Gość: ed
IP: 79.139.52.*
10.06.08, 17:43
To był taki pogodny facet.
- W tym roku już czterech młodych mężczyzn zmarło- wyliczają pracownicy
zakładów, tuż po wyjściu z kościoła, w którym odbyła się msza żałobna za ich
kolegę, Leszka.
-Dwóch w wypadku, jednego znaleziono dopiero po trzech dniach we własnym domu,
nie wiadomo na co zmarł, no i Leszek czwarty. W poprzednich latach też nie
lepiej. Jeden nasz kolega rzucił się z mostu, bo nie radził sobie w pracy.
Śmierć Leszka, to dla nas o tyle spory szok, że był naszym współlokatorem. Od
2002 roku mieszkaliśmy razem, byliśmy jak rodzina- mówi Zdzisiek łamiącym się
głosem.- To był taki uczciwy i pogodny facet, żartował cały czas, nawet w dniu
śmierci, a jaki pracowity: jak pracował, to pot z niego lał się ciurkiem, a na
hali ziąb, tylko 5 stopni - opowiada Krzysiek, kolega z jedynki.
Nie bez kozery kilkunastu pracowników nazywa się żartobliwie końmi". Leszek
był jednym z nich.
To on wykonywał najcięższe i wymagające dużej wprawy prace i napędzał rytm
innych. Owa końska harówka polega na wykrawaniu z wiszących półtusz wołowych
poszczególnych partii "krwistego mięcha".
- Dzień przed śmiercią obserwowaliśmy, jak Leszek pracował na kolanach, mokry
od potu jak szczur. Dźwigał wiszące na hakach, obdarte ze skóry, półtusze,
podczas, gdy supervisor zagrzewał go do większego wysiłku, jak niewolnika:
cammon, cammon, Lesek"- wołał Brazylijczyk. Ale on nie narzekał, był
przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Był z niego chłop jak tur i miał
przysłowiowe końskie zdrowie- mówi Piotr, kolega z hali nr 1. Ludzka
wytrzymałość ma jednak swoje granice, a Leszek właśnie je przekroczył.
Nie udzielili mu pierwszej pomocy
Niewytłumaczalny dla nas jest fakt, że nikt nie udzielił mu pierwszej pomocy,
kiedy pierwszy raz zasłabł w szatni. Szef produkcji sądził, że to tylko
zatrucie pokarmowe. Gdyby go szybko reanimowali, miałby szansę żyć. Nikt też
nie wezwał ambulansu, uznając, że prywatnym samochodem jednego z pracowników
dojadą szybciej do szpitala w Mullingar, oddalonego o 40 km Przeliczyli się. W
samochodzie stracił przytomność i już jej nie odzyskał. Naszym zdaniem, Leszek
mógłby żyć, gdyby otrzymał szybko fachową pomoc. W broszurze, którą dostał
każdy z nas wraz z kontraktem, jest wzmianka o lekarzu zakładowym. Gdzie on
jest?! Pytamy. Czy kiedy któryś z nas będzie miał atak serca, też wsadzą nas w
samochód, byśmy w nim mogli umrzeć w drodze do szpitala?- pyta Mietek Zgon
nastąpił w szpitalu po kilkudziesięciu minutach reanimacji.
www.gazeta.ie/art/Polak-zmarl-z-przepracowania.html