 40 tys. ludzi wyjechało ze Szczecina. Miasto dziwne, bo za
sprawą Grudnia 1970 i Sierpnia 1980 wpisało się na trwałe do historii
obalenia komunizmu w Europie, a jednocześnie bezradne wobec przemian, jakie
zaszły po 1990 r. W tym wszystkim przypomina mi się inna wielka polska
metropolia ? Łódź. W Szczecinie mamy problemy zamierającego miasta
stoczniowców i portowców, u nich nieistniejącego już miasta prządek. Tam
ratują się bliskością Warszawy, tu czeka się na Godota. Ma on mniej lub
bardziej wyrazistą twarz Unii Europejskiej, czasami Berlina, z nadziejami,
że z samej bliskości, bez jakiegokolwiek dodatkowego wysiłku wyniknie coś
pozytywnego lub na podobnej zasadzie ? z granicy i nieodległej Meklemburgii.
Gorzej, że w ostatecznym rozrachunku ów Godot może przyoblec twarz Leppera,
lidera mało europejskiego ugrupowania politycznego.
Bo upadek stoczni w 2001 r. i wcześniejsze zamieranie portu przetrąciły
kręgosłup miastu. Zapanował strach o przyszłość, o rodziny i dzieci, o
elementarne warunki bycia. Atmosfera aż się zagęściła od niepokoju. Ten stan
jest niczym nowym w dziejach miasta. Ale o tym za chwilę.
Gdańsk mający podobne problemy ze swoją stocznią nie wydziela aż takiej
dawki pesymizmu, a we Wrocławiu swój żywiołowy optymizm wyrazili nie mniej
żywiołowym staraniem się o organizację Expo 2010. Żywiołu było za dużo, z
imprezy nici, ale w stolicy Dolnego Śląska zapowiadają rewanż. We Wrocławiu
i Gdańsku bywam często, stąd te porównania i próby wyciągania wniosków.
Pierwszy, podstawowy: w Szczecinie miejscowe elity ani współcześnie, ani w
historii liczonej od 1945 r. nie stanęły na wysokości zadania; w stosunku do
liczby mieszkańców jest ich liczebnie mało, a w ślad za tym idzie ich
kiepska jakość, co by potwierdzało niechętnie dziś cytowanego Marksa, że
ilość przechodzi w jakość.
Robotnicza klasa, a na razie kasza
Zdrowy organizm lokalny ? a prawda ta znana jest od pierwszej greckiej
refleksji nad społeczeństwem ? musi mieć elity, które pełnią rolę
przewodnika stada. One to bowiem próbują sprostać wyzwaniom, diagnozując
rzeczywistość i wytyczając perspektywy. Jeżeli przewodnik jest kiepski,
naturalnym stanem rzeczy jest lęk i niepokój.
Niedawno w ?Tygodniku Powszechnym? dyskutowano o Krakowie. Aż zazdrość
brała! Tu w Szczecinie próbowano wielokrotnie na łamach gazet podjąć podobne
problemy. Dyskusja szybko zamierała. Raczej rozmawia się w wąskich
hermetycznych gronach, które nie mają ?przełożenia? na tzw. opinię
publiczną. Chociaż czy ta tzw. szczecińska opinia publiczna istnieje? Sam
mam wątpliwości. Jest to raczej opinia ulicy, czyli tzw. przeciętnego
człowieka, a nie ludzi, którzy byliby częścią szczecińskich elit lub ich
bezpośrednim zapleczem. Stąd moje twierdzenie, że Szczecin jako lokalny
organizm społeczny jest ułomny, że czegoś mu jednak brakuje, że bardziej
trafne jest powiedzenie, iż jest on takim w trakcie stawania się. W tym
miejscu aż nie sposób nie strawestować Adama Ważyka z ?Poematu dla
dorosłych?. Pisał on o wielkiej migracji polegającej na masowej ucieczce
młodych chłopów na socjalistyczne budowy 50 lat temu: ?Z niej się wytapia
robotnicza klasa, a na razie kasza?. W Szczecinie ?na razie kasza? z
nadzieją, że za pokolenia moich synów zakończy się proces ?wytapiania?.
Element z nizin społecznych
Szczecin jest cały z migracji. Inny zresztą nie mógł być. Ale to zasiedlanie
w odróżnieniu od Gdańska i Wrocławia miało parę specyficznych cech.
Ich źródło to początek polskiego Szczecina. O przynależność tego miasta do
Polski zabiegał Stalin. Aliantom marzyła się Polska oparta o linię Odra ?
Nysa Kłodzka. Moskwa powiedziała ?niet? i zaraz była granica na Nysie
Łużyckiej, a nawet przekroczyła na zachód Odrę, właśnie wchłaniając
Szczecin.
Nie z miłości do Polaków zagrał Stalin na nosie Zachodowi. Wrzucając
terytorialną kość niezgody pomiędzy Polaków a Niemców, chciał zagwarantować
sobie wieczną lojalność Warszawy. Targi o Szczecin miały ten efekt, że nim
Polacy 5 lipca 1945 r. przejęli władzę w mieście, byli z niego dwa razy
przeganiani.
Jeżeli na ziemiach przejętych od Niemców istniał aż do układu Gomułka ?
Brandt w 1970 r. niepokój, to w Szczecinie był odczuwany w trójnasób. Ten
falstart do polskości miał wyraźnie konsekwencje dla przyszłości
szczecińskiej społeczności. Bano się doń przyjeżdżać ? bo a nuż kolejny raz
nas wyrzucą. Trzeba było być awanturnikiem, człowiekiem bez wyobraźni,
niemającym możliwości powrotu do utraconych na rzecz ZSRR wschodnich ziem
lub pochodzącym z przeludnionych ziem centralnej Polski młodym chłopem,
który spragniony awansu uciekał przed wielowiekową nędzą na ?Dziki Zachód?.
Bo i tak mówiono w pionierskich czasach o Szczecinie. Krótko mówiąc ?
szybciej decydował się na przyjazd element z tzw. nizin społecznych niźli
ludzie z elity przedwojennej Polski.
A jej w 1945 r. było jak na lekarstwo. Została w sensie dosłownym przez
Hitlera i Stalina zdziesiątkowana. Z niedobitków część pozostała na
zapoczątkowanej wojną emigracji, bojąc się przyjechać do kraju rządzonego
przez komunistów. Tak więc pomiędzy 1939 a 1945 r. Polacy zmienili swoja
strukturę: w miejsce poszlacheckiej inteligencji, która odgrywała u nas taką
rolę jak na Zachodzie klasa średnia, poczęli wchodzić chłopi. Z ich
wyedukowanego potomstwa odtworzono inteligencję, a z reszty pragnących
awansu ?wytapiano klasę robotniczą?. W 1945 r. Polacy byli bardziej
plebejscy niż w 1939 r.
Miejsce Szczecina w polskiej historii i kulturze
Jedynym nienaruszonym dużym miastem, w którym elity nie doznały większego
uszczerbku i