z2006
08.03.09, 09:46
mateusz.pl/czytania/2009/20090308.htm
"Przesłanie tej Ewangelii jest wyraźne i jasne; może aż za bardzo, tak, że
często uchodzi naszej uwadze. A mianowicie: Jezus jest Synem Bożym i dlatego
należy Mu się nasze zaufanie i posłuszeństwo. Ta objawiająca i uroczysta
wypowiedź Boga stanowi punkt kulminacyjny całej tej ewangelicznej sceny.
Jest to wypowiedź bardzo ważna i potrzebna, bo wielu ludzi, w historii i
współcześnie, chciałoby widzieć w Jezusie tylko jakiegoś guru, filozofa,
bioenergoterapeutę, może zdolnego przywódcę społecznego albo polityka, ale
nigdy nie Syna Bożego. Często takim właśnie teoriom ulegamy: redukujemy Jezusa
do czysto ziemskiego bądź też jakiegoś „czarodziejskiego”,
parapsychologicznego wymiaru. Zamiast wiarą przyjąć rzeczywiste bóstwo
Chrystusa, wymyślamy najdziwniejsze teorie.
Pokusa taka groziła także Apostołom i właśnie dlatego trzech najbliższych
sobie uczniów, Jezus zabrał na Górę Przemienienia. Nie było to przedsięwzięcie
łatwe. Każdy, kto bywa w górach i lubi wychodzić wcześnie rano na długie,
piesze wycieczki, wie jak można się wtedy zasapać i zmęczyć. Ale nagroda, jaka
czeka wytrwałego turystę na szczytach, warta jest największego wysiłku. I może
nawet nie tyle same widoki są nagrodą – na wspaniałych fotografiach czy w
telewizji można przecież podziwiać jeszcze lepsze, i to bez jednego kroku z
fotela. Ale zachwyca człowieka właśnie poczucie bezpośredniego uczestnictwa w
jakimś misterium piękna, doświadczenie potęgi i piękna przyrody, poczucie
jedności i harmonii. Nic dziwnego, że każdy chciałby trwać w tej harmonii
wiecznie, niejako „rozbić” tu namiot swego życia i już nigdzie nie wracać, a
już najmniej do zadymionych miast, szkół, pracy. Szczęśliwi, którzy mają przy
sobie namiot, plecak, a przed sobą jeszcze parę tygodni wakacji!
A przecież to tylko przyroda, a tam, na Górze Tabor, był sam Bóg! Czy można
się dziwić Apostołom, że stracili język w gębie? Chcieli tylko, aby ta chwila
nigdy się nie skończyła – albowiem znaleźli się wtedy w niebie! Na tej
podstawie teologowie wyciągają wniosek, że do istoty nieba będzie należała
uszczęśliwiająca wizja Boga. (Jeśli ktoś ma wątpliwości, że może to być trochę
nudne, tak bez przerwy wpatrywać się w Boga, to niech pomyśli, ile czasu
potrafi spędzić wpatrując się tylko w telewizor! Albo w płomienie ogniska,
świecy, rozgwieżdżone niebo czy morskie fale.) Bóg chce już teraz dać nam
przedsmak tego szczęścia. Wie, że jest to człowiekowi potrzebne – zwłaszcza na
wypadek pokusy albo w chwilach próby.
Jednakże nie chodzi tylko o teoretyczne przyswojenie sobie tego fragmentu z
Ewangelii ani o górskie wycieczki. One jedynie stanowią ilustrację i wzór
rzeczywistości, której możemy i powinniśmy doświadczyć sami – a mianowicie
osobistego spotkania z Bogiem. Czy to możliwe? W sensie dosłownie takim, jak
na Taborze, czyli żeby zobaczyć lśniącą szatę Jezusa – nie. Ale w sensie
duchowym – tak! Właśnie po to jest Wielki Post. Mamy wyruszyć na taką
„wyprawę” na swoją Górę Przemienienia, która pozwoli nam na nowo spojrzeć na
Jezusa oczami wiary, zobaczyć w Nim coś więcej, niż dotąd.
Aby to było możliwe, musi dokonać się nasze przemienienie. Potrzebny jest więc
wysiłek samotności i oderwania: trzeba oddalić się od tłumu, od telewizji,
hałasu, od codziennych trosk i spraw, i wznieść się ponad przeciętność i
codzienność. Kto spróbuje, przekona się, że nie jest to łatwe. Ale warto! Bo
doświadczymy wtedy innego życia, potrafimy z dystansem i w prawdzie spojrzeć
na swoją codzienność. A co najważniejsze, gdy wrócimy znów do codzienności,
będziemy mieli moc, aby tę codzienność przemieniać."
Ks. Mariusz Pohl