Parafrazując Peteranurka: wątek o utworach, które stały się absolutnymi
killerami na koncertach

. Wszyscy oczywiście wiemy, że U2 to najlepszy
zespół na planecie Ziemia, ale również IM zdarzają się czasem wpadki... Zdrowa
krytyka nie jest zła

. I mam tylko nadzieję, że nie zostanę zlinczowany za
ten wątek

. A zatem:
"Pride", San Diego 30.03.2005 - gdzie się podziała ta rockowa zadziorność?
"One man came in the name of loo-oa-oove", ten tryl... Ale może to wynika z
mojego rattlowo-humowego zboczenia, nie wiem

...
"Gone", Boston 06.06.2001 - ta wersja od razu nie przypadła mi do gustu. Bono
prawie zupełnie zmienił linię melodyczną (a "Pop", jak wszyscy wiemy, jest
idealny

), tak że utwór stracił swój niepowtarzalny klimat. Byłem mocno
rozczarowany, kiedy go usłyszałem (inna sprawa, że ciężko zagrać na żywo
cokolwiek z "Pop").
"Sunday Bloody Sunday", Live Aid (?) - po pierwsze: nie pamiętam dokładnie
daty i miejsca koncertu, ale w każdym razie Bono występował na nim w białych
obcisłych spodniach

- może ktoś skojarzy. Wersja fatalna, The Edge się
myli, chłopaki wypadają z rytmu, nie słychać Bono...
Na razie tylko (aż?) tyle sobie przypominam, c.d.n. - być może.
---
this could be the day