vulture
29.03.04, 19:35
Mało kto wie, że Renaissance, grupa popularna przede wszystkim dzięki
charyzmatycznej wokalistce Annie Haslam, zaczynała jako zupełnie inny zespół.
Haslam pojawiła się dopiero na trzecim albumie Renaissance, a zespół
zapoczątkowali eks-członkowie Yardbirds, Keith Relf i Jim McCarty. Pierwsze
dwie płyty nagrał więc zupełnie inny skład niż serię następnych, a same
nagrania do lat dziewięćdziesiątych nie były rozpowszechniane na CD (a jeśli
już, to w jakichś dalekich krajach bądź w ograniczonym nakładzie). Na
szczęście Repertoire Records dokonała wznowień tych płyt, dzięki czemu możemy
obserwować dziś, jak brzmieli Renaissance, gdy, hm, „nie byli jeszcze sobą”.
„Illusion”, druga i ostatnia płyta wczesnego składu grupy, ukazała się w 1971
roku i zawiera muzykę nieco, ale tylko nieco zbliżoną do tego, co
Renaissance proponowali na następnych albumach. Sporo tu psychodelii i folku,
które na płytach z Haslam ustąpiły miejsca rockowi progresywnemu. Mniej tu
rytmicznych szaleństw, mimo że utwory są dość długie (sześć kompozycji w trzy
kwadranse).
Album rozpoczyna króciutkie „Love Goes On”, będące swego rodzaju preludium
do zawartości – beztroska melodia płynie sobie, wyśpiewywana przez chórki,
przypominające nieco Yes; prowadzą głosy męskie, a kobiecy (Jane Relf,
siostra Keitha) wybija się dopiero w zwrotkach. Delikatny głos Relf nie miał
zadziorności głosu Haslam i nieco lepiej wtapiał się w tło, ale to właśnie
dlatego chyba Haslam została wokalistką wiodącą, a nie jedną z wielu (na
płytach z nią wokale męskie są ograniczone do chórków i jednego, dwóch
utworów na album).
Bajkowe „Golden Thread” to subtelne dźwięki pianina, z których wyłania się
kosmiczna (w nawiązaniu do okładki płyty zapewne) melodia bez słów,
wyśpiewywana przez anielski głos Relf, poddany zabiegowi uprzestrzennienia,
by brzmiał bardziej „nieziemsko”. Stopniowo dołączają do niej wokale męskie i
mamy reminiscencję z yardbirdsowskiego „Still I’m Sad”, tylko nie tak
mroczną. Keith Relf śpiewa króciutki, baśniowy tekst o złotej nici, kojarzący
się nieco z dokonaniami pierwszego wcielenia King Crimson. Utwór narasta,
dźwięki pianina stają się coraz bardziej donośne, aż w końcu zaczynają powoli
cichnąć... powraca na chwilę motyw z początku utworu i następuje cisza.
„Love Is All” to po prostu zwykła, ale bardzo piękna popowa piosenka miłosna,
która brzmi, niestety, jak „czkawka” po poprzednim utworze, ze względu na
dość podobną melodię. Zyskuje słuchana osobno, mimo dość denerwującej tu
maniery Relfa.
„Mr. Pine” to utwór szczególny, ponieważ pojawia się w nim – na razie na
prawach gościa – późniejszy filar grupy, Michael Dunford. Klawesynowy podkład
rzeczywiście nawiązuje tu do nazwy zespołu, a tekst pieśni, to jakby męska
wersja „Eleanor Rigby” Beatlesów. W nagraniu tego utworu wzięli udział
głównie muzycy spoza grupy, ponieważ sytuacja w zespole była wówczas dość
niestabilna i Renaissance byli na granicy rozwiązania się. Zwraca uwagę
niesamowite solo syntezatorowe, trwające prawie pół kompozycji.
„Face Of Yesterday” to dość podniosły, smutny utwór z pianinem w roli
głównej, nieco jazzujący, trochę psychodeliczny. Zupełnie odstaje od
pozostałych utworów na płycie, brzmi jakby został wyjęty z innej bajki. Bo
bajkowości mu nie odmówię.
„Past Orbits Of Dust” – piętnaście dynamicznych minut, w których mieszają się
psychodelia, rock progresywny i rock jako taki w ogóle. Najpierw słychać
donośne dźwięki basu, a na nich narastające, dramatyczne partie chóru
wokalistów. Dźwięki organów przeradzają się na chwilkę w jam session, które
kieruje się znów ku oryginalnemu, dynamicznemu tematowi. Swobodna niby-
improwizacja jeszcze raz powraca, a potem wycisza się, pozostawiając samotne,
pojedyncze brzdąknięcia gitary i basu, które kończą tę świetną
płytę. „Kosmiczny” tekst bardzo pasuje do nastroju kompozycji, która
przypomina lot szaloną rakietą. Autorką słów do tej kompozycji, jak i
do „Golden Thread”, jest przyjaciółka Jane Relf, Betty Thatcher, która
zostanie dostarczycielką lwiej części tekstów na prawie wszystkich płytach
zespołu.
Jak wspomniałem, grupa miała problemy z ukończeniem nagrywania materiału i w
ciągu następnego roku nastąpiła wymiana wszystkich muzyków, którzy zakładali
Renaissance jeszcze w latach sześćdziesiątych. Ale to już temat na zupełnie
inną opowieść, a „Illusion” polecam fanom i psychodelii, i rocka
progresywnego. I nie tylko.