Dodaj do ulubionych

...And Then There Were Three...

27.03.04, 23:17
Tytuł nie pozostawia żadnych wątpliwości, to pierwsza płyta nagrana przez
Genesis funkcjonujące jako trio. Po nagraniu świetnej płyty Wind & Wuthering
i odbyciu trasy, grupę opuścił Steve Hackett. Który nie zgadzał się z
kierunkiem w jakim zdążał zespół, nie podobało mu się zbytnie wygładzenie
kompozycji, i coraz rzadsze wykorzystywanie jego pomysłów. Genesis w
składzie: Collins, Banks, Rutherford (który oprócz gry na basie, od tego
momentu miał także na głowie wszystkie partie gitar) szybko zabrało się za
nagrywanie kolejnej płyty. Panowie odejściem Steve`a zbytnio się nie
przejmowali. I w 1978 roku pojawiła się płyta „...And Then There Were
Three...”. Ten kto sądzi, że już na tej płycie może sobie posłuchać popowych
hitów, do jakich nas przyzwyczaiło Genesis w latach 80, jest w grubym
błędzie. Pierwszy na płycie „Down And Out”, doskonale się sprawdza w roli
utworu rozpoczynającego album. Pierwsze, lekko niepokojące dźwięki
syntezatorów Banksa, tworzą piękny, łagodny klimat, który za chwilę zostanie
zmieszany i zniszczony (to wcale nie są ubolewaniasmile przez kawalkadę dźwięków
perkusyjnych. Phil gra wspaniale, zresztą jest to jeden z moich ulubionych
perkusistów, niesamowicie intensywnie, w kilku momentach perkusja jest nawet
zdublowana. Co już było wykorzystane np. na zamykającym poprzednią
płytę „Afterglow”. Pierwszy kawałek jest chyba zrobiony na złość Hackett`owi.
Skomplikowany, bogate aranżacje, Phil śpiewający bardzo siłowo, wspaniałe
popisy Banksa. No tak, jednak gitara została zepchnięta gdzieś w cień, Mike
nie jest tak dobrym gitarzystą jak Steve, nie dziwne więc, że rola gitary od
tego momentu w Genesis odrobinę się zmniejszyła. Kolejny na płycie ‘Undertow’
i już lżejsze oblicze nowego Genesis. Co w żadnym wypadku nie oznacza, że
gorsze. Jest to bardzo urocza ballada, w której Collins popisuje się
niesamowicie delikatnym i pięknym wokalem. A utwór jednocześnie bardzo daleki
od późniejszych dokonań Genesis. Zresztą cała płyta jest na naprawdę wysokim
poziomie, i nie ośmielam się jej postawić obok takich przeciętnych płyt
jak „Genesis”, „Abacab” itp. Najbardziej zatwardziali fani ery Gabrielowskiej
uważają, że od tej płyty Genesis z artystycznego punktu widzenia przestało
istnieć. Ja się z tym nie mogę zgodzić. Dla mnie ten moment (artystyczne
zbłądzenie) to płyta „Abacab”cryingwydana kilka lat później), do dobrych osiągnięć
grupy zaliczam też album „Duke”. Ale wracajmy do płyty ATTWT. Pamiętam jak
długo musiałem się do tej płyty przekonywać. I nie wiem gdzie leżała tego
przyczyna. Być może w tym, że utwory na początku wydawały mi się bardzo
podobne do siebie, odrobinę na jedno kopyto. Z czasem jednak zmieniłem
zdanie. „Ballad Of Pig” kolejny bardzo ładny utwór, wreszcie możemy usłyszeć
jakieś małe partie gitary. Mike robi co może by brzmieć jak Hackett, i co
najdziwniejsze czasami mu się to udaje. ”Snowbound” to jeden z moich
ulubionych utworów Genesis w ogóle. Piękny jest, i tylewink. Szkoda, że tak
krótki. No ale po jego wysłuchaniu mamy wrażenie niedosytu, a to jak wiadomo,
tylko budzi chęć ponownego słuchania tej płyty. „Burning Rope”, najdłuższy na
płycie, najbardziej kombinatorski. Kilka zmian tempa, ciekawe pomysły. Chyba
najwięcej gitary Rutherforda. Kawałek bez wątpienia bardzo dobry,
przypominający najlepsze czasy Genesis. W tle nawet gdzieś pojawia się
wibrafon. Kolejny utwór „Deep In The Motherlode” zaczyna się od niezliczonej
ilości uderzeń Collinsa w talerze (co bardzo lubię) i agresywnej gry Banksa.
Może już macie dosyć czytania, że każdy kolejny utwór jest dobry, ale nie
inaczej jest tym razem. Porządne Rockowe granie lat 70. Bardzo w tym utworze
lubię to jego środkowe uspokojenie i lekkie wyhamowanie. Za takie właśnie
momenty kocham Genesis. „Many Too Many” utwór może niczym nie zachwyca, ale
słucha się go przyjemnie. „Scenes From a Night`s Dream” też nie wybija się
ponad przeciętną, choć lekko chórkowe przyśpiewy Collinsa (zdublowane)
zapadają w pamięci. Następny „Say It`s Alright Joe” tu już niewątpliwie
należą się pierwsze mocniejsze słowa krytyki. Początek utworu jest stanowczo
za nudny, ciągnie się niemiłosiernie. I mimo, że dalsza jego część (jakże
krótka) jest bardzo dobra, to nie mogę do końca się przekonać do tego utworu,
szczególnie, że takich nudnawych momentów jest tu jeszcze kilka. Utwór ten
np. na płycie „Genesis” z pewnością należałby do najlepszych, ale tu wypada
przeciętnie bardzo. Za to kolejny kawałek „The Lady Lies” jest wspaniały. Wg
mnie, utwór ten bez problemu by mógł się znaleźć na którejś z klasycznych
płyt zespołu, z początku lat 70. Duży rozmach, wspaniałe klawiszowe
przestrzenie. Jak zapuściłem ten utwór koledze, który znał tylko dokonania z
Gabrielem, nie mógł uwierzyć, że tak wspaniałą kompozycję może nagrać
Genesis, po pierwsze w 3 osobowym składzie, po drugie, z Collinsem na wokalu.
Ci ortodoksyjni fani Genesis sporo tracą nie znając 4 pierwszych płyt po
odejściu Gabriela, a kojarzący późniejszy Genesis tylko z plastikowymi
hitami. Teraz tak się nachwaliłem tę płytę, a tu proszę, na deser zespół
zostawił nam niestety najsłabszy utwór „Follow You Follow Me”. Pierwszy
bardzo znany hit zespołu, który mi w ogóle nie przypadł do gustu. Szkoda, że
takie jest to zakończenie tej płyty. Gdyby zakończyli ją „Lady Lies”, lub
jakimś instrumentalnym utworem wykorzystującym pomysły ze wcześniejszych
utworów (jak to miało miejsce np. na „Trick Of The Tail”, czy „Duke”wink ,ach
można sobie pomarzyć.

pzdr
Jos
Obserwuj wątek
    • cze67 Re: ...And Then There Were Three... 28.03.04, 00:27
      He, he. Ballad of Big, a nie Pig...
      • cze67 Re: ...And Then There Were Three... 28.03.04, 10:08
        Ja także przez wiele lat musiałem przekonywać się do tej płyty. I się ... nie
        do końca przekonałem. Powód? Podobny do tego, który podał joseph - utwory
        zlewały mi się, umiałem (i nadal tak mam) wyróżnić tylko kilka. Płyta zaczyna
        się wspaniale, ale potem jakby traci tempo, siłę. Brak Hacketta jest aż nadto
        wyczuwalny. I ile na odejście Gabriela zespół zareagował wspaniałym Trick Of
        The Tail pokazując, że nadal w grupie jest wielu świetnych
        kompozytorów/muzyków, to po odejściu gitarzysty grupa jakoś straciła (świadomie
        czy nie) rozmach. Partie perkusji chociażby są jakieś takie niedorobione, nie
        ma w nich tej błyskotliwości co na poprzednich płytach. O solówkach gitarzysty
        nie wspominając.
        Jest na tej płycie kilka fajnych tematów, jest jakiś klimat, ale ogólnie jest
        to płyta nie do końca przemyślana, nieco prostacka (może to za mocne
        określenie, ale...) jeżeli chodzi o aranżacje, zrobiona jakby w pośpiechu.
        Według mnie na wyróżnienie zasługują (nieco inaczej niż u założyciela wątku):
        Dwon and Out, najdłuższy na płycie Burning Rope, Mamy Too Many, Scenes From The
        Night Dream,
        Nie lubię: The Lady Lies
        NIe cierpię: Follow You, Follow Me

        PS. Jak płyta ta mogłaby być dobra, gdyby muzycy bardziej przyłożyli się do
        roboty pokazuje koncertowa wersja Say Its Allright Joe z koncertu w Liceum z
        1980 roku.
        • joseph80 Re: ...And Then There Were Three... 28.03.04, 11:51
          cze67 napisał:

          > He, he. Ballad of Big, a nie Pig...


          He, he. Dobrze wiedziećwink


          > Brak Hacketta jest aż nadto
          > wyczuwalny.

          Niestety racja. To największy minus tej płyty. Niewiele tu słychać gitary. A z
          drugiej strony Steve po odejściu nagrał całkiem średnią wg mnie, płytę "Please
          Don`t Touch". Dużo gorszą od "Voyage Of The Acolyte", którą jeszcze nagrał
          będąc formalnie członkiem Genesis. Zresztą na tej płycie udziela się i Phil
          Collins i Mike Rutherford.


          > Jest na tej płycie kilka fajnych tematów, jest jakiś klimat, ale ogólnie jest
          > to płyta nie do końca przemyślana, nieco prostacka (może to za mocne
          > określenie, ale...) jeżeli chodzi o aranżacje, zrobiona jakby w pośpiechu.


          Oj... jeśli ta płyta jest dla Ciebie prostacka, to jak określisz dzieła
          typu "Genesis", "Abacab"wink itp. Ale jak już się czepiamy, to jeszcze dorzucę
          kiepskie brzmienie tej płyty.

          pzdr
          Jos
          • cze67 Re: ...And Then There Were Three... 28.03.04, 13:35
            Problem z ...and then... (a może ze mną?) jest taki, że mimo iż słucham tej
            płyty od chyba 15 może 20 lat to nie potrafię np. z pamięci zanucić np.
            Undertow czy Down and Out. Tzn. nie kojarzą mi się one z jakąś konkretną
            melodią.
            Myślę, że ma to związek z tym, że spora część utworów na tę płytę zrobiona
            jest "na jedno kopyto". Nie mam tego problemu (kłopotu z odróżnianiem utworów
            czy ich zanuceniem z pamięci) z żadną płytą Genesis (nawet tym uznawanymi za
            słabsze). I to mnie w ...and then strasznie wkurza.
            • joseph80 Re: ...And Then There Were Three... 28.03.04, 17:45
              cze67 napisał:

              > Problem z ...and then... (a może ze mną?) jest taki, że mimo iż słucham tej
              > płyty od chyba 15 może 20 lat to nie potrafię np. z pamięci zanucić np.
              > Undertow czy Down and Out. Tzn. nie kojarzą mi się one z jakąś konkretną
              > melodią.


              Heh. Po zastanowieniu też stwierdziłem, że mam duże kłopoty z przypomnieniem
              sobie melodii kilku utworów z tej płyty. Nie zmienia to jednak faktu, że ja tę
              płytę lubię. I jak już wcześniej napisałem, musiało trochę czasu minąć zanim w
              pełni ją doceniałem.

              pzdr
              • cze67 Re: ...And Then There Were Three... 28.03.04, 18:07
                Ja sobię tę płytę "nagrałem" na kasetę, zmieniając kolejnośc utworów, tak aby
                podobne tematy nie następowały po sobie oraz dodając dwa z tego samego czasu
                zamieszczone jedynie na singlach: cudowną balladę Vancouver i energetyczny The
                Day The Light Went Out. I wyszła całkiem niezła płyta. Może powinienem wyrzucić
                Follow..., ale żal mi się go zrobiło i w końcu wstawiłem go gdzieś w środku.
                Swoją drogą, to że zespół dał takiego gniota na koniec albumu to skandal!
                • joseph80 Re: ...And Then There Were Three... 28.03.04, 19:13
                  cze67 napisał:

                  > Ja sobię tę płytę "nagrałem" na kasetę, zmieniając kolejnośc utworów, tak aby
                  > podobne tematy nie następowały po sobie oraz dodając dwa z tego samego czasu
                  > zamieszczone jedynie na singlach: cudowną balladę Vancouver i energetyczny
                  The
                  > Day The Light Went Out. I wyszła całkiem niezła płyta.

                  Kurczę, niezły pomysłsmile Swoją drogą, czy te nagrania o których wspomniałeś,
                  można nabyć drogą oficjalną. Czy znajdują się one na tych niedawno wydanych
                  boxach? BTW, czy w ogóle opłaca się wydawać kasęna te boxy? Jak są zmiksowane
                  utwory koncertowe? Chodzi mi o to czy są wyciszenia pomiędzy poszczególnymi
                  kawałkami, czy też ma się wrażenie ciągłości koncertu? Ależ potok pytańwink


                  > Swoją drogą, to że zespół dał takiego gniota na koniec albumu to skandal!

                  Zgadzam się smile


                  pzdr
                  Jos
                  • cze67 Archive... 28.03.04, 19:35
                    Według mnie, mianiak Genesis powinien posiadać owe wydawnictwa. Np. na dwójce
                    znalazły się wspaniałe nagrania, które z niewiadomych dla mnie powodów nie
                    trafiły na długogrające wydawnictwach grupy, np. jedne z najpiękniejszych
                    utworów Genesis w ogóle: Evidence of Autumn (był wprawdzie na brytyjskim
                    wydaniu Three sides live, ale teraz trudno go dostać, a tutaj jest zresztą
                    zremasterowny), It/s Yourself z sesji Trick Of The Tail (motyw z tego
                    wspaniałego utworu znajdziesz na Los Endos) czy Inside and Out, cudo z czasów
                    Wind and Wuthering. Są tam także wspomniane przeze mnie utwory z sesji ...and
                    then...
                    Jeżeli chodzi o koncertowy miks (mówię o Archive II), to jest on tak zrobiony,
                    że utwory te, mimo że pochodzą z różnych lat połączone są tak, iż ma się
                    wrażenie, że wykonywane były podczas jednego koncertu. Co dla mnie osobiście
                    jest czystym fałszerstwem.
                    Minusem Archive II jest kilka miksów utworów z Invisible Touch. Na Archive I
                    natomiast zbyt dużo miejsca poświęcono utworom, które powstały we wczesnym,
                    mniej zajmującym okresie, czyli jeszcze przed wydaniem From Genesis To
                    Revelation. Za to rewelacyjny jest koncert z trasy Selling England i koncertowe
                    wykonanie The Lamb. Nieco podrasowane, ale niech tam...
                    • joseph80 Re: Archive... 28.03.04, 19:45
                      cze67 napisał:


                      > Jeżeli chodzi o koncertowy miks (mówię o Archive II), to jest on tak
                      zrobiony,
                      > że utwory te, mimo że pochodzą z różnych lat połączone są tak, iż ma się
                      > wrażenie, że wykonywane były podczas jednego koncertu. Co dla mnie osobiście
                      > jest czystym fałszerstwem.


                      Może i fałszerstwo, ale na pewno przyjemniej się słuchasmile. Nie lubię wyciszeń
                      pomiędzy nagraniami koncertowymi.


                      Dzięki wielkie Panie Cze, za odpowiedź.

                      pzdr
                      Jos
          • cze67 Re: ...And Then There Were Three... 28.03.04, 13:46
            joseph80 napisał:
            A z drugiej strony Steve po odejściu nagrał całkiem średnią wg mnie,
            płytę "Please Don`t Touch". Dużo gorszą od "Voyage Of The Acolyte", którą
            jeszcze nagrał będąc formalnie członkiem Genesis. Zresztą na tej płycie udziela
            się i Phil Collins i Mike Rutherford.

            A ja lubię Please. Ta płyta ma swój klimat, specyficzny nastrój, który mi
            pasuje. Poza tym, kojarzy mi się z fajnym okresem w moim życiu i mam do niej
            sentyment. Ach, no i jest tam Richie Havens, którego wokal uwielbiam.
    • vulture Tak, Phil nie od razu był maksymalnie ch**owy 28.03.04, 08:05

      Zgadza się. Pierwsze płyty nagrane z PC w roli wokalisty nie ustępują, moim
      skromnym zdaniem, nagraniom z PG (dla niewtajemniczonych: PG = słuszny
      wokalista Genesis, PC = łysa tragedia). "And Then There Were Three..."
      niespecjalnie lubię, chociaż nie jest to płyta ani tandetna, ani zła. Po prostu
      nie podoba mi się jej brzmienie. Moim ulubionym "collinsowym" krążkiem Genesis
      jest "Wind And Wuthering", album bardzo dobry pod każdym względem; nawet braku
      PG nie daje się tak odczuć, a wokal PC jeszcze nie brzmi jak jęk emeryta w
      kolejce do geriatry. Niestety, dokonania Genesis p.t. "Genesis", "Abacab"
      czy "Insvisible Touch" spowodowały, że nazwa ta, a zwłaszcza nazwisko
      śpiewającego perkusisty, kojarzą mi się niekoniecznie wspaniale, o czym tu już
      wielokrotnie była mowa. W każdym razie twórczość Genesis w latach
      osiemdziesiątych oraz Collinsa solo nie nadaje się do niczego.
      • joseph80 Re: Tak, Phil nie od razu był maksymalnie ch**owy 28.03.04, 12:01
        vulture napisał:

        > Niestety, dokonania Genesis p.t. "Genesis", "Abacab"
        > czy "Insvisible Touch" spowodowały, że nazwa ta, a zwłaszcza nazwisko
        > śpiewającego perkusisty, kojarzą mi się niekoniecznie wspaniale, o czym tu
        >już
        > wielokrotnie była mowa.

        He, he. Fakt. Ale nawet w tych trudnych artystycznie czasach. Genesis zawsze
        dobrze wypadali na scenie, na żywo. Ich kiepskie utwory z lat 80 w koncertowych
        wersjach wypadały całkiem przyzwoicie. No oczywiście z wyjątkami w postaci
        np "That`s All", które dla mnie zwsze brzmi beznadziejnie (brrrrrrr..., już na
        samą myśl robi mi się słabowink. Ale dobrym przykładem tego, że Genesis było
        świetnym koncertowym zespołem, jest np. "Three Sides Live". Gdzie znajduje się
        np. rewelacyjna wersja "Fountain Of Salmacis" i "One For The Vine", nagrane na
        trasie promującej album "Duke", czyli w 1980 roku. Te dwa utwory pokazują, że
        jeszcze w 1980 roku panom chciało się grać coś ambitniejszego na koncertach.

        pzdr
        Jos
        • vulture "Oooo - oooo - ooooo!" 28.03.04, 12:03

          No więc ja do początku lat osiemdziesiątych do Genesis nic nie mam. Naomiast
          mam ochotę puścić pawia przy wyżej wspomnianych przeze mnie dziełach. No i przy
          PC solo obowiązkowo.
          • joseph80 Re:PC 28.03.04, 12:13
            vulture napisał:

            > No i przy
            > PC solo obowiązkowo.


            Solowym Philem, to ja sobie w ogóle głowy nie zawracambig_grin, ale jak raz przez
            przypadek, zobaczyłem w TV jakiś jego teledysk z Murzynami to myśłałem, że mnie
            krew zaleje, i że mnie coś strzeliwink
            • vulture ooooo c'mon & dance into the light ooooo 28.03.04, 12:17

              Tak, ale solowe dokonania PC są niestety przyjmowane na klęczkach, ponieważ
              wyrobił sobie markę w Genesis i teraz jakoś nie wypada krytykować gówien, które
              PC firmuje swoim nazwiskiem.
              • joseph80 Re: ooooo c'mon & dance into the light ooooo 28.03.04, 12:23
                vulture napisał:

                >
                > Tak, ale solowe dokonania PC są niestety przyjmowane na klęczkach, ponieważ
                > wyrobił sobie markę w Genesis i teraz jakoś nie wypada krytykować gówien,
                które
                > PC firmuje swoim nazwiskiem.

                Najgorsze jest to, że tak sobie wyrobił swoją markę w Genesis, że większość
                ludzi kojarzy teraz zespół wyłącznie z nim. A gdy słyszą, że pierwszym
                wokalistą był Gabriel, to są w głębokim szoku, bo Hacketta i tak nie znająwink

                • vulture oooo this is the world we live in ooooo 28.03.04, 12:31

                  A po co jakiś Hackett skoro Tony Banks tak ładnie udaje trąbki na klawiszach?
          • cze67 Re: "Oooo - oooo - ooooo!" 28.03.04, 13:51
            vulture napisał:

            >
            > No więc ja do początku lat osiemdziesiątych do Genesis nic nie mam. Naomiast
            > mam ochotę puścić pawia przy wyżej wspomnianych przeze mnie dziełach. No i
            przy PC solo obowiązkowo.


            O czym mogliśmy przeczytać w około 200 wątkach... A może 300?
            • vulture oooo 28.03.04, 13:55
              cze67 napisał:

              > O czym mogliśmy przeczytać w około 200 wątkach... A może 300?

              Dlatego nie rozpisuję się szczegółowo.
      • Gość: Perynt Re: Tak, Phil nie od razu był maksymalnie ch**owy IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 14.04.04, 01:32
        Ej, nie przesadzajcie. Genesis się częściowo zmarnowało, ale nie do końca. Na
        Genesis też są ładne fragmenty. Nie cierpię Illegal Allien, denerwuje mnie
        That's All, choć już mniej niż na początku itd, ale na przykład w Silver
        Rainbow jest taki bardzo ładny fragment w okolicach 2:20. Genesis z lat 80 jest
        złe, ale w porównaniu do Genesis z lat 70. I tylko tak. Zresztą, gdybym nie
        usłyszał Jesus He Knows Me i nie zobaczył tego teledysku, może bym się nie
        zainteresował zespołem. Teraz bardziej sobie cenię czasy Gabriela, ale bym o
        nich nie wiedział, gdyby Genesis nie utrzymało się na wizji.
        • cze67 Re: Tak, Phil nie od razu był maksymalnie ch**owy 14.04.04, 18:54
          A ja lubię nawet Illegal Alien i That's All...
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka