restyler
13.11.09, 02:02
Chrześcijaństwo i buddyzm pozornie różnią się: rytuałami,dogmatami, siatką
pojęciową. Jednak rdzeń, esencja obu religii są tożsame. Obie wskazują na
iluzoryczny charakter postrzeganej przez nas rzeczywistości. To oznacza
właśnie biblijne wskazanie, że choć patrzymy, to nie widzimy, choć słuchamy,
to nie słyszymy. To opis tego kto halucynuje. Na co jesteśmy głusi i ślepi? Na
boski charakter rzeczywistości, na Królestwo Niebieskie, które jest w nas. To
więc nasza ułomna percepcja nie pozwala nam widzieć Nieba. Budda to
przebudzony. Przebudzony to ten, który już nie śni. Budda naucza, że
pierwotna, wrodzona natura każdej istoty jest wieczną naturą buddy. Oświecenie
to przebudzenie z iluzji. Gdy przebudzamy się, czy zbawiamy, to wracamy do
naszego pierwotnego stanu. W chrześcijaństwie wracamy do Boga, do szczęśliwego
życia wiecznego, w pokoju w Bogu, z którym jesteśmy jednością. Poznajemy wtedy
Boga. W buddyzmie w oświeceniu rozpoznajemy pierwotną, spokojną, radosną,
wieczną naturę wszystkiego, z którą jednoczymy się, czy raczej ponownie
postrzegamy, że zawsze byliśmy i zawsze będziemy z nią w jedności. Buddyzm
teoretycznie odrzuca ideę Boga. Jednak atrybuty chrześcijańskiego Boga i
buddyjskiej pierwotnej niezrodzonej rzeczywistości są takie same: wieczność,
nieskończoność, obejmowanie wszystkiego i bycie we wszystkim, wolność od
wszelkiego konfliktu, świadomość wszystkiego co jest, ostateczne i wieczne
poznanie, poza tego rodzaju percepcją, która jest właściwa ludziom. W obu
przekazach postrzeganie iluzji wynika z odwrócenia się od prawdy. To nasz
wybór, że nie widzimy Nieba i Boga, nie rozpoznajemy naszej własnej, wrodzonej
nam natury buddy. Możemy wybrać inaczej. W obu religiach wskazania są te same:
mamy nie osądzać ani rzeczywistości, ani bliźniego. To osąd czyni nas ślepymi
na prawdę. Bo prawdę, Boga, wieczną i wszechogarniającą podstawę
rzeczywistości (wrodzoną wszystkiemu naturę buddy) możemy tylko poznać. Nie
możemy ich osądzać. Osąd natychmiast przemieszcza nas w krainę iluzji, czyni
niemożliwym poznanie. Śnimy więc o śmierci i cierpieniach, o samotności i
wiecznym niespełnieniu, a sen jest dla nas całkowicie realny. Szczęście we
śnie może być tylko chwilowe. Obie religie wskazują również, iż nie wyrwiemy
się z iluzji ganiając za formami (przyjemnościami zmysłowymi). Skoro Bóg i
wrodzona wszystkiemu natura buddy są poza formą, przekraczają formę, to
koncentrowanie się na formach (przedmiotach zmysłów), pożądanie ich, gonienie
za nimi, blokuje poznanie Boga, wrodzonej natury buddy. To skrótowy opis
tożsamości obu religii. Można go bardzo rozbudować.
Cel jest ten sam, choć ścieżki wiodą różne. Koncentrowanie się na rytuałach,
drugorzędnych dogmatach, zwyczajach stworzonych w trakcie tysięcy lat
funkcjonowania obu religii w formach zinstytucjonalizowanych, to całkowite
gubienie celu. W obu religiach występuje ten sam problem, forma przesłoniła
pierwotny przekaz. Chrystus nie nakazywał budowania kościołów i walczenia o
krzyże, tylko miłowanie bliźniego. Podobnie Budda: nie wskazywał, że palenie
kadzidełek i budowanie pozłacanych świątyń niesie oświecenie, ale zaprzestanie
osądu, oceny. Spory doktrynalne w ramach obu religii, wskazywanie na
unikatowość każdej z nich, niekończące się dyskusje o szczegółach bez
znaczenia, morze słów, których za moment nikt nie pamięta, to wszystko można
porównać do dyskusji nad mapą, gdy zacietrzewieni podróżnicy drą ją na
kawałki. Każdemu zostaje fragment, ale ten, na którym zaznaczony jest cel,
wpada do mysiej dziury. Podnieceni wędrowcy nie widzą tego jednak, a każdy z
nich głośno krzyczy, że jego część mapy jest najważniejsza, że teraz on będzie
wytyczał dalszą trasę.