littlun1
10.08.06, 09:52
pozwole sobie na przedstawienie takiej epikryzy mojej dziwnej przypadlosci -trwa to juz od miesiąca -slucham muzyke tylko jednego kompozytora. Bach ktorego przeciez kocham dziala mi na nerwy .Mozart siedzi gdzies gleboko w mojej glowie ale jakos boje sie go sobie aplikowac .Na samo nazwisko Lutoslawski (jedna z moich wiekszych pasji) ciarki przechodza mi po plecach .Przelamanie cierpien beethovena poprzez sztuke ,przypomina mi jak malowalem w okresie ciezszych przypadlosci duszy i to tez nie pozwala mi go sluchac. Nie jestem tez zdolny do nowych poszukiwan muzycznych .Wiem to nie forum psychologiczne,ale muzyka sila rzeczy jest dla mnie psychologią. Natomiast Chopin .... gdy tylko uslysze pierwsze dzwieki jakiegos mazurka ,czuje jak napięcie ze mnie odplywa -bardzo dobrze dziala na mnie sonata b-moll .Nie wiem ile to jeszcze potrwa ale chwilowo nie czuje sie prawdziwym poszukującym melomanem .Czy dziwny stan zawieszenia ktory jest spowodowany przykrymi czynnikami zewnetrznymi i ktory odnosi sie do muzyki jest Wam znany? .Mieliscie kiedys podobnie? Wątek powinien wlasciwie brzmiec -"muzyka a sytuacje zyciowe" .Moznaby tu przypiąc tez kwestie terapii muzycznej .Myslicie ze powinienem sie jakos przelamac i jednak dalej byc wszechstronnym sluchaczem czy potrwac chwile w tej stagnacji? Akurat w chwilach slabosci pisze do Was, bo czesto wspieraliscie mnie gdy potrzebowalem rozbudowac kolekcje i czuje sie bardzo przywiązany do tego forum .Bardzo Was cenie za wiedze , za pasje i za wrazliwosc na to co piękne .Dobre w tym wszystkim jest to ze jeszcze cos slucham i mam nadzieje ze juz niedlugo w mojej plytotece pojawi sie Schoenberg .Mam wątpliwosci czy kliknąć w "wyslij" ale niech tam -klikne