Dodaj do ulubionych

Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej

12.01.10, 10:06
... szczegolnie od kiedy mamy w naszym kosciele nowego, nowoczesnego
proboszcza i nowa, bardzo aktywna katechetke.
W naszej parafii odbywa sie tylko jedna msza sw. w niedziele i na prawie
kazdej mszy jest jakas wstawka ktora wcale tam nie nalezy. A to przed oltarzem
przedstawiaja sie kandydaci do tegorocznego bierzmowania, a to dzieci ktore
przystapia do I komunii sw., a to maluchy graja jakas "scenke tematyczna"....
Przy kazdym Ojcze Nasz ministrantki i ministranci oraz dzieci z pierwszych
lawek tworza kolo wokol oltarza, wierni trzymaja sie za rece.
Ksiadz w tym wszystkim jakos ginie...

To nie jest atmosfera jakiej ja oczekuje w czasie mszy sw. w kosciele. Ja
oczekuje tam podnioslej atmosfery ktora pomaga mi sie skupic na Eucharystii a
nie rozprasza.

Moze w innych sytuacjach takie nowoczesne, luzne msze maja sens i przyciagaja
mlodych, na przyklad na pielgrzymkach czy obozach.
Ale nie w kosciele.
Nawet moja corka, jakby nie bylo mloda osoba, mowi ze jej sie to nie podoba i
ze... bardziej podobaja jej sie msze w Polsce.

Jak Wy to widzicie?
Obserwuj wątek
    • janek_hus Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 10:34
      Gdzie są kościoły, że są w nich ministrantki? Pierwszy raz słyszę o ministrantkach. Czyżby coś się zmieniało w KK? Może po ministrantkach przyjdzie czas na księżyce? ;)
      • a000000 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 11:33
        janek_hus napisał:

        > Gdzie są kościoły, że są w nich ministrantki?

        Kościół rzym-kat istnieje na całym świecie, nie tylko w Polsce. Są państwa w
        których episkopat lokalny wprowadził ministrancką posługę dla dziewcząt.
        Trzeba Ci, panie Ogolony wiedzieć, że w łonie kościoła rzym-kat funkcjonuje
        spora część księży żonatych... np ci, którzy przeszli z anglikanizmu na
        katolicyzm....

        Kobiety przy ołtarzu? raczej nie... zbyt daleko od pierwowzoru Pawłowego...
        • 0golone_jajka Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 12:09
          Gratulacje dla Janka hue hue hue. Kto następny?
    • a000000 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 11:34
      Poszukaj kaplicy Lefebrystów... tam tylko przedsoborowo...
      • taliskerr Sprostowanie 12.01.10, 11:52
        Nie tylko u Lefebrystów są Msze w rycie trydenckim. Są też w niektórych
        kościołach katolickich. Trzeba zajrzeć do internetu i poszukać.

        T.


        a000000 napisała:

        > Poszukaj kaplicy Lefebrystów... tam tylko przedsoborowo...
        >
      • maria421 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 13:22
        a000000 napisała:

        > Poszukaj kaplicy Lefebrystów... tam tylko przedsoborowo...

        Nie o to chodzi.
        Chodzi o to zeby msza sw. byla msza sw. a nie happeningiem.
    • gumpel Dla Marii 12.01.10, 14:30
      Tak się przypadkowo składa, że akurat czytam książkę poruszającą poruszony przez
      ciebie temat: Ostatnia bitwa templariusza, autor - Arturo Perez-Reverte

      Całej książki z czystym sumieniem polecić nie mogę, ale wklejam fragment, który
      może Cię (i innych zainteresowanych tematem) zaciekawić. Ładnie pokazuje o co
      chodzi z nostalgią za starym rytem.
      K woli wyjaśnienia: Proboszcz Príamo Ferro walczy o zachowanie małego kościoła w
      Sewilli. Arcybiskup i merostwo chcą go zburzyć i teren sprzedać arabskim (he,he)
      inwestorom. Watykan wysyła specjalnego wysłannika, bezwzględnego i cynicznego
      księdza Lorenzo Quarta, który ma "załatwić sprawę", bo konflikt zaczyna
      wywoływać niebezpieczne konsekwencje dla Stolicy Apostolskiej. Ksiądz Quart
      przychodzi więc na mszę do kontrowersyjnego kościoła ... (wyboldowania moje)

      Było parę minut po ósmej, kiedy Quart przeciął plac, żeby wejść do kościoła pod
      wezwaniem Matki Boskiej Płaczącej. Słońce oświetlało zniszczoną dzwonnicę,
      jednak nie wyszło jeszcze spoza linii dachów kamienic pomalowanych na biało i
      piaskowo. Jeszcze pozostawały w chłodnym cieniu drzewka pomarańczowe, których
      zapach towarzyszył mu do drzwi kościoła, przed którymi żebrak prosił o jałmużnę,
      siedząc na ziemi obok kul opartych o ścianę. Quart dał mu monetę i przekroczył
      próg, zatrzymując się na chwilę przy Chrystusie otoczonym wotami. Msza nie
      doszła jeszcze do Ofiarowania.
      Zbliżył się do ostatnich ławek i usiadł w jednej z nich. Przed nim było około
      dwudziestu wiernych, zajmujących połowę nawy. Pozostałe ławki z klęcznikami
      ustawione były jedne na drugich pod murem, między rusztowaniami, pokrywającymi
      ściany całego obiektu. Włączono iluminację głównego ołtarza i przed niezwykłym
      zbiorem rzeźb i obrazów, u stóp Matki Boskiej Płaczącej, ksiądz Príamo Ferro
      odprawiał mszę, a ksiądz Oscar służył mu jako ministrant. Większość wiernych
      stanowiły kobiety i osoby starsze: parafianie o skromnym wyglądzie, urzędnicy
      idący zaraz do pracy, emeryci, gospodynie domowe. Kilka kobiet miało ze sobą
      kosze i wózki na zakupy. Dwie czy trzy staruszki ubrane były na czarno, a jedna,
      klęcząca nieopodal Quarta, okryta była welonem, jakich na mszach nie używano już
      od przeszło dwudziestu lat.
      Ksiądz Ferro podszedł bliżej, aby przeczytać słowa Ewangelii. Odprawiał mszę w
      białych szatach i Quart dostrzegł, że pod szyją, spod ornatu i stuły, wystaje
      brzeg humerału: staroświeckiego kawałka płótna, kładzionego na ramionach na
      pamiątkę materiału, który przykrywał twarz Chrystusa, noszonego przez księży
      ubierających się do mszy przed Drugim Soborem Watykańskim. Tylko duchowni bardzo
      starzy lub bardzo tradycyjni używali tego fragmentu ubioru liturgicznego; i nie
      był to jedyny anachronizm w stroju i zachowaniu księdza Ferro. Stary ornat, na
      przykład, należał do typu nazywanego „skrzypce” – gors całkowicie otwarty po obu
      stronach, podobnie jak w dalmatyce, zamiast zwykłego modelu, który zastąpił ją
      przez to, że jest lżejszy i wygodniejszy.
      – Wtedy Jezus rzekł do swych uczniów...
      Proboszcz czytał tekst, setki razy powtarzany przez swe długie życie, niemal bez
      patrzenia do książki otwartej na pulpicie, skupiony na bliżej nieokreślonym
      punkcie między nim a wiernymi. Nie było mikrofonów – zresztą maleńki kościół
      wcale ich nie wymagał – a jego silny, spokojny głos, pozbawiony modulacji czy
      odcieni, wypełniał władczo ciszę nawy pomiędzy rusztowaniami i pociemniałymi
      malowidłami na suficie. Nie zostawiał miejsca na dyskusję czy wątpliwości:
      wszystko, poza owymi słowami wypowiedzianymi w imieniu Boga, pozbawione było
      znaczenia czy wartości. Było to słowo wiary.
      – Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się
      będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość.
      Znowu jednak was zobaczę i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam
      nie zdoła odebrać...
      – Oto Słowo Boże – powiedział, wracając do ołtarza, a wierni odmówili Wyznanie
      wiary. Wówczas, bez specjalnego zdziwienia, Quart zauważył obecność Macareny
      Bruner. Siedziała trzy ławki przed nim, w ciemnych okularach, dżinsach, z
      włosami zebranymi w koński ogon, w marynarce zarzuconej na ramiona, z twarzą
      pochyloną w modlitwie. Kiedy skierował z powrotem wzrok do ołtarza, napotkał
      nieprzeniknione spojrzenie księdza Oscara obserwujące go, podczas gdy ksiądz
      Príamo Ferro nadal odprawiał mszę, zaprzątnięty jedynie rytuałem własnych ruchów
      i słów:
      – Benedictus est, Domine, deus universi, quia de tua largitate accépimus panem...
      Osłupiały Quart zwrócił uwagę na słowa kapłana – odprawiał mszę po łacinie.
      Wszystkie te części, które nie były skierowane bezpośrednio do wiernych lub nie
      mogły być odmawiane wspólnie, ksiądz Ferro wypowiadał w tradycyjnym języku
      kanonicznym Kościoła. Nie było to, oczywiście, groźne wykroczenie; pewne
      kościoły posiadały ten specjalnie nadawany przywilej, a sam Ojciec Święty często
      odprawiał mszę po łacinie w Rzymie. Jednak przepisy kościelne stanowiły od
      czasów Pawła VI, że w każdej parafii msza powinna być odprawiana we właściwym
      języku narodowym, żeby wierni lepiej ją rozumieli i uczestniczyli w niej. Było
      widoczne, że ksiądz Ferro jedynie w części godził się z duchem nowoczesności
      kościelnej.
      – Per huius aquae et vini mysterium...
      Quart przyglądał mu się uważnie podczas Ofiarowania. Proboszcz położył naczynia
      liturgiczne na korporałach, podniósł ku niebu hostię, umieszczoną na patenie, a
      następnie, kiedy zmieszał kilka kropli wody z winem przyniesionym przez księdza
      Oscara, uczynił to samo z kielichem. Z kolei zwrócił się do ministranta, który
      podał mu niewielką miednicę ze srebrnym dzbankiem, i przystąpił do mycia rąk.
      – Lava me, Domine, ab iniquitate mea.
      Quart śledził wzrokiem ruch jego warg, wymawiających po cichu łacińskie słowa.
      Mycie rąk było kolejnym ginącym zwyczajem, chociaż zachowanym w normalnym
      porządku mszy. Mógł docenić kolejne anachronizmy, rzadko widziane od czasów,
      kiedy jako dziesięcio – czy dwunastoletni chłopiec służył do mszy proboszczowi w
      swojej parafii: ksiądz Ferro złączył opuszki palców pod strumyczkiem wody, którą
      polewał go ministrant, a następnie, kiedy osuszył już dłonie, połączył kciuki i
      palce wskazujące, tworząc z nich krąg po to, żeby po przeistoczeniu nie miały z
      niczym kontaktu, nawet stronice mszału przewracał pozostałymi trzema palcami,
      które usztywnił. Wszystko to było niepokojąco ortodoksyjne, zgodne z dawnymi
      zwyczajami, charakterystyczne dla starych księży, niechętnych temu, że czasy się
      zmieniły. Brakowało tylko, żeby odprawiał mszę, stojąc tyłem do wiernych,
      odwrócony ku ołtarzowi i wizerunkowi Matki Boskiej, tak jak się to robiło
      trzydzieści lat wcześniej. I księdzu Príamo Ferro, podejrzewał Quart, wcale by
      to nie przeszkadzało. Widział, jak czyta kanon z pochyloną, upartą głową,
      pokrytą sztywnymi włosami, krzywo postrzyżonymi nożyczkami: Te igitur,
      clementissime Pater. Broda z ciemnymi, siwymi cieniami niedogolonego zarostu
      przyciskała do szyi koloratkę, a proboszcz wypowiadał spokojnie, w kompletnej
      ciszy kościoła, modlitwy ofiary mszy, w taki sam sposób, w jaki były wypowiadane
      przez innych ludzi, żywych i martwych, przed nim przez ostatnie tysiąc trzysta lat:
      (cdn.)
      • gumpel Dla Marii (cd.) 12.01.10, 14:37
        część dalsza

        – Per ipsum, et cum ipso, est tibi Deo Patri omnipotenti...
        Wbrew sobie samemu, mimo swego technicznego sceptycyzmu i całej niechęci, jaką w
        nim budził ksiądz Ferro, kapłan, którym Lorenzo Quart też był, musiał wzruszyć
        się niezwykłą odświętnością, jaką rytuał, gesty i słowa nadawały wiekowej
        postaci starego proboszcza. Jakby symboliczna przemiana, która w tej chwili
        dokonywała się przed ołtarzem, zmieniała także tego prostego, wiejskiego księdza
        i przydawała mu godności, obdarzała charyzmą, każąc zapomnieć o wyświechtanej
        sutannie i nie wyczyszczonych butach pod ornatem o wytartych brzegach,
        strzępiących się złotymi nitkami i z ozdobami spłowiałymi z upływem czasu. Bóg –
        o ile jakiś Bóg krył się pod złoconym, barokowym drewnem ołtarza Matki Boskiej
        Płaczącej – na tę chwilę niewątpliwie zstępował i kładł dłoń na ramieniu starego
        zrzędy, pochylonego nad hostią i kielichem, wypełniał tajemnicę ucieleśnienia i
        śmierci Syna Bożego. Poza tym, myślał Quart, patrząc na znajdujące się przed nim
        twarze, wśród nich na Macarenę Bruner, zwróconą do ołtarza i wpatrzoną tak jak
        inni w dłonie kapłana, najmniej ważne było w tej chwili to, czy istnieje gdzieś
        Bóg chętny, by rozdawać nagrody i kary, potępienie czy wieczne zbawienie. W
        ciszy, w której ostry głos księdza Ferro sprawował liturgię, liczyły się jedynie
        poważne, skupione twarze, wpatrzone w jego ręce i wsłuchane w głos, powtarzające
        po cichu za odprawiającym mszę słowa, rozumiane czy nie, dla których wszystko
        streszczało się do jednego: pocieszenie znaczyło tyle, co ciepło wobec chłodu,
        przyjazna dłoń w ciemności. I tak jak oni, klęcząc z łokciami wspartymi na
        oparciu ławki stojącej przed nim, Quart powtarzał w myśli uświęcone słowa.
        Poruszył się niespokojnie, uświadamiając sobie, że właśnie przekroczył próg
        zrozumienia w stosunku do tego kościoła, jego proboszcza, wiadomości Nieszporów
        i swojej własnej misji w tym miejscu. Jest dużo łatwiej, odkrył, gardzić
        księdzem Ferro, niż patrzeć na niego, maleńkiego i zgorzkniałego, w
        staroświeckim ornacie, jak stwarza słowami dawnej tajemnicy spokojną zatokę,
        gdzie ta dwudziestka twarzy, w większości zmęczonych, postarzałych, zgiętych pod
        ciężarem lat i życia, patrzyła – z lękiem, szacunkiem, nadzieją – na kawałek
        chleba, który stary ksiądz trzymał w dumnych dłoniach. Potem w mosiężnym
        pozłacanym kielichu wzniósł wino, owoc winnej latorośli i ludzkiej pracy, a
        następnie opuścił już przemienione w krew Jezusa, który w ten sam sposób, po
        zakończonej wieczerzy, nakarmił i napoił swoich uczniów, z tymi samymi słowami,
        jakie ksiądz Ferro właśnie wypowiadał, niezmiennymi, dwadzieścia wieków później,
        pod łzami Carloty Bruner i kapitana Xaloca: Hoc facite in meam commemorationem.
        Czyńcie to na moją pamiątkę.


        Msza skończyła się. Kościół opustoszał. Quart siedział nieruchomo w swojej
        ławce, choć don Príamo powiedział Ite, missa est i odszedł sprzed ołtarza, nie
        patrząc ani razu w jego kierunku, a wierni wyszli jeden po drugim, łącznie z
        Macareną Bruner, która przeszła obok w ciemnych okularach, nie okazując po
        sobie, czy go zauważyła. Przez dobrą chwilę stara dewotka w woalce była jedynym
        towarzystwem Quarta i kiedy się modliła, ksiądz Oscar wyszedł znów przed ołtarz,
        zgasił świece i elektryczne oświetlenie ołtarza i odszedł, nie odrywając wzroku
        od ziemi. Później wyszła też dewotka i agent ISZ-u został sam w półmroku pustego
        kościoła.
        Pomimo swojego sposobu bycia i rygoru, z jakim przestrzegał reguł, Quart był
        człowiekiem jasno myślącym. I ta jasność umysłu stanowiła ciche przekleństwo,
        nie pozwalała mu bowiem na pełne pogodzenie się z naturalnym porządkiem spraw,
        które dawałoby w zamian jakieś alibi, pozwalające znosić brzemię świadomości.
        W przypadku księdza, podobnie jak każdego innego zawodu wymagającego wiary w
        mit uprzywilejowanej pozycji człowieka w harmonii wszechświata, było to
        niebezpieczne i uciążliwe. Niewiele rzeczy trwa dłużej niż przekonanie o
        błahości ludzkiego życia. U Quarta jedynie siła woli, w postaci jego
        zdyscyplinowania, pozwalała zachować dystans do niebezpiecznej granicy, za którą
        naga prawda staje się kusząca i łatwo przemienia się w niemoc, apatię lub
        rozpacz. I może dlatego właśnie nadal siedział w kościelnej ławce, pod
        sczerniałym sklepieniem, w zapachu wosku i starych, zimnych kamieni. Patrzył na
        otaczające go rusztowania pod ścianami, zakurzone wota wokół rzeźby Chrystusa
        Nazareńskiego, z brudnymi, naturalnymi włosami, na złocone drewno ciemnego teraz
        ołtarza, kamienne płyty posadzki, wytartej przez kroki ludzi dawno już
        nieżyjących, umarłych sto, dwieście czy trzysta lat temu. Miał jeszcze w oczach
        źle ogoloną, posępną twarz księdza Ferro, pochyloną nad ołtarzem, kiedy wymawiał
        hermetyczne zdania wobec dwudziestu twarzy wyniesionych ponad swoją ludzką
        kondycję przez nadzieję istnienia Wszechmogącego ojca, pocieszenia, lepszego
        życia, gdzie sprawiedliwi będą nagrodzeni, a bezbożni ukarani. Ten skromny
        przybytek Boży był bardzo daleki od wielkich scen na wolnym powietrzu,
        gigantycznych ekranów telewizyjnych, folkloru i ordynarności wrzaskliwych,
        kolorowych Kościołów, gdzie wszystko stawało się dozwolone: techniki Goebbelsa,
        estrady rockowe, dialektyka piłkarskich mundiali, woda święcona rozpylana przez
        elektroniczne zraszacze powietrza. Dlatego, niczym piechurzy wspominani przez
        Gris Marsalę, nieciekawi już bitwy, której hałas dogasał za ich plecami,
        wyzwoleni od własnego losu i nie wiedzący, czy żyje jeszcze król, za którego
        mogliby walczyć, niektóre pionki wybierały swoje pole na szachownicy – miejsce,
        gdzie postanawiały umrzeć. Ojciec Ferro wybrał swoje i Lorenzo Quart,
        doświadczony łowca skalpów z ramienia rzymskiej Kurii potrafił zrozumieć to bez
        trudu. Może właśnie dlatego nagle przestał być pewny siebie i siedział w ławce
        zniszczonego, małego, samotnego kościoła, przemienionego przez starego
        proboszcza w Przeklętą Wieżę, redutę obrony ostatnich wiernych owieczek przed
        krążącymi wokół wilkami, gotowymi rzucić się na te resztki niewinności.
        O
        tym właśnie wszystkim myślał Quart, siedząc w ławce przez dobrą chwilę. Potem
        wstał i ruszył prosto do głównego ołtarza, słuchając echa swoich kroków pod
        eliptycznym sklepieniem transeptu. Zatrzymał się przed retabulum, obok lampki
        wiecznego ognia Najświętszego Sakramentu, i przyjrzał się rzeźbom modlących się
        przodków Macareny Bruner po bokach centralnej figury Matki Boskiej Płaczącej.
        Pod jej królewskim baldachimem, w towarzystwie cherubinów i świętych, pośród
        bogato rzeźbionych ozdób ze złoconego drewna, figura dłuta Martineza Montańesa
        odcinała się w mroku, w ukośnym świetle, padającym na nią poprzez witraże i
        przemyślną, geometryczną strukturę rusztowań. Matka Boska była bardzo piękna i
        smutna, twarz unosiła lekko do góry jakby z wyrzutem; rozłożone, puste ręce,
        wyciągnięte były po obu bokach, jakby pytała, w imię czego zabrano jej syna.
        Dwadzieścia pereł kapitana Xaloca delikatnie lśniło na jej twarzy, na koronie z
        gwiazd i na niebieskiej tunice, pod którą bosa stopa miażdżyła na półksiężycu
        głowę węża.

        (koniec)

        Zamiast mojego komentarza wyboldowania w tekście

        G.
        • maria421 Dziekuje, Gumplu 12.01.10, 15:22
          Pieknie jest to napisane.
    • witold17 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 15:49
      A ja nie tęsknie, wprost przeciwnie. Od lat chodzę na msze do
      dominikanów. Nie tylko ze względu na kazania. Czuję się tam jakbym
      był w zupenie innym kościele. Nie ma tam żadnych "dodatków", o
      których piszesz, pozornie jest tak samo jak wszędzie. Ale odnoszę
      wrażenie, że księżom odprawianie mszy sprawia radość, że lubią swoją
      pracę. I to się udziela wiernym. Nasza wiara jest wiarą radosną,
      tymczasem w większości polskich kościołów ksiądz odprawiając mszę
      wygląda, jakby robił to z przymusu, albo się strasznie męczył. Tak
      samo ludzie np. wracający po komunii maja miny, jakby szli z
      pogrzebu najbliższej osoby. Dla mnie tej podniosłości, o której
      piszesz jest za dużo, raczej określiłbym to jako ponurość i nadęcie.
      A tego u nas w Polsce w różnych miejscach, nie tylko w kościołach,
      jest za dużo. Cóż, każdy ma inne potrzeby religijne.
      • maria421 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 16:03
        Jak patrze na ludzi na ulicach polskich miast to tez mam wrazenie ze sa ponurzy
        i przygnebieni, dlaczego wiec mielby byc inni na mszy w kosciele?

        Nasz nowy probosz natomiast bardziej dba o to zeby sie przypodobac parafianom
        niz o to zeby byc ich pasterzem, co w polaczeniu z nadgorliwa katechetka sprawia
        ze realizuje sie u nas model mszy ksztaltowanej przez parafian. Ale je nie chce
        "ksztaltowac mszy", ja chce w odpowiednim , podnioslym nastroju przezywac
        Eucharystie.
        • witold17 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 16:24
          maria421 napisała:

          > Jak patrze na ludzi na ulicach polskich miast to tez mam wrazenie
          ze sa ponurzy
          > i przygnebieni, dlaczego wiec mielby byc inni na mszy w kosciele?

          Dlaczego, przecież przyszli tu celebrować radosny cud Przemienienia.
          Tak naprawdę dużo zależy od księdza. dawniej też nie wierzyłem, że
          to możliwe, teraz "ujrzałem i uwierzyłem"

          > Nasz nowy probosz natomiast bardziej dba o to zeby sie przypodobac
          parafianom

          Może zależy mu na frekwencji? W Niemczech zapewne o pełne kościoły
          trudno? I uważa, że trzeba użyć metod marketingowych.

          Ale je nie chce
          > "ksztaltowac mszy", ja chce w odpowiednim , podnioslym nastroju
          przezywac
          > Eucharystie.

          Tu zgoda, choć ta podniosłość nie może być ponurością.
          Nasi dominikanie swoją aktywność i kontakt z wiernymi realizują też
          poza liturgią. Przy kościele są grupy dyskusyjne dla dzieci
          młodszych, licealistów, studentów, grupa 3/4 (30- i 40- latki i
          starsi), a także dla seniorów. Jest coś w rodzaju klubu filmowego,
          ale też grupa medytacji chrześcijańskiej, wykłady z teologii. Są
          zajęcia z nordic walking, spotkania z psychologiem , prawnikiem. Są
          grupy charytatywne organizujące pomoc dla biednych dla dzieci i dla
          młodzieży. Odbywaj się intensywne- 3-dniowe kursy przedmałżeńskie
          (korzystają głównie studenci). Od kilku lat odbywaja się kursy tańca
          towarzyskiego. Na tych zajęciach nie może tłumów, ale ludzie
          sięangażują, parafia żyje.
          • maria421 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 16:31
            Oczywiscie ze najwiecej zalezy od ksiedza.

            U nas nie chodzi o frekwencje bo jest ona niezmienna od wielu lat. Po prostu
            ksiadz jest "nowoczesny". I katechetka tez.

            Nasza parafia tez zyje bo sami ludzie potrafia sie zorganizowac. Mamy tu oferty
            na kazdy wiek, dla kazdego, urzadzamy akcje charytatywne, wycieczki itp. I moim
            zdaniem to przyciaga bardziej niz taka msza sw. z wstawkami.
            • isma Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 18:43
              Otoz to. Jedno drugiego nie wyklucza przeciez. Mozna organizowac wokol parafii
              dyskusje, kolka zainteresowan, przedsiewziecia charytatywne, ale NIE MUSI SIE
              przeciez do tego obligatoryjnie robic szopy z Mszy sw.

              Ja tez nie lubie robienia z Mszy sw. tyjatru. Przy czym za tyjater uwazam tak
              tyjatry "oddolne", tj. pantomimy dzieciatek, jak i tyjatry "odgorne", np.
              wylewne powitania obecnych utytulowanych osob, w tym kleru.
              • a000000 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 13.01.10, 09:45
                isma napisała:

                > Ja tez nie lubie robienia z Mszy sw. tyjatru.

                też nie cierpię... Msza św to wielce poważna i WAŻNA sprawa. Owszem, radosna -
                ale pajacowanie nie na miejscu.

                A gdy widzę dostojnego purpurata wprowadzanego do kościoła w procesji przy biciu
                dzwonów - to mnie aż skręca... chciałoby się takim przypomnieć pierwszy grzech
                główny...
    • marcinlet Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 20:01
      maria421 napisała:
      > Ksiadz w tym wszystkim jakos ginie...

      Ksiądz księdzem, ale czy Jezus Chrystus również przestaje być ważny podczas tego
      rodzaju mszy?
      • maria421 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 20:08
        marcinlet napisał:

        > Ksiądz księdzem, ale czy Jezus Chrystus również przestaje być ważny podczas teg
        > o
        > rodzaju mszy?

        Nie, dlatego chodze i na takie msze.
    • kann2 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 12.01.10, 22:29
      Nie trzeba wcale tęsknić do liturgii przedsoborowej. To, o czym
      piszesz, Mario, to są nadużycia. Dla nich nie powinno być miejsca
      także w posoborowej liturgii.

      Są gorsze rzeczy.

      • maria421 Re: Tesknie czasem do liturgii przedsoborowej 13.01.10, 09:25
        Rozmawialam z paroma osobami z naszej parafii ktore sa tego samego zdania co ja.
        Mamy zamiar porozmawiac z ksiedzem.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka