Dodaj do ulubionych

P.I. Vulture

27.05.03, 14:15
1.

Jako prywatny łaps, prowadziłem wiele spraw. Ale w żadnej jak do tej pory nie
byłem tak wiele razy kołowany i wpuszczany w ślepe zaułki. A zaczęło się
niewinnie, ale jak zwykle od kobiety. Przyszła Do mojego biura wczesnym
popołudniem, ale nie była zwykłą babką jak każda inna. Miała coś w oczach
takiego, co mnie zastanowiło i zainteresowało. Jej wzrok był jakiś dziwny,
niby bystry, przenikliwy, ale coś w nim nie pasowało. Może dlatego, że miała
tak jasne, błękitne tęczówki, że prawie nic poza źrenicami nie można było
dostrzec. Dziwne wrażenie, białe oko z czarna kropką. Podeszła do mnie i nie
pytając o zgodę usadowiła się na krześle. Wyjęła papierosa z cygarniczki i
podpalając sobie, zaciągnęła się tak, jakby orgazm to było małe piwo, a to co
przeżywała dawało jej największą możliwą satysfakcję z dostępnych w ofercie.
Patrzyłem na nią w milczeniu, nie śmiąc nawet otworzyć ust. Zatkało mnie, a
bardzo rzadko mi się to zdarza. Po chwili jej twarz zmienła się nie do
poznania. Stała się normalna i spokojna. Jakby przeszła z euforii w życie
codzienne, w ułamku sekundy. Odezwała się do mnie głosem o niskiej kojącej
barwie, a jej oddech przy każdym słowie zamarzał wśród ciepłego, stęchłego
powietrza w mojej spelunce, nazywanej wzniośle biurem.
- Pan Vulture, jak mniemam. - Skinąłem głową, jako że nie miałem siły na
wydobycie z siebie głosu. - Mam dla pana małą robótkę.
Przełknąłem ślinę, czując posmak papierosa i porannej whisky.
- Tak? - Wyszeptałem.
- Tutaj jest okrągły tysiąc. Proszę przyjść pod ten adres o siódmej wieczorem.
I wstała, a ja patrzyłem ugniatając sobie opuszki palców.
- Ale, chwileczkę... - Próbowałem coś zrobić, zatrzymać ją dowiedzieć się
czegoś, ale już jej nie było. Coś nie tak z moim refleksem, pomyślałem.
Ale cóż, tysiączek to kawał szmalu, a ja cierpiałem ostatnio na brak
pieniędzy. Powiedziała tylko żebym się stawił tam gdzie trzeba i o godzinie
jakiej trzeba. Żadnych zobowiązań. Czemu nie, spróbować warto.
Do siódmej było jeszcze kilka godzin. Miałem czas na małą szklaneczkę i
przekąskę w barze. Zapaliłem sobie Camela i zagłębiłem w myślach sącząc
powoli wysokoprocentową ciecz o kolorze impregnantu do drewna. Bała, że tek
powiem niezbyt markowa, ale tania i dawała oczekiwany efekt.
Myślałem o jej źrenicach zagubionych w bieli. Wciągnęło mnie to. Byłem
ugotowany jak jajko na twardo.
Po trzech godzinach byłem na lekkim rauszu, najedzony i gotowy do spotkania.
Zgarnąłem z szuflady Lugera i wpakowałem go do kabury pod pachą. Dogasiłem
papierosa, który wypalił się w samotności, podczas moich przygotowań do
wyjścia. Wyjąłem następnego z paczki, zostały tylko dwa. Nie najlepiej, jak
przyjdzie mi czekać, czas będzie się dłużył. Chciałem być wcześniej. Usiąść
przy barze w umówionym miejscu i wtopić się w otoczenie obserwując gości znad
szklaneczki. W knajpie przepłacę. Ale cóż, naruszyłem otrzymaną sumkę i
wziąłem jeden banknot z dwoma zerami. Schowałem do portfela, gdzie
towarzystwem dla setki były dwie jedynki, a następnie portfel włożyłem do
wewnętrznej kieszeni marynarki. Ostatnie spojrzenie w lustro. Trochę
zmarszczek, ale jeszcze w formie co? Powiedziałem w myślach do odbicia i
zgasiłem światło wychodząc pokoju.
Odpaliłem starter w moim Packardzie, silnik zaskoczył od razu. Ależ ja lubię
ten warkot, niczym stado szerszeni przelatujących nad głową w ciepłą noc.
Zerknąłem w boczne, lekko nadtłuczone lusterko i ruszyłem. Dzień jeszcze był
w pełni, ale widać było, że słońca za chwilę miało zgasnąć. Bay City, bo tam
zmierzałem nie wróżyło nic dobrego. Tamtejsze gliny znały mnie dobrze, a je
znałem ich. Nie raz już miałem potyczkę, i nie tylko słowna z tymi cepami z
kapustą zamiast mózgu w czaszce. W barze jednak widniejącym na karteczce z
adresem nigdy nie byłem, a nawet o nim nie słyszałem. Musieli niedawno
otworzyć. Pożyjemy zobaczymy.
Przez jakieś dwadzieścia minut jechałem jedynie przed siebie, dojrzałem zjazd
i pomknąłem prawie nie zwalniając w kierunku przeznaczenia. Cały czas miałem
wrażenie, że nie poruszam się samotnie, ale takie przeczucia to była
codzienność. W tym zawodzie trudno było się uwolnić od uczucia, że ktoś mnie
śledzi. Skrzywienie zawodowe, ot co. Ale dla pewności zatrzymałem się aby
wypalić ostatniego papierosa. Gdy upewniłem się siedząc na masce samochodu,
że nikt za mną nie podąża, ruszyłem ponownie. Do celu było niedaleko.
Dotarłem na miejsce 6 z minutami. Zaparkowałem wóz obok białego Chevroleta
Cabrio. Odruchowo zajrzałem do środka, był to samochód kobiety. Lusterko
wsteczne było charakterystycznie ustawione. Uśmiechnąłem się pod nosem,
cisnąłem zgniecioną pustą paczkę Cameli i ruszyłem do środka.
Przed wejściem stał wielki murzyn bez zarostu.
- Jak leci.- Rzuciłem mimochodem, dając mu dolara. Popatrzył na banknot i na
mnie jak na obdartusa, ale dolara wziął. Złożył na pół i schował do bocznej
kieszeni spodni. Uśmiechnął się z bólem i otworzył drzwi wejściowe.
Wkroczyłem niczym paw, ale już po chwili zrobiłem się malutki. Nie pasowałem
do tego towarzystwa. Byli jak dla mnie za ładni.
Dopadłem cichcem bar, uważając, aby zwrócić na siebie jak najmniej uwagi.
Usadowiłem się na stołku. Rozejrzałem się do koła a mój wzrok zatrzymał się
na barmanie. Skinąłem lekko głową. Barmanem był postawny biały facet w wieku
mniej więcej lat 26-28. Miał dobrą aparycję i był prawie tak dobrze zbudowany
jak ja.
- Czym mogę służyć. - Zapytał bardzo męskim głosem. Jego głos musiał działać
na kobiety jak afrodyzjak.
- Podwójną szkocką i paczkę Cameli. - Popatrzył na mnie badawczo, ale jak
wyciągnąłem magiczny banknot to stał się nad wyraz przyjacielski.
Odszedł i za chwilę pojawił się z zamówieniem. Zostawił resztę i gdy chciał
odchodzić, złapałem go za rękaw. Lekko szarpnął, ale nie uwolnił się.
Ściągnąłem go do siebie i cicho zapytałem:
- Powiesz mi coś młodzieńcze?
Skinął głową biorąc 10 dolców.
- Co to za knajpa i kim są z grubsza ci ludzie?
Rozejrzał się po sali, zataczając obszerny łuk głową i wrócił do punktu
wyjścia, czyli moich oczu.
- Właścicielem jest Teddy Four. - Powiedział szeptem, a ja wpasowywałem sobie
to nazwisko w moje szare komórki. Został zaznaczony jako komórka nr 1. Postać
główna. - Bar istnieje od trzech miesięcy, a goście to głównie grube szychy.
- Czym ten facet się zajmuje? - Jakieś ciemne interesy mi po głowie chodziły
w wykonaniu tego gościa, jednak pozory mogą czasem mylić, a moim zawodzie
łatwo o sugestywne myślenie. Puściłem więc rękaw barmana i odpieczętowałem
paczkę papierosów. Barman wykonał ruch podobny do psa otrzepującego się z
wody, jakby chciał zrzucić z siebie moje odciski palców i bród zza moich
paznokci, który mu pozostawiłem na białej koszuli. Wyglądało to dość
komicznie, więc odpuściłem sobie komentarz.
Błysnął płomień zapalniczki, a ja zaciągnąłem się łagodnym dymem i odwróciłem
lekko głowę w kierunku sali. Moją uwagę przykuła znajoma twarz. Młody
policjant, siedzący o dwa stoliki od baru. Siedział samotnie i obserwował
tańczącą panienkę, niekoniecznie ubraną wedle obowiązujących zwyczajów.
Podszedłem do niego zabierając ze sobą szklaneczkę i bez pytania o zgodę
zasiadłem na przeciwko zasłaniając widok.

c.d.n.
Obserwuj wątek
    • foxy21 Re: P.I. Vulture 27.05.03, 14:27
      Super, niezle mnie wciagnelosmile
      Czekam na cdn....
    • aric P.I. Vulture c.d. 27.05.03, 14:48
      - Jak leci Johny? - Johny Sighn był szczupłym, młodym, wyglądającym na
      podrostka facetem. Ale jego wygląd był jego wielkim atutem, a pozory wobec
      niego myliły zawsze. Poznałem go prowadząc sprawę o morderstwo, rok temu w tym
      znienawidzonym mieście. Czasem mówiono na niego Six, bo podpisywał się trzema
      szóstkami zamiast nazwiskiem. Nikt nie wiedział, dlaczego ta liczba aż tak
      fascynuje. Kiedyś jak go zapytałem odpowiedział, że przynosi mu szczęście.
      Jakie to dziwne, że ciągle tu wracam. Sighn był ambitny i miał mocne zasady,
      ale teraz siedząc na przeciw niego, nie byłem pewien czy to ten sam
      przyjemniaczek.
      - Cześć Vulture. - Odparł bez przekonania. Jego twarz zdradzała oznaki stresu i
      zakłopotania. - Co Cię znów sprowadza w te strony? Tylko nie mów, że znów się
      na kogoś przyczaiłeś. Ostatnim razem jak to zrobiłeś, ja na miesiąc musiałem
      wyjechać na przymusowy urlop, a w kostnicy znalazło się czterech sztywnych.
      Spokojnie zaciągnąłem się dymem i uśmiechnąłem się na modłę twardziela.
      - Jeszcze nic nie wiem, żebym prowadził jakąś sprawę, ale pewnie niedługo się
      dowiem. A ty co? Dalej taki hardy czy już ci zaczęło się od kolegów udzielać?
      Nie wiem czy trafiłem w sedno sprawy, ale Sighn nagle wstał. Nie wiem co wtedy
      czuł, ale szybko mu widać minęło, bo tylko pstryknął na kelnera i zamówił
      kolejne piwo.
      - Wkurza mnie to, co się dzieje. Ale co ja mogę. Jeden taki jak ja to za mało. -
      I znów wróciła mina udręczonego. - Ta śliczna dziewczyna. - Wskazał palcem na
      scenę. - To moja narzeczona. - Gwizdnąłem cichutko, kręcąc głową, a on
      kontynuował: - Nazywa się Berry Rasp i pracuje tutaj. Na początku trochę mnie
      bolało, że tańczy na wpół naga przed tą zgrają tłustych wieprzy, ale z kasą
      dość krucho, a w sumie ona nieźle zarabia i wcale tak bardzo się nie
      uzewnętrznia.
      Przyglądałem mu się i nie wierzyłem w to co mówił. Sączył piwo prawie ze łzami
      w oczach. Zastanawiałem się, kto daje na imię małym dziewczynkom Berry,
      brzmiało to raczej jak imię dla psa, ale nie mnie było oceniać gusta rodziców
      tej całkiem przyjemnej tancereczki.
      - Często tu przesiadujesz?
      - Raz, dwa razy w tygodniu wpadam. Ale dzisiaj jest szczególny dzień.
      Przyszedłem komuś obić mordę.
      Otworzyłem szerzej oczy. Jednak dalej był hardy. Spojrzałem też na zegarek. Do
      spotkania zostało niecałe 10 minut.
      - Opowiesz mi o tym, bo nie wiem czy cię powstrzymywać czy pomóc.
      Tym razem na jego twarzy pojawił się uśmiech.
      - Ten cały Four się zaczął do niej dobierać. Kilka dni temu Berry powiedziała,
      że proponował jej seks za pieniądze i ciągle ją nagabuje. A skurwiel jest
      żonaty. A jego żona jest naprawdę klasa babka. - Pokręcił głową i westchnął. -
      Dziś jest w lokalu. Berry wie gdzie, zaprowadzi mnie, bo jej powiedziałem, że
      chcę tylko z kolesiem pogadać, a ja mu naprawdę mordę obiję.
      Hm, zakochany facet. Szkoda, że więcej nie ma takich na świecie. Znów
      spojrzałem na zegarek, dopiłem to, co miałem na dnie szklanki, dogasiłem już
      lekko tlący się filtr i podniosłem się znad stolika.
      - Muszę spadać, właśnie weszła osoba, z którą się tutaj umówiłem, a ty uważaj
      na siebie. Fajny z ciebie gość. - Wyciągnąłem do niego rękę. Uścisnął ją, ale
      nie puścił. Tylko spowodował, że nachyliłem się w jego kierunku.
      - Mówisz o tej blondynie z długimi włosami i kropkami zamiast oczu. - Nie
      ukrywając zdziwienia lekko skinąłem głową. - To ty lepiej uważaj, bo to wielka
      Mrs Four. Mówią na nią Madee Zagadka. Ale czemu Zagadka to nie mam pojęcia.
      Puścił moją rękę, a ja stanąłem wyprostowany i gotowy do wielkiego spotkania.
      Od razu wlepiłem wzrok w płynącą w moim kierunku postać. Zagadka. Ciekawe
      czemu? Ale nie to mnie teraz nurtowało. Znów przeczucia. Za dużo zbiegów
      okoliczności jak na jeden raz. To nigdy nie wróżyło nic dobrego. Miałem ciarki
      na plecach widząc zbliżającą się blond piękność z dwoma malutkimi punkcikami
      wpatrującymi się we mnie. Zdjąłem kapelusz i dotknąłem wyciąganej w moim
      kierunku dłoni. Schyliłem się i spróbowałem pocałować, ale nie pozwoliła.
      Wyrwała delikatnie rękę, a ja pozostałem w swojej śmiesznej pozie spoglądając
      na biodra, które nic nie miały do zarzucenia. Istne cudo, ideał bez skazy. Mój
      wzrok powędrował najpierw wzdłuż lśniącej srebrnej sukni z rozcięciem
      ukazującym nogę, której nie jestem w stanie opisać, a następnie znów poszedł do
      góry, zatrzymując się na biodrach raz jeszcze, a następnie na biuście, który
      był z zasięgu ręki, a jednak odległy jak stad do mroźnej Alaski. Nie śmiałem
      dłużej na nie patrzeć, chociaż wierzcie mi, było na co. Wreszcie się
      wyprostowałem. I spojrzałem na jej twarz. Cerę miała białą, ale nie bladą,
      raczej zastanawiająco białą. Była jasna i żywa. Szminka w kolorze wozu
      strażackiego pędzącego na sygnale by ugasić pożar wydobywający się z jej ust.
      Nos prosty, jak u gwiazdy filmowej, nic dodać nic ująć, dziwne, że nie
      widziałem jej w żadnym filmie. Mocno zarysowane brwi, przypominające ślad opony
      na jezdni zaraz po tym jak samochód wyładował poślizgiem w rowie. I właśnie w
      tej chwil tak się czułem. Wpadłem poślizg i chociaż jeszcze w rowie nie
      leżałem, wszystko wskazywało na to, że zaraz właśnie w ten sposób skończę.
      - Czy pan już skończył? - I znów ten głos. Przez chwile nie wiedziałem, że do
      mnie mówi, sunąłem bez opamiętania wprost do rowu.
      - Słucham? - Zapytałem piszcząc, bo mi w gardle zaschło. Madee Four tylko się
      uśmiechnęła.
      - Proszę za mną. Porozmawiamy w mniej zaludnionym miejscu. Po czym skinęła na
      barmana. Ten chyba wiedział bez słów o co chodzi, bo gdy ruszyłem głową w jego
      stronę, on sam już podawał kelnerce jakieś instrukcje i przedmioty
      przypominające coś na kształt butelki i dwóch szklanek.
      Moje reakcje zdecydowanie spowolniały. Już prawie widziałem rów, gdy nagle
      zobaczyłem następna znajoma gębę. Jerry Munky. Nie lubiłem skubańca.
      Skorumpowany do granic możliwości. Nie zauważył mnie wiec szybko podążyłem za
      Madee. I to wprawiło mnie w bardziej pogodny nastrój. Porównując dziobatą twarz
      Munkyego z tym pięknym czymś, co kołysało się w takt muzyki niczym wierzba nad
      brzegiem lekko falującego jeziora. Nie musiałem się wcale zastanawiać, na co
      mam patrzeć. Ślizgałem się dalej.
      - Zapraszam do mojego pokoiku. Tam sobie porozmawiamy. - Nagle wyrwała mnie z
      letargu. Szykowała się jakaś sprawa, która nie wróżyła nic dobrego. Miałem
      kilka pomysłów na to, co miałbym albo mógłbym dla niej zrobić, a szczególnie
      jeden przypadł mi do gustu, ale to zostawię na później. Jak to się mówi,
      najpierw interesy a potem przyjemność. Usadowiono mnie na miękkim fotelu, a po
      chwili prawie niezauważalnym ruchem weszła kelnerka. W ułamku sekundy postawiła
      na stole dwie szklanki, butelkę markowego ginu i popielniczkę. To mi
      przypomniało, że miałem zapalić.
      - A więc słucham. - Musiałem wrócić do normy, papieros, miał mi w tym pomóc.
      - Chciałabym prosić o to, aby kogoś pan odszukał. - Ona też zapaliła. - Trzy
      dni temu znikła pewna dziewczyna, która tu pracowała. Policja nie chce kiwnąć
      palcem. - Chyba domyślałem się dlaczego. - Proszę aby pan ją odszukał, a
      jeżeli nie żyje to znalazł jej ciało i mordercę. Jestem w stanie bardzo dużo
      zapłacić.
      Mówiąc te słowa podała mi zdjęcie
      - Może coś więcej mi pani opowie?
      - Nazywa się Aislin Pizmak. Ma 23 lata. Występowała na scenie, ale trzy dni
      temu nie przyszła do pracy. Mieszkała na... - Tutaj podała mi karteczkę z
      adresem. Zastanawiało mnie dlaczego ciągle podaje mi karteczki, a nie mówi na
      głos. - Może pan porozmawiać z Berry. One się przyjaźniły. Poda panu więcej
      szczegółów co tej młodej osóbki. - Gdy tak mówiła ja przyglądałem się zdjęciu
      Aislin. Miała bardzo niewinny wygląd, włosy spięte w kitkę. Wyglądała jak
      uczennica szkoły średniej, przodująca w nauce. Zawsze mnie zastanawiało, skąd
      takie dziewczyny pojawiają się na scenach takich spelun dla dzianych
      napaleńców.
      - I to już wszystko, co chciałaby pani mi opowiedzieć?
      - Raczej tak. Przywiązałam
      • aric P.I. Vulture c.d. 27.05.03, 14:54
        - Raczej tak. Przywiązałam się do tej dziewczyny. Miała niesamowity urok
        osobisty, witalność, traktowałam ją jak młodszą siostrę, ale ona mi się
        niestety nie zwierzała, więc mogłam tylko obserwować.
        Już chciałem coś powiedzieć, gdy zza ściany padł strzał. Zerwałem się na nogi i
        zamarłem patrząc na twarz Madee, czekając na odpowiedź, chociaż nie miałem
        pojęcia czy o coś pytałem. Jednak ona zrozumiała, o co mi chodzi.
        - To w pokoju mojego męża. Tędy będzie bliżej.
        Odsłoniła parawan stojący pod ścianą. Za nim znajdowały się drzwi. Przekręciła
        zasuwkę i weszła do środka. Przepchnąłem się przez jej sztywne ciało, jakby
        wmurowane w futrynę zamiast drzwi. Gdy spojrzałem mijając ją w stronę jej
        twarzy, usta miała zakryte dłońmi. Następnie rozejrzałem się po pokoju. Po
        mojej prawej zamknięte drzwi, prowadzące w kierunku baru, po prawej uchylone.
        Wyjąłem spod pachy gnata i ruszyłem w kierunku drzwi. Wyjście prowadziło wprost
        na powietrze, znalazłem się na tyłach lokalu. Postanowiłem obiec go dookoła,
        jednak po chwil zaniechałem tego. Wiedziałem już, kogo mam szukać, a raczej
        czego. Drogą, którą tu przybyłem w pośpiechu odjeżdżał biały Cabrio, którego
        widziałem na parkingu. Nie była to spokojna i relaksująca jazda. Schowałem
        pistolet i wróciłem do biura Foura. Leżał na podłodze na wznak, nie miał oka.
        Krwi nie było. Mały kaliber, nie przebił czaszki i nie rozbryzgał mózgu z tyłu
        głowy. Martwy Teddy Four leżał nieruchomo, jego wyraz twarzy był nijaki, jakby
        się żalił, że nigdy już nie wybroni z opresji żadnego oprycha. Madee, klęczała
        dotykając jego włosów, nie chciałem jej przeszkadzać. W lokalu muzyka grała na
        tyle głośno, że strzał został zagłuszony. Wiedziałem, już co zrobię. Uchyliłem
        drzwi i poszukałem po sali Johnego. Siedział cały czas w tym samym miejscu. Nie
        wiem jak to jest, ale potrafiłem w jakiś dziwny sposób ściągnąć czyjąś uwagę
        wpatrując się w daną osobę. Po kilku sekundach Sighn na mnie spojrzał. Ruchem
        głowy poprosiłem, żeby tutaj podszedł.
        Wstał spokojnie od stolika, i nie zwracając na siebie uwagi po chwili znalazł
        się w pomieszczeniu z parą małżeńską w rozsypce. Nie wydał się zbytnio
        zdziwiony, a rzekłbym nawet, że go całe zajście ucieszyło.
        - Nie będziesz musiał się wysilać. - Powiedziałem do niego. - Wiem, że to
        kiepsko wygląda, ale wyjaśnię Di wszystko jutro. Teraz muszę znikać. Nie chcę
        żeby Munky miał satysfakcję przy wywnętrzaniu się nade mną. Mnie tu w ogóle nie
        było.
        - Taaa... - Podrapał się po brodzie. - Dobra, pogadamy jutro. Masz u mnie dług.
        Powiedz co się stało i znikaj.
        - Poszedłeś do Madee, zapytać o jej męża. Powód sam sobie wymyśl. Padł strzał.
        Wybiegłeś przez drzwi na zewnątrz i zobaczyłeś białego kabrioletu
        odjeżdżającego z dużą prędkością. To tyle. Odezwij się jutro z rana. Musimy
        pogadać z Berry.
        Popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
        - Z Berry? A co ona ma wspólnego z tym wszystkim?
        - Dowiesz się jutro. A pani niech nic nie mówi, grób, usta na kłódkę. -
        Popatrzyła na mnie i skinęła głową. Jej oczy były teraz jeszcze dziwniejsze.
        Ich wilgoć spotęgowała moje doznania. Ciarki mi przeszły po raz drugi. - A
        teraz żegnam państwa.
        I wyszedłem. Marzyłem tylko o jednym. Zapalić i napić się. Wtedy myśli się
        najlepiej.

        c.d.n. (czyli rozdział drugi) jutro w południe.smile
        • foxy21 Re: P.I. Vulture c.d. 27.05.03, 15:35
          Dla mnie bomba, powagasmile
          Kiedys namietnie czytalam kryminaly.
          Kto pamieta takie zeszyty z serii "Ewa wzywa 07",(nie pamietam dokladnego
          tytulu),
          moja mama je czytala. Ja bylam po niejsmile
        • ilhan Re: P.I. Vulture c.d. 27.05.03, 18:28
          aric napisał:

          > c.d.n. (czyli rozdział drugi) jutro w południe.smile

          Kuuuuurde, Aric, no w takim momencie przerwać...
    • vulture Re: P.I. Vulture 27.05.03, 19:05
      Aric, piękne, a ta płyta for ju cały czas obok mnie leży. Może jutro po pracy
      będę miał czas i siły skoczyć na pocztę...
      • aric P.I. Vulture płytka 28.05.03, 15:16

        • vulture Re: P.I. Vulture płytka 28.05.03, 15:26
          Aric, pamiętam, ale dzisiaj nie zdążę, bo jestem uziemiony w domu sad((
          • aric Ok, a dałeś może to cudo Lovemu?? 28.05.03, 15:34
            Bo jak tak to najwyżej sobie od niego skopiuję? Cholera, jak jutro wyslesz, to
            nie dojdzie. Więc jeżeli tak to będę jego czopił.smile
            • vulture Re: Ok, a dałeś może to cudo Lovemu?? 28.05.03, 16:03
              A ja pamiętam... kilka tego dałem. Elentarii ma, As ma, Loveleter chyba też.
              Weź nie marudź tylko zróbcie tam zlot jakiś, niech się łódzkie TWA też rozwija,
              do kogo będziemy na chlańsko wpadać? Eeee, znaczy się na dysputy intelektualne
              o dźwiękach... smile))
    • aric P.I. Vulture - Rozdizał 2 28.05.03, 10:19
      2.

      Powrót do domu, a raczej do biura, bo było ono także moim domem, okazał się
      bardzo spokojny. Trochę się obawiałem o to co może przynieść jutro, ale to
      dopiero za kilkanaście godzin. Tymczasem należało spokojnie usiąść w fotelu i
      rozluźnić umysł. Był mi potrzebny, bo jakoś przed chwilą dopiero wyszedłem
      cudem z poślizgu. Nagły zwrot kierownicy przy jednoczesnym wdepnięciu na gaz
      spowodował wyrwanie z letargu.
      Postanowiłem wcześniej wstąpić coś przekąsić. Zamówiłem sobie dwie kanapki i
      kawę dla odmiany w barze na przeciw mojej kwatery i pałaszowałem przez
      kilkanaście minut słuchając jazzu z szafy grającej. Znajomy kelner mnie
      pozdrowił, znajoma kelnerka się uśmiechnęła. Było jak w domu rodzinnym. I
      chociaż czekała mnie jutro masa niezdrowego podejścia do życia, ta chwila była
      nad wyraz przyjemna.
      Zjadłem, zapłaciłem i wyszedłem. Nie zapomniałem również o małym napiwku.
      Przeszedłem przez ulicę i ruszyłem po schodach na górę. Nie lubiłem schodów,
      zawsze miałem wrażenie, że nie mają końca. Jeszcze dwa stopnie i moja dziupla.
      Już wyobrażałem sobie, że ktoś na mnie z pałą czeka, znów zboczenie zawodowe,
      ale nic z tych rzeczy. Obrywałem po głowie tak wiele razy, że nawet bym się nie
      zdziwił, jak bym zarobił jakąś lachą po czaszce.
      A tymczasem spokojnie. Wszedłem, zdjąłem kapelusz, gnat do szuflady, szelki z
      kaburą i kapelusz na wieszak. Butelka z szafki na stół i relaks. Zapaliłem
      lampę na biurku i włączyłem radio. Złoto-brązowy płyn wypełnił lekko
      przybrudzoną szklankę. A następnie wpłynął mi do gardła. Ogarnęło mnie uczucie
      ciepła. Tego mi było trzeba. Zacząłem się zastanawiać jak to jest, że kiedy
      zaczynam rozmawiać z piękną kobietą, zawsze wplątuję się w jakieś nieprzyjemne
      sprawy. Za dużo znajomych, za wiele kontaktów, za mało spokojnych miejsc i
      niewinnych kobiet. Kim była kobieta z kabrioletu? Czy była związana z Madee, a
      może była to sama Aislin? Stwierdziłem, ze czas się urznąć w rytm muzyki z
      radia. Przygotowałem sobie fajkę i powoli zacząłem odpływać. Łyk za łykiem,
      szklanka za szklanką.
      Nie wiem jak dotarłem do lóżka, ale kiedy ze snu wyrwał mnie drażliwy dzwonek w
      telefonie, właśnie w nim byłem. Głowa ciążyła w kierunku podłogi. Musiałem
      zdobyć się na wręcz nadludzki wysiłek by dobrnąć do aparatu i podnieść
      słuchawkę.
      - Czego? - Chrypiałem gorzej niż siedemdziesięcioletni dziad z rakiem krtani.
      - Tu Sighn. Coś ty robił? Ale mniejsza o to. Mam cię ściągnąć do Munkyego, jest
      cwańszy niż myślałem. Wiedział, że byłeś w lokalu.
      Nie bardzo mi się uśmiechało spotkanie z tym wieprzem z wiecznie zaropiałą
      twarzą.
      - Będę za dwie godziny, muszę dojść do siebie. A lepiej za trzy, albo cztery...
      Odłożyłem słuchawkę. Wiedziałem, że tak będzie. Zamknięta społeczność starych
      pierdzieli. Tylko wóda, forsa i gołe babki o lekkim usposobieniu. Nie znosiłem
      towarzystw wzajemnej adoracji.
      Trzeba było jakoś się zebrać do kupy. Na szczęście w butelce zostało jeszcze na
      dwa łyki. To mi życie uratowało. Zapaliłem camela i stanąłem przy oknie. Dzień
      był już w stanie zawansowanym.
      Droga do Bay City była tym razem męką, Nie dość, że gorąco, to jeszcze korki, a
      ja czułem się fatalnie, i właściwie było mi tak jakby wszystko jedno. Gdy
      podjechałem pod posterunek, przed drzwiami stał Sighn i palił papierosa. Gdy
      wysiadałem, lekko chwiejnym krokiem podszedł do mnie i ściszonym głosem
      powiedział:
      - Cześć, wyglądasz jakby cię przeciągnęli rurami kanalizacyjnymi pod miastem.
      - I tak się czuję, a ten upał jeszcze bardziej mnie dołuje. A ty co? Komitet
      powitalny??
      - Się cholera narobiło. Jak Munky się dowiedział, że masz coś wspólnego z tym
      morderstwem, to się tak wpienił, że mu aż tchu zabrakło do krzyczenia. Nie
      lubię tego bufona, i nawet trochę się uśmiałem słuchając jak się wywnętrzania.
      Popatrzyłem na niego, coś do mnie mówił, ale słowa docierały jakby z
      opóźnieniem.
      - Bądźcie z Berry wieczorem w domu, musimy pogadać, i nie pytaj o czym, nie mam
      siły opowiadać, a teraz prowadź do tego dziobatego pierdziela.

      c.d.n.
      • aric P.I. Vulture - Rozdział 2 c.d. 28.05.03, 12:19
        Sighn uśmiechnął się nieznacznie i weszliśmy do budynku. Nie lubiłem
        posterunków policyjnych, bo śmierdziało, a te w Bay City śmierdziały najgorzej.
        Unosiła się taka ciepła, cuchnąca chmurka, złożona z oddechów i powoli
        spalającej się ambicji w ciałach tych ludzi. Też kiedyś pracowałem jako glina,
        ale nie podobało mi się, że muszę pracować według zasad. Oni by tylko ustalali
        i kazali, a ci najbardziej cuchnący na najwyższych stołkach byli najgorsi. Od
        nich śmierdziało zupełnie czym innym. Śmierdziało chciwością i obłudą, która
        była przyozdabiana ich świecącymi się gębami bez wyrazu. Smutne.
        - Wiesz co Johny, rzuć w cholerę te robotę. Masz jeszcze szansę być dobrym
        łapsem.
        Tak mi się wyrwało, bo polubiłem chłopaka.
        - Niestety, życie nie pozwala, mamy się z Berry pobrać za dwa miesiące, i stała
        praca jest mi potrzebna.
        Pokręciłem głową.
        - To przynajmniej obiecaj mi, że twój tyłek nadal pozostanie twardy, a głowa
        się nie rozpuści z nadmiaru okazji wspomożenia drobnymi kwotami. To bagno.
        Wreszcie doszliśmy do drzwi Munkyego. Sighn mnie zostawił na korytarzu rzucając
        krótkie:
        - Dobra.
        I zniknął za zakrętem korytarza. Smród przebijał się przez drzwi bez żadnego
        oporu. Zapukałem z odrazą.
        - Właź ty łachudro. - Głos tego dziada był mi dobrze znany. Więc wlazłem.
        Siedział za biurkiem w skórzanym fotelu z cygarem w ręku. Było z nim dwóch
        mężczyzn. Jednym był jego dawny partner a teraz podwładny. Facet z głową na
        karku, ale czasami niestety coś mu odbijało i stawał się nieznośny. Nazywał się
        Letter. Dziwne nazwiskom, ale zwykle mówili na niego Love, bo było bardziej
        adekwatnie. Imienia nigdy nie poznałem. Drugim był Martin Ilhan, zastępca
        prokuratora okręgowego. Nie miałem pojęcia, co on tu robił, to nie było
        towarzystwo dla niego. Młody, z ambicjami, kogut, ale dobrze się zapowiadający.
        Miałem przyjemność ze dwa razy z nim pracować. On zaczął:
        - Nie pan siada Vulture. - Usiadłem. - Wie pan po co pan tutaj jest?
        Zanim odpowiedziałem, chociaż właściwie odpowiedzi nie znałem, odpaliłem sobie
        papierosa. Nie mieli nic przeciwko temu, czyżby nie mieli zamiaru zrobić mi
        krzywdy?
        - Przyznam się szczerze, że jeszcze nie jestem zbyt przytomny, więc niech pan
        mi proszę wyjaśni. - I zaciągnąłem się głęboko dymem, aż mi troszkę świat
        zawirował. Ten mały świat w tym cuchnącym pokoju.
        - Mamy pewne informacje, że może pan coś wiedzieć na temat wczorajszego zajścia
        i morderstwa Teddyego Foura. Chciałbym, aby podzielił się pan z nami, bo zależy
        nam na ujęciu sprawcy.
        - A skąd taki wniosek, że coś o tym wiem.
        - Bo cię tam widziałem ty mała gnido. - Uniósł się nagle Munky.- Nie znoszę
        takich jak ty.
        - A ja takich jak ty, duża gnido.
        Twarz Munkyego zmieniała się w bardzo szybkim tempie.
        - Ej Love, powiedz kapitanowi, żeby uważał, bo mu żyłka pierdząca pęknie.
        Love lekko się uśmiechnął, ale stanął po stronie swojego kolegi i oberwałem w
        twarz z otwartej. Na szczęście papierosa trzymałem w dłoni, więc nie poniosłem
        żadnej straty, oprócz szczypiącego policzka.
        - Co ty baba jesteś? Zniewieściałeś od siedzenia na dupie, że bijesz z
        otwartej. - Warknąłem prowokująco a on zamachnął się jeszcze raz, ale tym razem
        zacisnął pieść. Tego się spodziewałem. Prowokowani ludzie popełniają błędy.
        Zrobiłem lekki unik i jego nadgarstek zatrzymał się za moją szczęką. Szybkim
        ruchem oparzyłem go w przegub. Syknął z bólu i złapał się za niego drugą
        dłonią.
        - Oj przepraszam, myślałem, że chcesz mi peta zabrać.
        Ilhan wstał, nie wytrzymał i zapragnął przerwać tą farsę.
        - Panie Vulture niech pan z nami współpracuje, bo wsadzimy pana za utrudnianie
        śledztwa.
        Popatrzyłem na niego z zapytaniem w oczach, czy on tak na poważnie gada.
        - Widziano pana jak się pan pojawił na miejscu zbrodni.
        - Tak, byłem tam. - Przerwałem mu. - Ale niestety dobro mojego klienta nie
        pozwala mi się mieszać do tej sprawy, bo może ona mu zaszkodzić. To morderstwo
        jak na razie nie jest związane z prowadzoną przeze mnie sprawą, więc nic do
        powiedzenia więcej nie mam.
        - Ty się tu nie zastawiaj tajemnicami. - Odezwał się ponownie Munky, po czym
        zerknął na Love'a masującego sobie nadgarstek. - Idź sobie to opatrzyć, i
        przestań się tak dziwnie dotykać. Wyglądasz jak...
        - Pedał. - Dokończyłem. Miałem ochotę mu jeszcze raz przyłożyć. Ale niestety
        nie było mi to dane, bo gdy już szykował się do zaatakowania mnie Ilhan
        zatarasował mu drogę i skinięciem głowy nakazał wyjście. Ten spokojnie wyszedł
        odprowadzając mnie wzrokiem. Wiedziałem, że jeszcze sobie pogawędzimy, ale
        miałem nadzieję, że nie dzisiaj, bo zapragnąłem dzień spędzić w raczej
        pokojowym nastawieniu do życia.
        - Tak więc nie chce pan z nami współpracować?
        - Nie bardzo z wami. Szczególnie z nimi, z panem mogę pogadać jutro. Bo sądzę,
        że jakieś informacje, które uzyskam prowadząc śledztwo w tej drugiej sprawie,
        mogą wam pomóc.
        Musiałem coś im dać, bo bez pardonu by mnie przymknęli. Oni lubią takie twarde
        zagrywki. Ilhan popatrzył się na mnie uważnie, potem zerknął na siedzącego za
        biurkiem brzydala, który znów się zmieniał na twarzy. Znów spojrzał na mnie i
        rzekł:
        - Proszę się stawić jutro o 12 u mnie w biurze. Jeżeli pana nie ujrzę,
        porozmawiamy inaczej.
        - Mogę już iść? - Zapytałem podnoszę swój ciężki zad.
        - Spadaj. - Odbąknął Munky.
        Wyprostowałem nogi, zaciągnąłem się po raz ostatni i powoli zacząłem dogaszać
        papierosa w jego popielniczce. Upajałem się widokiem jego twarzy. Nie wiem o co
        chodziło, ale nawet słowem nie powiedział tylko zagryzał wargę. Normalnie już
        bym leżał skuty na ziemi i przygnieciony bandą mundurowych. To było
        zastanawiające. Dogasiłem, zrobiłem w tył zwrot i po chwili znalazłem się na
        korytarzu. Czym prędzej chciałem się wydostać z tego zapomnianego przez
        uczciwość miejsca.

        Rozdizał 3 jutrosmile
    • aric P.I. Vulture - Rozdział 3 29.05.03, 10:40
      3.

      Jeszcze kilka kroków i świeże powietrze. Upał ale jakże przyjemny, niczym bryza
      znad jeziora. Rozejrzałem się dokoła w poszukiwaniu Signa, ale nie dojrzałem
      jego szczupłej sylwetki. Wsiadłem więc do wozu i pojechałem odwiedzić Madee
      Four. To nie mogła być przypadkowa śmierć, a ona wiedziała na pewno więcej niż
      mi powiedziała.
      Podjechałem od głównego wejścia. Nie było radiowozów a tajniaków nie
      odnotowałem. Na bramce nie było też wielkiego murzyna. Drzwi też były
      zamknięte. Obszedłem dokoła budynek. Z tyłu stał zaparkowany samochód. Więc
      ktoś jednak był w budynku. Podszedłem do tylnych drzwi i zapukałem, a raczej
      walnąłem pięścią kilka razy. Odczekałem kilka chwil, bez rezultatu. Złapałem za
      klamkę. Były otwarte.
      Wszedłem, w krótkim korytarzyku paliło się światło. Wszedłem do pokoju, na
      podłodze, którego widniała odrysowana konturówka nieobecnego ciała Foura.
      Postanowiłem zajrzeć do pokoju Zagadki, najpierw zastukałem, ale też nic się
      nie wydarzyło, więc brnąłem dalej poprzez drzwi. Gdy wszedłem siedziała na
      fotelu ze spuszczoną głową. Na podłodze leżała pusta szklanka, na stole stała
      butelczyna. Dotknąłem jej szyi, żyła w stanie nieważkości, uchlana na cacy.
      Złapałem butelkę i pociągnąłem solidny łyk. Dobrze smakowała, nie to co te
      uciszacze za nocnych sklepów za parę dolców. Postanowiłem troszkę poszperać
      zanim zacznę ją budzić. Bardziej interesował mnie pokój denata, więc tam
      wróciłem. Na pierwszy ogień poszły szuflady, komoda, półki ubrania. Dziesięć
      minut plądrowania i guzik. Szpargały nie mające znaczenia. Policja na pewno
      przetrząsnęła już cały pokój i jeżeli cos było na wierzchu to już tego nie ma.
      Usiadłem na chwile na krześle stojącym przy drzwiach do lokalu.
      - Coś musi tu być. - Powiedziałem na głos i zacząłem się przyglądać temu, co na
      pierwszy rzut oka wydaje się być nie istotne.
      Obrazy, sejf, przyszło mi na myśl. Dopadłem wszystkich w mgnieniu oka, ale
      żadnych metalowych drzwiczek z pokrętłami nie znalazłem. Usiadłem ponownie. Co
      przeoczyłem? Nagle mój wzrok przykuło lustro. Zobaczyłem swoje odbicie i
      zacząłem się w nie wpatrywać. Jakbym samego siebie pytał czy coś jest takiego w
      tym lustrze, że się mu przyglądam. Odpicie odpowiedziało tą samą miną. Wstałem
      i podszedłem do szklanej tafli imitującej mnie samego. Na jego brzegu znalazłem
      pięć wolnych od kurzu prostokątów. Reszta powierzchni była zakurzona.
      Fotografie, pomyślałem, ale pewnie je zabrali. Czy aby wszystkie? Zdjąłem
      lustro ze ściany. Odwróciłem i opanowała mnie radość. To jest takie uczucie co
      przychodzi bardzo rzadko, ale daje w tym zawodzie chwile zapomnienia. Twardy
      detektyw ze swoją małą radością. Na odwrocie lustra, do dykty przyklejona była
      fotografia. Gliny zadowoliły się pewnie fotkami widocznymi na pierwszy rzut
      oka. Munky to partacz, ale miał pewnie mało czasu na porządki.
      Fotografia przedstawiała trzy kobiety. Były w różnym wieku. Pierwsza była
      jeszcze dzieckiem, jakieś trzynaście, czternaście lat, drugą była znajoma z
      fotografii danej mi przez Madee. Trzecia miała jakieś 30 lat. Były do siebie
      podobne, więc założyłem, że są siostrami. Schowałem zdjęcie do kieszeni,
      odwiesiłem lustro i wróciłem na ululanej kobiety ze zwieszoną głową.
      Ująłem dłonią jej podbródek i spojrzałem na twarz, coś w niej zgasło. Miała
      rozmazany makijaż i wydawała się bardzo typowa. Potrząsnąłem ją, ale nie
      przyniosło to skutku. Nie było sensu tracić z nią czasu. Miałem znajomego
      lekarza, więc postanowiłem do niego pojechać. Wziąłem ja na ręce i wyniosłem z
      pokoju. Na wieszaku znalazłem klucz do tylnych drzwi a w jej torebce kluczyki
      do samochodu. Ciekawość zaglądania do damskich torebek była czasem moją
      słabością. Nic jednak ciekawego tam nie znalazłem.
      Wyszedłem z budynku i zamknąłem drzwi. Klucze mogły się przydać, więc schowałem
      do kieszeni. Zamknąłem jej samochód i zaniosłem ją do siebie. Przelewała się
      przez ręce. Zastanawiałem się czy czegoś nie przyćpała, albo nie zażyła jakichś
      prochów. Wpakowałem ją na tylne siedzenie i ruszyłem z miejsca buksując lekko
      kołami. Ten mój znajomy, John Null był kiedyś lekarzem sądowym i nie jeden raz
      razem pracowaliśmy. Teraz był na emeryturze i wraz ze swoją wieloletnią
      małżonką odpoczywał w domku na peryferiach miasta. Dotarłem w dwadzieścia minut
      do jego miejsca zamieszkania. Madee w tym czasie zaczęła lekko rzęzić, a jej
      oddech stawał się niespokojny. Jak tylko zajechałem pod dom, migiem wyciągnąłem
      ją z samochodu i stanąłem pod drzwiami wejściowymi naciskając dzwonek. Po
      chwili w drzwiach ukazała się Marty Null, pieszczotliwie nazywana przeze mnie
      Martolką, i nie pytając o nic wpuściła mnie do środka. Była młodsza od Johna o
      prawie 20 lat, a John zawsze się wkurzał, gdy mówiłem tak na jego żonę.
      - Oj, znów Cię widzę w sytuacji wymagającej głębszej analizy. - Uśmiechnęła się
      i zawołała na męża: - John mamy gościa.

      c.d.n. za czas jakiś
      • ilhan Re: P.I. Vulture - Rozdział 3 29.05.03, 11:38
        aric napisał:

        > c.d.n. za czas jakiś

        Myślę, że on już nadszedł zdecydowanie smile)
      • aric P.I. Vulture - Rozdział 3 c.d. 29.05.03, 12:07
        Gdy John Null zdążał w kierunku salonu ja ułożyłem Madee na kanapie.
        - Przepraszam was za najście, ale nie chciałem jej wieźć do szpitala. Jest
        teraz osoba lekko publiczną. - Popatrzyłem na Martolkę, miała w oczach
        nieskończoną ilość wyrozumiałości. Kiedyś często bywałem w ich domu. Miło
        wspominam te chwile, chociaż czasy nie bardzo. W ogóle okres służby chciałbym
        wymazać z pamięci. Do pokoju wszedł wreszcie John.
        - Cześć, jak zwykle przynosisz cos ze sobą, ale zdecydowanie wolałbym, żeby to
        była jakaś butelka tudzież dobre cygaro. Marty daj gościowi się napić czegoś,
        bo widzę, że zdenerwowany jest. - Marty spojrzała na niego karcącym
        spojrzeniem, ale spełniła prośbę, a ja nie odmówiłem, chciałem się napić. Aż
        żal mi było, że nie zabrałem butelki ze stolika Madee. Mój przyjaciel natomiast
        nachylił się nad leżącą na kanapie Zagadką. - Cóż my tu mamy? Chyba pójdę po
        torbę, a ty mów, co jest grane.
        - Nie mam pojęcia, na początku myślałem, że się upiła, ale później zacząłem
        przypuszczać, że czegoś się nałykała. To jest Madee Four.
        Null wracając z torbą popatrzył na mnie.
        - No to nieźle wdepnąłeś. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę kim był Four?
        - Hmmm, nie bardzo...
        - No to masz zaległości kolego. Dawno tu nie zaglądałeś. Oprócz tego, że był
        właścicielem lokalu, był też adwokatem Grega Corra, posadzonego o molestowanie
        nieletnich. Jeżeli jego śmierć ma coś wspólnego ze śmiercią tego drugiego to
        wdepnąłeś w niezłe gówno.
        Gdy Null oglądał jej źrenice, ja zamyśliłem się na chwilkę. Coś nie dawało mi
        spokoju. Czyżby ta sprawa miała się nie skończyć tylko na poszukiwaniu Aislin?
        - Co z Madee? - Zapytałem nagle.
        - Prochów nie łykała ale ululana na amen. Dam jej środek, który spowoduje
        wymioty. - Pogrzebał w torbie i wyjął fiolkę z przezroczystym płynem oraz
        strzykawkę. - Ale zanim dojdzie do siebie to zarzyga nam pół łazienki i będzie
        spała z siedem, osiem godzin. Musiała wypić dużo w krótkim czasie. Jest niczym
        worek.
        Porównanie Madee do worka nie wydało mi się zbyt przyjemne, ale nie wnikałem w
        określenia i czyny Johna, dopóki chciał jej pomóc.
        - A co wiesz o tym Corre, coś mi się obiło o uszy. Ale niekoniecznie wiem o co
        chodziło.
        Marty przyniosła szklaneczki napełnione płynem. Sobie też zrobiła.
        - Corr był radnym, ale jakaś panienka go oskarżyła o molestowanie jej siostry. -
        Tym razem odezwała się Martolka podając mi szklankę.- Niestety towarzystwo
        wzajemnej adoracji pokazało swoje pazurki i biedna dziewczynka i jej siostra
        zostały oszkalowane i zbesztane za bezpodstawne pomówienie.
        - A dawno to było?
        - Nie bardzo. Nie dawniej niż miesiąc temu.
        Ciągle siostry. Układanka zaczynała mi się powoli układać. Czas odwiedzić Berry
        i Sighna, ale najpierw powrót do lokalu Foura. Musiałem jeszcze cos znaleźć.
        Tym razem chciałem poszperać w rzeczach Madee. Wypiłem duszkiem płyn
        rozgrzewający i założyłem kapelusz.
        - Muszę lecieć. Przyjadę wieczorem i proszę o dyskrecję. - Wstałem z krzesła,
        na którym mimochodem usiadłem, nawet nie wiedziałem kiedy. - Przepraszam was za
        kłopot i na pewno się odwdzięczę.
        - Ha, gdybyś miał spłacić swoje długi to by ci życia nie starczyło na
        odpracowanie przysług. - Powiedziała Marty ironicznym tonem. John natomiast
        podnosił bezwładne ciało z kanapy. Machnął mi ręką i zaczął ciągnąc Madee w
        kierunku łazienki.
        Podniosłem lekko dłoń, chciałem coś powiedzieć, ale jakoś nic mi do głowy nie
        przychodziło, pociągnąłem więc dwoma palcami po rondzie kapelusza i wyszedłem.
        Pierwszą myślą było zapalić papierosa. Co pomyślałem, uczyniłem. Następnie
        wsiadłem do samochodu i udałem się tam skąd przed chwilą przyjechałem.

        Rozdział 4 jutro o tej samej porze, chyba, żeby się pojawiły jakieś prostesty.smile
    • aric P.I. Vulture - Rozdział 4 30.05.03, 10:01
      4.

      W głowie kłębiące się myśli zaczynały się układać w jakąś logiczną całość.
      Jedno mnie tylko dziwiło, dlaczego Madee Four zleciła mi tą sprawę. Co łączyło
      ją z tymi siostrami? Czemu zapłaciła tyle pieniędzy za odnalezienie Aislin. Ale
      podsumowując to co mam. Aislin ma dwie siostry, znika trzy dni temu, a wczoraj
      ginie Four. Miesiąc wcześniej ginie Greg Corr. Związek ze sprawą mają dwie
      siostry, ale czy te dwie siostry są także siostrami Aislin? Założyłem, że tak.
      Ale potrzebowałem jeszcze kilku kawałków tej układanki i dalej nie miałem
      zielonego pojęcia, co miała wspólnego z tym Madee.
      Po trzydziestu minutach znalazłem się znów przy lokalu. Samochód Madee samotnie
      stał z tyłu, ale moja intuicja podpowiadała, że tym razem kogoś spotkam.
      Zaparkowałem i wyłączyłem silnik. Zgasł jakby zdmuchnięto świeczkę, nagle, ale
      nie bez pozostawionego zapachu. Wyjąłem gnata i sprawdziłem magazynek.
      Schowałem z powrotem i wysiadłem z auta. Zrobiło się jakby chłodniej.
      Podszedłem do drzwi i już miałem włożyć klucz do zamka, gdy dopadł mnie nagły
      przebłysk świadomości, cos się stanie, pomyślałem. Ale pomyślałem za późno.
      Urwał mi się film. Ostatnie co pamiętam to walące w moją twarz drzwi. A później
      ciemność.
      Świadomość wróciła bardzo powoli. Napuchnięty, niedrożny nos miał na mój gust
      wielkość dorodnego strusiego jaja. Nie mogłem przez niego oddychać. Powoli
      otworzyłem oczy. Siedziałem na krześle, ze skrępowanymi rękoma i nogami. Była
      to jakaś piwnica, a przede mną stało trzech facetów. Wyglądali całkiem groźnie.
      - Jesteś wreszcie.- Odezwał się jeden z nich. Stał najbliżej z czymś na kształt
      rurki w dłoni. - A już myśleliśmy, że sobie nie pogadamy.
      Podniosłem powoli głowę i spojrzałem na niego:
      - Masz papierosa? - Zapytałem.
      Wyjął paczkę z kieszeni spodni, wydobył z niej papierosa i włożył mi do ust. Po
      czym spokojnie podpalił. Cholera ciężko się pali nie używając rąk, tym
      bardziej, że chciałem jeszcze mówić w międzyczasie.
      - Powiedz mi Vulture, prywatny dupku, czy zawsze jesteś taki ciekawski? -
      Zapytał ten sam facet. - Odpowiedz mi, bo jestem ciekaw, jakiego faceta mamy
      sprzątnąć.
      - Zawsze złamasie. Taka moja robota. - Nie powiedziałem tego płynnie, bo szlug
      mi przeszkadzał, ale widocznie zrozumieli, bo dwóch pozostałych podniosło mnie
      do góry i zaczęło nieść po schodach. Trzeci powędrował za nimi. Najbardziej
      było mi szkoda papierosa, który upadł na ziemię w chwili, gdy mnie unosili.
      Smakował całkiem dobrze. Musiałem grac na zwłokę, potrzebowałem czasu, aby
      wydostać się tej opresji, jednak rysowała się przede mną marna perspektywa.
      Wyciągnęli mnie na jakieś podwórko.
      - A tak w ogóle, to, o co chodzi? - Zacząłem chyba niezbyt oryginalnie. - Tak
      drzwiami bez ostrzeżenia.
      Idący z tyłu facet odezwał się:
      - No cóż usłyszeliśmy jak ktoś podjeżdża i bęc. Nic prostszego. A co do powodów
      to wcale ciebie nie szukaliśmy, ani na ciebie nie czekaliśmy. Napatoczyłeś się
      sam. A teraz dostaniesz czapę. Nie lubimy łapsów, a ty jesteś wyjątkowo
      paskudny.
      Co ja miałem robić? Bania bolała mnie jak jasna cholera, nos był tak wielki, że
      zawadzał o podłogę. Żadnych myśli przychodzących do głowy. Postanowiłem
      spróbować jeszcze raz.
      - Szukam Aislin Pizmak. Zleciła mi to właścicielka tego lokalu, pod którym
      dostałem w twarz.
      Widać moje słowa coś dla nich znaczyły, bo nagle zamarli, a dwaj trzymający
      mnie faceci cisnęli mną o podłogę.
      - Co chcesz przez to powiedzieć. - Zapytał ten co cięgle gadał. - Co o niej
      wiesz?
      - Trochę wiem. - Odpowiedziałem leżąc sobie beztrosko z twarzą w piachu. - Ale
      chciałbym dotknąć swojego nosa, aby sprawdzić czy nie jest złamany.
      Wiadomo, który skonał głowa na dwóch pozostałych. Tamci nic nie mówiąc
      rozwiązali mi ręce i nogi. Wreszcie mogłem dotknąć swojego kluposa. Nie był
      złamany, ale dziurki miałem zapchane krwią. Cały byłem we krwi. Zachodziło
      jedno pytanie. Skoro mnie puścili to kim byli? Czyżbym mimochodem zyskał
      pomocników? Ale nie czas było na pochopne wnioski.
      - Nazywają mnie Czez, Farciarz, bo mam dużo szczęścia w życiu. Ale największym
      szczęściem w moim życiu było małżeństwo z Aislin. - Powiedział i podał mi rękę
      by pomóc mi wstać. Skorzystałem z pomocy. No pięknie, z tego zaczynała się
      robić rodzinna imprezka. - To są moi bracia. Przyjechaliśmy szukać mojej żony i
      jej sióstr.
      Więc dobrze kombinowałem. Trzy siostry, trzech braci. Tak jak w tym filmie,
      tylko tam chyba było ich siedmioro, ale mniejsza o to. Nie chciałem ich
      wtajemniczać we wszystkie znane mi fakty, ale musiałem im coś powiedzieć, żeby
      nie wpędzili mnie i siebie w kłopoty. Najgorsze było to, że pewnie są narwanymi
      chłoptasiami, którzy najpierw tłuką w pysk, a później pytają czy to pan
      przeleciał moją żonę? Doświadczyłem tego na własnym nosie.
      Podałem rękę pozostałym braciom i usłyszałem dziwne przezwiska. Ciekawe skąd
      pochodzili, że takimi dziwadłami się posługiwali. Świnki trzy, Czez Farciarz,
      Coop i Sroot. Kurde, gdzie ja byłem?

      c.d. już wkrótce...
      • aric P.I. Vulture - Rozdział 4 c.d. 30.05.03, 12:44
        - Może wy zaczniecie, chciałbym wiedzieć cos więcej o otoczce tej całej
        sprawy. - Wybąkałem próbując wymasować sobie nos.
        - Już od tygodnia nie miałem wieści od, Aislin, więc wybraliśmy się to miejsca
        jej pracy, by zasięgnąć języka, ale tam ani żywego ducha. Potem zjawiłeś się ty
        i mieliśmy cię wybadać, ale że nie lubimy władzy to chcieliśmy cię oddać matce
        ziemi.
        Popatrzyłem na nich po kolei. Smutne dzieciaki z motywacją godną
        pozazdroszczenia.
        - Ale tego zdjęcia nie znaleźliście? - Włożyłem rękę do kieszeni i wyjąłem
        zdjęcie sióstr. - A, i oddaj mi moja legitymację.
        Czez wziął do ręki zdjęcie i pokiwał głową. Oddał mi je wraz z portfelem.
        - Kim są te dwie pozostałe kobiety? - Zapytałem.
        - To moje szwagierki, ta młodsza to Nikka a starsza Kristine. Kristine miała
        się opiekować dziewczynkami po śmierci ich matki. Wyjechały, bo Aislin i
        Kristine dostały pracę w Los Angeles. Ja niestety nie mogłem opuścić farmy i
        rodzinnego interesu, którym kieruję. - Nagle spuścił głowę. - Jakiś miesiąc
        temu...
        Przerwałem mu i uciszyłem gestem ręki.
        - Wiem co się stało, nie musisz o tym mówić. Po tej sprawie zginęło dwóch ludzi
        z nią związanych, a bagno wokół robi się coraz bardziej grząskie. Wiesz czym
        się zajmowała Kristine?
        Pokiwał potwierdzająco głową.
        - Była asystentką niejakiego Corra. Ale znikła po tej sprawie, a mała Nikka
        zamieszkała z Aislin. Miały wrócić do domu dwa tygodnie temu, ale jakoś nie
        dotarły. Przyszła tylko wiadomość, że znów są razem, ale muszą zmienić
        mieszkanie.
        No to już wyglądało lepiej. Nabierało sensu. Spojrzałem na zegarek. Na dworze
        było już ciemno, a ja musiałem zajrzeć w dwa miejsca.
        - Muszę jechać, mam pomysł jak odnaleźć twoją żonę i jej siostry. Ale niestety
        muszę jechać sam.
        Czez spojrzał na mnie i nic nie powiedział. Wiedziałem, że będą chcieli mi
        towarzyszyć. Ale dla ich i swojego dobra musiałem ich odizolować od całej
        sprawy.
        - Gdzie mieszkacie?
        - W hotelu.
        - No to jedźcie tam. To jest moja wizytówka. - Wyciągnąłem z portfela papierowy
        prostokącik z nadrukowanym nazwiskiem mojej osoby i numerem telefonu. - Pewnie
        jutro będziemy potrzebować siebie nawzajem, ale dziś jedźcie się wyspać, albo
        kupcie butelkę i sobie chlapnijcie. Muszę sprawdzić parę rzeczy. Zadzwońcie do
        mnie jutro przed 10.
        Fart wziął wizytówkę i znów przytaknął bez słowa.
        - A tak w ogóle to gdzie jesteśmy? I gdzie mój samochód? - Zapytałem na
        obchodne.
        - Stoi za domem, wraz z tym drugim. - Tym razem odezwał się Coop. Miał bardzo
        młody głos, był dobrze zbudowany, ale wyglądał nie więcej jak na siedemnaście
        lat.
        Rzuciłem krótkie o.k. i odszedłem. Zachodząc za dom zerknąłem w ich kierunku.
        Ciągle tam stali odprowadzając mnie wzrokiem. Gdy doszedłem do samochodu,
        zacząłem się obmacywać po kieszeniach w poszukiwaniu kluczyków. Nie miałem ich
        przy sobie. Złapałem za klamkę drzwiczek, były otwarte, a kluczyki tkwiły w
        stacyjce. Nie bardzo wiedziałem gdzie się znajduję, ale każda droga musi dokądś
        prowadzić. Miałem tylko nadzieję, że zdążę dotrzeć do Johnego i Berry w
        niedługim czasie.

        c.d.n. w poniedziałek.smile
    • aric P.I. Vulture - Rozdział 5 02.06.03, 12:22
      5.

      Zawróciłem i wyjechałem na drogę prowadząca donikąd. Musiałem zapamiętać to
      miejsce, by wrócić tu po samochód Madee, chyba, że odstawią go na miejsce, a to
      jest nawet prawdopodobne. Jadąc przed siebie minąłem zmierzających powoli w
      kierunku szopy braci. Gdzie byłem, pojęcia nie miałem. Po kilkuset metrach
      jazdy po polnej drodze dotarłem do jakiegoś światła. Stacja benzynowa, przy
      szosie. Zatrzymałem się i postanowiłem zatankować. Na ławeczce siedział starszy
      mężczyzna popijający z butelki owiniętej w papierowa torebkę. Zatankowałem,
      poszedłem zapłacić, a wychodząc zatrzymałem się przy ławeczce. Wyciągnąłem
      papierosy i poczęstowałem siedzącego dziadka. Wziął chętnie i włożył sobie za
      ucho, ja odpaliłem od razu. Zupełnie zapomniałem, że na stacji nie wolno palić,
      ale co tam, jak miało wybuchnąć to już dawno powinno, bo kobita za ladą,
      przyjmująca pieniądze smażyła jednego za drugim.
      - Jak się zwiecie dziadku? - Zapytałem mimochodem, nie oczekując odpowiedzi.
      Ale jednak ją usłyszałem.
      - Coal, hehe, Chamber Coal. Tfu, hm, taaaa...
      No cóż przedstawiłem się mu również skoro okazał się przyjaznym pijaczkiem.
      - A tak przy okazji, jak dojadę do Bay City? - Zagadnąłem ponownie, a na jego
      twarzy pojawił się rezolutny bezdźwięczny chichot.
      - Jedź pan sto coś kilometrów, hm, tfu, na północ. Hihihihi, dużo, fajny nos.
      Hihihihi. - I pociągnął z flachy, a ja dałem spokój. Na północ, sto kilometrów.
      Dwie godziny jazdy. Mało czasu. Ruszyłem niczym goniony przez rzeźnika kogut.
      Obrałem kierunek północ.
      I znów zebrało mi się na myślenie. Trzy siostry, trzech braci. Dwa morderstwa.
      Jak na mój nos była to za prosta sprawa. Z tego co się dowiedziałem mogłem
      przypuszczać, że sprawcą obu morderstw była Aislin albo jej starsza siostra, i
      było by po krzyku. Wystarczy znaleźć biały kabriolet i mamy sprawcę, ale coś
      tutaj nie pasowało. Brakowało tego jednego wielkiego szczegółu. Zawsze jest
      ktoś, kto wie o wszystkim i trzyma rękę na pulsie. Czarny charakter. Gdzie się
      schował? Zginęło dwóch ludzi, a ich przyjaciele nie szukają podejrzanych. Coś
      było nie tak. Jeżeli Kristine zabiła swojego szefa, to dlaczego jeszcze
      chodziła po ziemi, a raczej jeździła. I jeżeli ona zabiła Foura to dlaczego
      Sighn nic nie wspomniał, że wpadli na trop samochodu, który mu opisałem. Czegoś
      tu brakowało i miałem przeczucie, że niebawem dowiem się czego. I jeszcze coś
      nie dawało mi spokoju, kim była Madee, bo właściwie o niej nic nie wiedziałem.
      Madee Zagadka, ciekawe przezwisko. Dlaczego się tak mocno zaangażowała w tą
      sprawę?
      Jechałem tak i jechałem a ciemność wokół mnie zaczynała się powoli rozjaśniać.
      Nie tylko od palonych przeze mnie papierosów, ale od łuny światła widocznej w
      oddali. Zbliżałem się do miasta, a nos mnie bolał jak jasna cholera. Minęło
      jakieś pół godziny, zanim wjechałem na jasno oświetlone ulice. Jak mogłem
      najszybciej skierowałem się go domu Johnego. Wczesną porą to tej godziny nazwać
      nie było można. Było niewiele przed północą, gdy zastukałem do drzwi jego domu.
      Poczekałem chwilę, wewnątrz paliły się światła, więc ktoś w domu był. Wreszcie
      usłyszałem szuranie i ktoś zaczął otwierać drzwi. Była to Berry. Lekko zaspana.
      - Co jest do jasnej ciasnej? - Zapytała.
      - Jest Johny?
      - Śpi. A pan kto?
      - Jestem jego kumplem. Nazywam sie Vulture. Byłem z nim umówiony, ale trochę mi
      zeszło.
      Popatrzyła na mnie uważnie. Najbardziej ją ciekawił mój nos. Zaprosiła mnie
      wreszcie do środka.
      - Zaraz go obudzę, dziś mam wolne, bo zamknęli tą cholerną spelunę. -
      Wprowadziła mnie do salonu. - Johny mówił, że ktoś ma przyjść, ale sądziłam, że
      normalni ludzie to zaglądają troszkę wcześniej.
      - Widać ja się do nich nie zaliczam. - Odparłem. A ona tylko popatrzyła i udała
      się w kierunku sypialni. - Mogę dostać trochę lodu? - Zawołałem do jej placów,
      znikających za futryną drzwi. Nie wiem czy usłyszała, bo nawet nie mruknęła.
      Ja natomiast usiadłem sobie i zapaliłem, nie wiem którego, papierosa.
      Trzy minuty później pojawił się Sighn, wyglądał jakby go sprowadzali z
      Tajlandii. Przywitał się ze mną i usiadł naprzeciw mnie przecierając zaspane
      oczy.
      - Też nie masz kiedy przychodzić, a mamy do pogadania.
      Za chwilę weszła Berry, jednak mnie usłyszała, bo przyniosła mi woreczek z
      lodem. Aż mi się błogo zrobiło, gdy go przyłożyłem na swój powiększony organ.
      - Wiesz cos o białym kabriolecie?
      - Poszperałem trochę. W Bay City jest tylko jeden, który jest zarejestrowany na
      kobietę. Właścicielka jest... - Sięgnął do marynarki leżącej na oparciu
      krzesła, na którym siedział. Wyciągnął notes. - I tu zaczyna robić się
      ciekawie. Kristine Pizmak, ale nie ona jest właścicielem. Jest to jakby
      samochód firmowy zarejestrowany na nią. Właścicielem jest, a raczej był Corr.
      Nie usłyszałem nic nowego, i nie o to mi chodziło w tej chwili.
      - Ale dlaczego jeszcze jej nie szukano?
      - Bo dostałem polecenie służbowe, abym trzymał język za zębami, a oni załatwią
      to po cichu.
      - Oni? Jacy oni?
      - Ci, których spotkałeś dzisiaj w południe. Ale jest ktoś jeszcze, kto pociąga
      za sznurki.
      Zastanowiłem się przez chwile, więc jest jednak czarny charakter w tej sprawie,
      tylko czy naprawdę był zły?
      - Ok, więc kto to jest i jaki jest jego związek z całą sprawą?
      - Tego do końca nie wiem. Wiem tylko, że nazywa się Di'aric i był wspólnikiem
      Corra w interesach, a Four był ich obu adwokatem. Munky i Love często kręcili
      się koło nich. Natomiast Ilhan dostał te sprawę z samej góry. Podejrzewam, że
      on ma z nich wszystkich najczystsze ręce.
      Najczystsze może, ale czy na, tyle, aby mu zaufać.

      c.d. niebawemsmile
      • aric P.I. Vulture - Rozdział 5 c.d. 03.06.03, 09:03
        Rozejrzałem się w poszukiwaniu Berry, stała oparta o futrynę drzwi i
        przyglądała mi się. Nasze spojrzenia się spotkały i nie wiedziałem czy mam
        sobie pójść czy wysłuchać tego, co mogła by mi powiedzieć.
        - Dobra dzięki, mam już jakiś obraz całej sprawy. Jutro idę na spotkanie z
        Ilhanem, może tam się wszystko wyjaśni. - Znów spojrzałem na Berry. - Chciałbym
        cię o coś zapytać.
        - A ja nie wiem czy chcę cię tu widzieć. - Szybko rozwiała moje wcześniejsze
        wątpliwości, ale ni mogłem wyjść, bez adresu, pod którym znajdę trzy ukrywające
        się siostry.
        - Tylko jedno, gdzie są Aislin i jej siostry?
        Twarz Berry pozostała niewzruszona, natomiast twarz Sighna nagle skamieniała.
        Widać było, że nie ma pojęcia, o czym mówię. Odwrócił się z pytającym grymasem
        w jej kierunku, ale milczał. Berry nic nie powiedziała, tylko znikła. Jakby
        powietrze nagle zgęstniało, a gdy wróciło do normy jej ciało wyparowało.
        - Co jest grane, jakie siostry? Kim są te siostry?
        - Aislin, Kristine i Nikka Pizmak, trzecia najmłodsza siostra, którą
        prawdopodobnie Corr molestował. I prawdopodobnie dlatego też zginął. Od tego
        się chyba wszystko zaczęło.
        Nagle znów pojawiła się Berry, dała mi karteczkę z adresem. Ciągle te
        karteczki. Zmowa czy co? A gdy podniosłem głowę po przeczytaniu adresu znów jej
        nie było. Dziwne uczucie, jakbym obcował z duchem. Ale chyba nim nie była, bo
        planowała wyjść za mąż. Zgniotłem skrawek papieru i schowałem do kieszeni.
        - Idź spać. I bądź jutro u Ilhana o 12, będę cię potrzebował.
        Sighn tylko siedział i patrzył się w próżnię. Albo myślał, albo zmęczenie go
        wessało w stan apatii. Nie było sensu tak siedzieć, wiedziałem co chciałem i
        czas było ruszać do państwa Null. Zostawiłem tam coś, co wymagało głębszej
        analizy. Jak wychodziłem Johny sobie siedział i się lekko kiwał, jakby dopadła
        go niewiadomo skąd choroba sieroca. Nawet nie mrugnął jak powiedziałem dobranoc.
        Do rezydencji państwa Null dotarłem po 15 minutach. Drogi były puste, więc
        sobie wskazówki szybkościomierza nie żałowałem. Światło się paliło, chociaż
        było już grubo po północy. Nawet nie musiałem pukać, bo nagle drzwi się
        otworzyły i Martolka wpuściła mnie do środka.
        - No wreszcie jesteś. Co ci się stało z twarzą?
        - Miałem nieoczekiwane spotkanie z pewnymi drzwiami, ale już mniej boli.
        Bez słowa poszła do kuchni po porcję lodu, bo ta, która trzymałem w ręku
        zaczynała zamieniać się w płyn. Wszedłem do salonu, gdzie Madee siedziała z
        Johnem. Jak mnie zobaczyła jej białe oczy trysnęły radością. Nie wiedziałem czy
        ustoję na nogach, gdy wpatrywałem się w jej twarz. Była lekko zmęczona, ale
        nigdy wcześniej nie wydała mi się piękniejsza.
        - Dziękuję i przepraszam za kłopot. - Wyszeptała, a ja mogłem się jedynie
        uśmiechać idiotycznie.
        - Dobrze już, ale teraz czas się odwdzięczyć. John, dziękuję ci za pomoc. Ale
        czy mogę jeszcze trochę jej nadużyć?
        John uśmiechnął się i pokręcił głową z lekką rezygnacją. Wstał, postawił
        butelkę whisky na stoliku i powiedział:
        - Może spać na kanapie, ja się już kładę, bo jestem lekko zrąbany.
        Po chwili przyszła Marty niosąc torebkę z zimnymi kostkami.
        - Tylko nie siedźcie długo. A ty przestań się wplątywać w te historie, bo
        kiedyś dostaniesz po głowie o jeden raz za dużo. - Uśmiechnęła się i wyszła.
        Nalałem sobie duży łyk i wysączyłem powoli. Madee usiadła, a ja przycupnąłem
        obok niej.
        - Teraz będzie chwila prawdy. - Zacząłem tonem dyskutanta na posiedzeniu
        zarządu podupadającej firmy. - Co jak i dlaczego, i bez ale, hmm i tak dalej
        proszę.
        Popatrzyła na mnie spode łba i zaczęła mówić:
        - Moja przyjaciółka z dzieciństwa i ja dostałyśmy pracę w Los Angeles
        praktycznie w jednym czasie.
        - Czy tą przyjaciółką jest Kristine Pizmak?

        c.d. z czas niedługi
        • aric P.I. Vulture - Rozdział 5 c.d. 03.06.03, 14:39
          Popatrzyła na mnie jakby z zapytaniem, skoro wiesz to po co pytasz. Ale tylko
          przytaknęła głową.
          - Ja dostałam pracę jako tancerka, ona jako asystentka Grega Corra. Wszystko
          było w porządku. Ale tylko jakieś trzy tygodnie. Ja zaprzyjaźniłam się z moim
          szefem, wtedy jeszcze nie mężem, a ona ze swoim. Zależało mi na pieniądzach,
          więc szybko wpadłam w sieć Teddyego i zgodziłam się za niego wyjść. Wiem, że to
          dziwne, ale dość miałam życia na farmie ojca, gdzie ciężko było związać koniec
          z końcem. Z trudem skończyłam szkołę a Kristine była bardzo zdolna i skończyła
          nawet studia prawnicze za stypendium. Traf chciał, że jednocześnie dostałyśmy
          pracę i w dodatku pracowałyśmy u znających się szefów. Po moim ślubie z Fourem,
          ściągnęliśmy do pracy Aislin i małą Nikką, żeby posłać ją do szkoły. I wszystko
          było jak w bajce. Spotkania, szampan towarzystwo z wyższych sfer. Zaczęło się
          psuć, jak Kristine zaczęła zapraszać Corra do siebie do domu. On bardziej
          interesował się Nikką niż nią samą. - Na chwilę się zatrzymała. Słuchając jej
          układałem sobie to wszystko w głowie i jak na razie pasowało jak ulał. - Po
          jakimś tygodniu Nikka zwierzyła się, Aislin, że Corr ją odwiedzał i robił jej
          różne rzeczy, strasząc, że jeśli się wygada to może zrobić krzywdę jej
          siostrom. Aislin powiedziała Kristine, a ta rzuciła pracę i pozwała go za
          molestowania. Jednak Teddy zamienił całą sprawę w farsę i przerobił wszystkich
          tak, że posądzono ją o próbę wyłudzenia pieniędzy. Sprawę umorzono, a Kristine
          znikła, niewiadomo gdzie. Kilka dni później znaleziono Corra z kulką w głowie z
          pistoletu małego kalibru. Tego dowiedziałam się od znajomego. - Tutaj
          westchnęła sobie ze smutkiem. - Aislin zatrzymała pracę, a ja poprosiłam męża,
          aby dano dwóm pozostałym dziewczynom spokój. Na szczęście Aislin przyciągała
          klientów, więc Teddy nie miał zastrzeżeń do mojej prośby. Wiele razy pytałam ją
          gdzie jest Kristine, ale nie chciała ze mną rozmawiać, a cztery dni temu
          znikła. A ja z poczucia obowiązku wynajęłam detektywa, którego polecił mi
          prokurator Ilhan. I tyle, więcej nie wiem, ale bardzo bym chciała wiedzieć.
          Zastanowiłem się przez chwilę. Kristine znikła, ale jakoby tydzień temu się
          odnalazła. I wszystkie siostry były razem. Ciągle czegoś brakowało, ale miałem
          nadzieję, że do rana się to coś znajdzie.
          - A mówi ci coś nazwisko Di'aric?
          Popatrzyła na mnie ze strachem w oczach. Napełniła szklankę alkoholem i
          wychyliła jednym duszkiem. Lubiłem jak kobiety piją, ale to mnie wprawiło w
          osłupienie.
          - Co się stało, przestraszyło cię jego nazwisko?
          - Nie chce o nim więcej słyszeć. - Nalała sobie drugi raz, ale tym razem piła
          powoli. - Ale jak już to nazwisko padło, to coś ci powiem. Nigdy nie spotkałam
          bardziej obrzydliwego faceta. Był cichym wspólnikiem Corra, a mój mąż razem z
          tym warchołem Munkym pracowali dla niego. Ostatni raz widziałam go jakieś pięć
          dni temu. Przyszedł wtedy do baru i rozmawiali z Teddym w jego pokoiku. Mogę
          się tylko domyślać o co im chodziło.
          - A co cię w nim tak odrzucało?
          - Głównie to, że zajmował się ciemnymi interesami, nie szanował kobiet i nie
          zdziwiłabym się gdyby był zamieszany w zabójstwo Corra i Teddyego.
          Też bym się nie zdziwił. Wiedziałem praktycznie wszystko, co wiedzieć chciałem.
          Zarysował mi się w głowie obraz całej afery. Ofiary i zwycięzcy, który
          przemienił się w ofiarę. Trzech kobiet walczących o przetrwanie, umęczonej
          Madee, obwiniającej się za nieszczęścia tego świata. I wreszcie skorumpowanych
          tego miasta, z których jeden leżał w miejskiej kostnicy. Nie potrzebowałem
          nawet koronera, by zapytać o jakieś ciekawe rewelacje. Obaj dostali w głowę z
          damskiej broni. Wiele kobiet mnie otaczało, wiele umartwionych, smutnych i
          niebezpiecznych. Czas było złożyć wizytę siostrom.
          I znów musiałem się udać poza granice miasta. Zaczynało mnie męczyć to ciągle
          jeżdżenie w kółko, od jednego domu do drugiego, od knajpy do szopy na odludziu.
          Podróżowałem jak za młodzieńczych czasów, ale czy tak samo dobrze się bawiłem?
          Z tego wszystkiego dopiero teraz przypomniałem sobie o tym, że obiecano mi
          zapłacić więcej. Jednak, gdy spojrzałem na smutną twarz Madee zaniechałem
          poruszania tego tematu.
          - Muszę iść. Wrócę ok. 10. Myślę, że do tej pory wiele się wyjaśni.
          - Musisz iść? - Zapytała takim głosem, że zmiękłem w jednej chwili. - Może byś
          został, nie chcę być sama?
          Jak magnes moje suche wargi ciężyły w jej kierunku. Musiało to dość dziwnie
          wyglądać jak facet z rozkwaszonym nosem chce pocałować smutną kobietę. Niestety
          musiałem się powstrzymać.
          - Musze iść. - Powtarzałem się, miałem tylko nadzieję, że ona tej frazy znów
          nie przerobi na pytanie. Milczała jednak. - Wiem gdzie jest Aislin i jej
          siostry. Muszę tam jechać, bo nie wiadomo jak długo ich miejsce pobytu będzie
          tajemnicą. Mam dziwne przeczucie, że ta noc będzie jeszcze długo trwała.
          Nic się nie odezwała tylko napiła się kolejnego łyka płynu ze szklanki. Ja
          wstałem i odłożyłem swoja. Wziąłem do ręki kapelusz i udając twardszego niż
          byłem wyszedłem. Standardowa zagrywka, ukryć uczucia pod płaszczem twardziela.
          Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi uszła ze mnie para a ja stałem się na powrót
          zwykłym człowiekiem.


          rozdział 6 już jutrosmile
    • aric P.I. Vulture - Rozdział 6 04.06.03, 14:53
      6.

      Zapaliłem papierosa i wciągając dym rozejrzałem się dokoła. W odległości jakieś
      czterdziestu metrów po mojej lewej stał zaparkowany samochód. Widziałem go kila
      razy jadąc od Sighna, ale nie zwracałem na to uwagi, bo jechałem zafascynowany
      prędkością i chęcią spotkania z Madee. Teraz sobie to uświadomiłem. Zaciągnąłem
      się po raz drugi i poszedłem do swojego auta.
      Przekręciłem kluczyk i nacisnąłem starter. Silnik zaskoczył od razu. Ruszyłem
      wolniutko, jakby tocząca się prawie po równej powierzchni kortu włochata
      zielona piłeczka. Jaki to był piękny widok, gdy w lusterku wstecznym zobaczyłem
      jak stojący w oddali samochód rusza za mną. Nie zapalił świateł, czy mieli mnie
      za głupca. Nie wiem kto siedział w samochodzie, ale domyślić się nie było
      trudno. Miałem do przejechania ponad pięćdziesiąt mil, co mogłem załatwić w
      godzinę, ale wiedziałem, że będzie to trwało znacznie dłużej. Ciekawe czy Sighn
      wiedział, że go obserwowali. Jechałem tak sobie więc te kilka mil na godzinę i
      patrzyłem w lusterko.
      Po 10 minutach idiotycznego czajenia się wcisnąłem pedał gazu do deski i
      skręciłem w pierwszą uliczkę w prawo. I pomknąłem jak tylko mogłem najszybciej
      w stronę autostrady. Samochód jadący za mną został z tyłu, ale byłem pewien, że
      go jeszcze ujrzę. Nie zgubi się policyjnego samochodu tak łatwo, ale musiałem
      zyskać kilka minut, zanim mnie odnajdą.
      Wyjechałem na autostradę i jak pirat drogowy po 3 litrach kawy śmigałem w
      stronę miejsca zamieszkania sióstr. We wstecznym lusterku nie widziałem
      goniących świateł, więc postanowiłem zjechać na mniej uczęszczane drogi.
      Zrobiłem to na pierwszym zjeździe. Cały czas rozglądałem się wokoło i bacznie
      obserwowałem, czy nie napotykam jakiegoś patrolu. Z pewnością poszła już
      informacja i mnie szukają.
      Po godzinie jazdy byłem na miejscu. Zaparkowałem samochód przed domkiem o
      poszukiwanym przeze mnie adresie. Na moje nieszczęście, gdy wysiadałem w oddali
      zobaczyłem radiowóz. Schowałem się za drzewem i poczekałem jak przejedzie. Gdy
      zniknął za zakrętem ruszyłem w kierunku domu. Miałem kilka, może kilkanaście
      minut na wyciągniecie ich z domu, o ile w nim były. Więc musiałem się śpieszyć.
      Zawaliłem w drzwi tak mocno, że prawie wyleciały z zawiasów. Coś w domu
      zaszurało i nagle doleciał do moich uszu kobiecy głos.
      - Kto tam? Przedstaw się, bo jak nie to będę strzelać!
      Wyszedłem spokojnie poza obręb drzwi i odpowiedziałem:
      - Nazywam się Vulture, jestem prywatnym detektywem. Pracuję dla Madee Four, a
      ten adres dostałem od Berry.
      Nastąpiła chwila ciszy. Do moich uszu dolatywały tylko ciche szepty, jednak nie
      mogłem zrozumieć słów. Po jakich 30 sekundach zapaliło się światło na ganku i w
      domku, a w drzwiach pojawiła się kobieta. Wyglądała przeciętnie. Ciemne włosy,
      sympatyczna twarz. W ręku trzymała trzydziestkę ósemkę. Popatrzyła na mnie
      przenikliwym wzrokiem. Była to Kristine.
      - W jaki sposób nas pan znalazł, a raczej dlaczego Berry dała panu nasz adres?
      - To raczej ja się powinienem zapytać, dlaczego wy dałyście jej adres. Ale nie
      ma na to czasu. Jeżeli ja was znalazłem to za chwilę tu będą źli panowie.
      Zbierajcie się, spadamy stąd. Nie ma czasu. Po drodze wam wyjaśnię.
      Patrzyła na mnie przestraszona i stała jakby ją zamurowało.
      - Aislin! Obudź małą! - Nagle się ocknęła z letargu. - Zabierzcie tylko
      pieniądze i moja torebkę. Musimy uciekać.
      Gdy mówiła do Aislin ja patrzyłem na lufę wycelowanego we mnie pistoletu. Gdy
      na mnie spojrzała opuściła rewolwer i schowała za spodnie. Ciekawy widok.
      Kobieta z gnatem w spodniach.
      - Przepraszam. - Powiedziała i zmusiła się do lekkiego uśmiechu.
      - Pośpieszcie się. Czekam w samochodzie.
      I odszedłem w kierunku auta. Nie minęły dwie minuty jak dziewczyny znalazły się
      w środku. Ale było za późno. Przed sobą zobaczyłem światła znajomego mi wozu.
      Musiałem szybko myśleć, co robić. Sytuacja była delikatna. Nie wiedziałem,
      jakie zamiary mają panowie siedzący na przednich fotelach upierdliwego pojazdu.
      - Czy twój kabriolet jest tu gdzieś??
      Kristine popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem. Jakby nie wiedziała, o co chodzi.
      - Nie mam tego samochodu od trzech tygodni. Jak odeszłam z pracy to samochód mi
      zabrali.

      c.d. może jeszcze dziś.smile
      • aric Re: P.I. Vulture - Rozdział 6 04.06.03, 15:24
        To, co powiedziała postawiło całe zajście w innym świetle. A moje wątpliwości,
        co do śmierci Foura zaczęły się potwierdzać. Gdy w drzwiach zobaczyłem Kristine
        z rewolwerem, wiedziałem, że coś jest nie tak z tymi zabójstwami.
        - A tak właściwie to, dlaczego wy się ukrywacie, a nie wrócicie do domu?? I tak
        na marginesie, to szukają was mąż Aislin z braćmi.
        Aislin aż podskoczyła.
        - Widział się pan z Czezem? Gdzie on jest, muszę go zobaczyć.
        Nie odpowiedziałem, bo musiałem zacząć wymyślać, jak nas wyciągnąć z kabały.
        Ucieczka od tak nie wchodziła w rachubę.
        - Kristine, jak wysiądę, przesiądziesz się na moje miejsce. Gdy zobaczysz jak
        kucnę i wstanę to ruszajcie i trzymajcie się bocznych dróg. - Wyjąłem moją
        wizytówkę i na drugiej stronie napisałem adres Marty i Johna. Wiedziałem, że
        przeginam sprowadzając na ich barki kolejnych niesfornych gości. - Tam będzie
        Madee. Postaracie się gdzieś ukryć. Ona coś wymyśli. A jutro zadzwońcie do mnie.
        Kristine przytaknęła głową, a ja sięgnąłem do schowka, wyjąłem i sprawdziłem
        mojego Lugera oraz mój ukochany przedmiot w takich sytuacjach, a mianowicie
        pięciocalowego gwoździa i wysiadłem z auta. Jeszcze nie do końca wiedziałem, co
        zrobię, ale musiałem odwrócić uwagę od sióstr. Byłem tak skołowany, że
        kompletnie nie miałem pojęcia, dlaczego jeszcze żyjemy. Co mieli zrobić ci dwaj?
        Krok po kroku, wolno zbliżałem się do zaparkowanego w odległości 20 metrów
        samochodu. W środku siedział, tak jak przewidywałem Munky i Letter.
        - Widzę, że osobiście się pofatygowaliście. - Powiedziałem, gdy podszedłem i
        nachyliłem się nad otwartym oknem. - O co właściwie chodzi?
        - Wiesz łapsie, ciesz się, że jeszcze żyjesz. Masz przyjaciele, który
        powiedział, że jak cię tkniemy to wylądujemy na krześle. Tak wiec, kurwa mać,
        jesteś bezpieczny. - Munky pałał nienawiścią, odwrócił głowę w moją stronę i
        splunął. W ostatniej chwili zdążyłem się usunąć z trajektorii lotu brązowawej
        śliny.
        - Hej Letter, a może chciałbyś teraz wyrównać nasze rachunki? Wiem, że
        chciałbyś mi przyłożyć. No co, sprawdzimy się?
        Love zerwał się, ale mocny uścisk Munkiego go powstrzymał.
        - Nie widzisz, że on cię chce sprowokować? A teraz spadaj Vulture, ty nas nie
        interesujesz. Zabieraj panienki, tam gdzie masz je zabrać, a my będziemy sobie
        spokojnie za wami jechać.
        - Ok. Ale jeszcze jedno. Macie może papierosa, bo mi się skończyły, tylko
        jednego i znikam.
        Munky popatrzył na mnie, ale papierosa mi podał.
        - Masz łapsie a teraz spierdalaj.
        Wziąłem papierosa i go upuściłem, udając, że mi wypadł jak szukałem zapałek.
        - Pierdzielona ofiara losu. Jazda stąd. - Warknął Munky. Ja w tym czasie
        podłożyłem gwóźdź mocując go lekko w bieżniku opony. Nie było możliwości, aby
        ujechali dalej niż na kilkadziesiąt metrów. Spokojnie się podniosłem i tak jak
        miało być: warknął silnik mojego Packarda, zapiszczały opony i dziewczyny
        pomknęły przed siebie.
        - Ty złamany fiucie! - Krzyknął Munky jak mijał nas mój samochód. Odpalił
        silnik i ruszył do przodu. Zawrócił mało nie przejeżdżając mi stopy tylnim
        kołem. Po chwili zniknął zostawiając mnie na środku ulicy.
        Byłem sam, w środku nocy, w osiedlu gdzie samochody jeżdżą tylko za dnia, a
        taksówka jest możliwa do złapania jedynie za pomocą telefonu. Miałem dwa
        wyjścia. Albo iść w stronę autostrady, mając nadzieje, że znajdę po drodze,
        jaką budkę telefoniczną, albo pukać do drzwi domów. Wybrałem to pierwsze, z
        nadzieją w sercu, że nie będę musiał drałować aż do autostrady.
        I zapalając użytego we właściwym celu papierosa ruszyłem rozpruwając ciemność
        jak pruje się suknię ślubną przeznaczoną do poprawek.

        Rozdział 7 jutro.smile
    • aric P.I. Vulture - Rozdział 7 05.06.03, 14:42
      7.

      Szedłem sobie tak i szedłem, rozglądając się wokoło. Nic tylko domki i domki,
      małe uliczki i domki. Znałem tą część miasta, chociaż prawdę mówiąc nie była
      ona częścią metropolii, a raczej jej sypialną oddaloną o godzinę jazdy od L.A.
      Ale gdzie do cholery były budki telefoniczne. Nagle doznałem olśnienia. Znałem
      tutejszego szefa policji, a raczej szefa dwóch policjantów w tzw. komisariacie
      z bożej łaski. Rozejrzałem się wokół siebie i obrałem kierunek północny.
      Skierowałem się w kierunku głównej alei. Miałem przed sobą kilkanaście minut na
      pieszo. Gdy minął czas, w którym wypaliłem trzy papierosy znalazłem się na
      znanej ulicy. Skręciłem na wschód i maszerowałem. Zastanawiałem się ciągle nad
      tą sprawą nie mogąc dojść, co jest grane. Z jednej strony prawie wszystko było
      wiadomo, z drugiej nic teraz nie pasowało. Śledzący mnie imbecyle, nie chcieli
      ani mnie ani sióstr, więc kogo próbowali znaleźć. Czy zależało im na czymś, o
      czym nie wiem? I tak sobie idąc i paląc doszedłem wreszcie do budynku, w którym
      mieścił się posterunek policji. Światło się paliło.
      Wszedłem mając nadzieję, że spotkam osobę, którą znałem i nie zawiodłem się.
      Will Ihope siedział za biurkiem i czytał sobie jakiś miesięcznik. Nie mieli
      chyba zbyt wiele pracy.
      - Cześć Will. Jak leci? - Wystraszyłem biedaka prawie na śmierć. Mało nie spadł
      ze stołka. Gdy pierwszy szok przeminął odpowiedział patrząc się na mnie jak na
      ducha.
      - Vulture? Skąd u licha się tu wziąłeś? Kupę czasu cię nie widziałem.
      - A wiesz, spaceruje sobie po tych przepięknych jednostajnych uliczkach i
      podziwiam tą cudną jednostajna architekturę.
      Uśmiechnął się i podał mi rękę.
      - Dobra, nie ważne. Znając ciebie mógłbyś się pojawić na szczycie Mont Everest
      i spytać ekspedycję o drogę, mówiąc, że zabłądziłeś śledząc podejrzanego.
      Tym razem ja się uśmiechnąłem.
      - Daj mi skorzystać z telefonu. Muszę zadzwonić, a później sobie pogawędzimy i
      opowiemy sobie co gdzie słychać.
      Will podał mi telefon a ja wykręciłem numer Johnego. Biedny chłopak, chyba
      zaczynałem go męczyć. Po kilkunastu sygnałach odebrał telefon. Gdy usłyszał mój
      głos zaczął mówić ze złością w głosie, ale gdy mu wspomniałem, że jego dom był
      obserwowany przez pewnych dwóch panów, zmienił ton na zainteresowanie. Po
      krótkiej pogawędce, której Ihope przysłuchiwał się z nieukrywanym
      zaciekawieniem, podałem mu adres mojego pobytu, a on obiecał, że za godzinę
      mnie stąd zabierze. Dałem biedakowi półtorej, co by zaspany za kierownicą nie
      siadał. Po czym odłożyłem słuchawkę.
      - Z tego co słyszałem, to wdepnąłeś w niezłą kabałę.
      - Też tak sądzę, tym bardziej, że na razie nie wiem co jest grane. Za dużo tu
      niedokończonych historii i za wielu uczestników w grze. Pogmatwało się to
      wszystko. Ale mam nadzieję, że jutro zaświeci wreszcie słońce.
      Dalej rozmowa potoczyła się już o starych dobrych czasach. Pracowaliśmy kiedyś
      razem, w zamierzchłych czasach, gdy miałem marny zaszczyt przywdziewania
      munduru. Obaj zdaliśmy sobie w porę sprawę, że dla idealistów w policji miejsca
      nie ma. Przy czym on wybrał spokojniejsze życie. I tak nam leciał czas przy
      kieliszku pogawędce i pierdołach. Miło było powspominać stare, chociaż czasem
      niezbyt dobre czasy.
      Gdy w drzwiach pojawił się Johny, byliśmy już całkiem weseli. Nie
      powiedziałbym, że pijani, ale humor mieliśmy przedni. nie wiedziałem, czy
      wciągnąć Sighna w tą małą libacje czy pożegnać się Willem. Ale praca wzięła
      górę nad chęciami.
      - Było miło Will, ale niestety muszę skończyć to, co zacząłem.
      - Ale mam nadzieję, że odwiedzisz jeszcze kiedyś starego kumpla w następnej
      dekadzie?? - Odpowiedział zakręcając butelkę z uśmiechem na ustach.
      - Jak będę w tych okolicach to zajrzę.
      - Taaaa, a jesteś tutaj tak często, że zaczynasz mnie nudzić.

      c.d. za czas jakiś, ale dziś jeszcze...
      • aric P.I. Vulture - Rozdział 7 c.d. 05.06.03, 15:45
        Podaliśmy sobie ręce i wyszedłem z Johnym na zewnątrz. Ten był przerażony,
        jakby porwano mu całą rodzinę.
        - Widzę, że się dobrze bawisz. Powiedz mi lepiej, co jest tu grane.
        - Powiem ci po drodze. Jedziemy z powrotem. Mam tylko nadzieję, że te głąby
        gdzieś stoją w rowie i czekają na pomoc.
        Wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy w stronę miasta.
        - Czemu obserwowali mój dom? Przecież ja nic nie wiem o całej sprawie.
        - Szukali mnie, a przeze mnie chcieli odszukać kogoś innego. Podejrzewam, że
        uprzedziłem ich, zabierając Madee z lokalu. Ona jest bardziej w tą sprawę
        zaangażowana niż mówi.
        Sighn popatrzył na mnie i zapytał:
        - Ale przecież z miejsca zbrodni uciekano samochodem Kristine Pizmak?
        - To mnie też ciągle zastanawia. Widziałem ten samochód przed wejściem do
        lokalu i był to samochód kobiety. Chyba, że tak miał wyglądać. Albo przyjechała
        nim kobieta, a odjechał mężczyzna. Wiele jest możliwości, nie wiem, która
        właściwa. Munkiemy i Letterowi nie chodziło o Kristine, Aislin, czy Nikkę.
        Sądzę, że chcą dopaść Madee, ale nie wiedzą gdzie jest. A za wszystkim stoi
        niejaki Di'aric.
        Nie wiem czy to nazwisko na wszystkich tak działało, bo ja nawet nie wiedziałem
        dokładnie, kim on jest. Sighn wyraźnie bardziej nerwowo zaczął prowadzić.
        - Di'aric trzęsie całym Bay City. Nie wiem gdzie ty się uchowałeś, skoro mówisz
        o nim niejaki. Ma w kieszeni praktycznie wszystkich.
        - A co z Ilhanem? - Zapytałem ni z gruchy ni z pietruchy.
        - Ilhan mu się nie dał, bo Bay City to nie jego działka. Jest tu na występach
        gościnnych. Podobno ta sprawa nie jest mu obojętna i poprosił o nią osobiście.
        To takie buty, pomyślałem. Przyjaciel Madee, wziął się za sprawę morderstwa
        osobiście. To by wyjaśniało, dlaczego Munky i Love byli tak ostrożni, że nie
        używali siły wobec mnie czy sióstr.
        - Dobra, teraz już trochę wiem. Natomiast ciągle nie mam pojęcia, co kierowało
        zabójcą. I kto nim był. A propos czy wyjaśniono sprawę zabójstwa Graga Corra.
        - Sprawę umorzono z powodu braku dowodów. Podejrzewano, jak się dowiedziałem,
        Kristine Pizmak, ale jej tego nie udowodniono. Tutaj też się przewinął Ilhan.
        - Przewinął się? A w jakim charakterze?
        - On właśnie umorzył tą sprawę. Stwierdził, że nie ma podstaw do oskarżenia.
        Nie ma świadków, narzędzia zrobi, a podejrzana ma alibi. Które notabene
        potwierdziła Madee Four wyjaśniając, że w tym czasie miały sprzeczkę natury
        osobistej. A co najważniejsze dwóch świadków widziało pannę Pizmak wychodzącą z
        mieszkania Madee.
        Tak więc jeżeli to nie Kristine była mordercą. I nie ona odjechała z miejsca
        zbrodni, to kto kim był. Wykluczyłem Madee, wykluczyłem Aislin, bo nie
        widziałem powodów by ją w to mieszać. Czyżby Di'aric sam robił porządki na
        własnym podwórku? Ale potrzebny był mi motyw takiego porządkowania, a tego nie
        miałem. Jedyna nadzieja, że wizyta u Ilhana mi coś wyjaśni.
        Gdy wjeżdżaliśmy do L.A. był już dzień. Podałem Johnemu adres państwa Null i
        ok. siódmej rano zastukaliśmy do drzwi. Nikt w środku nie spał, a gwar rozmowy
        doleciał do mnie już na schodach. Nie spodziewałem się zastać wesołej gromadki.

        Rozdział 8 już jutro.smile
    • aric P.I. Vulture -Rozdział 8 06.06.03, 13:07
      8.

      Gdy przeszedłem przez próg drzwi, które otworzyła Marty, John z trzema
      kobietami siedział w salonie i gawędził. Widać było, że Madee, Aislin i
      Kristine są w dobrych humorach. Siedziały sobie popijając kawę. Ciekawe czy w
      ogóle się kładły.
      - Droga minęła bez niespodzianek? - Zapytałem oznajmiając swoje przybycie. Za
      mną do domku wszedł Johny. Stanął zaraz za progiem i popatrzył na twarze
      obecnych.
      - No niezłe towarzystwo się tutaj zebrało.
      Madee wstała i podeszła do mnie.
      - Dziękuję, że znalazłeś Aislin. Teraz powinnam ci chyba zapłacić?
      - To jeszcze nie koniec. Kristine gdzie jest samochód?
      - Stoi za domem. - Odpowiedział automatycznie John. - Kluczyki leżą na
      parapecie okna przy wejściu.
      - Zaopiekujcie się Aislin i Nikką. Pozostałe panie proszę za mną.
      Wziąłem kluczyki i wyszedłem na powietrze. Sighn kroczył tuż za mną. Za chwilkę
      pojawiły się kobiety.
      - Johny, dziękuję ci za pomoc. Pojedź na posterunek i spróbuj się czegoś
      dowiedzieć więcej o śmierci Corra i o tym, jaki udział w całym zajściu mieli
      nasi dobrzy znajomi, Munky i Letter. Oni mnie teraz najbardziej interesują.
      Spotkamy się u Ilhana o dwunastej.
      Sighn skinął głowa i oddalił się bez słowa. Ja poszedłem droga wjazdową do
      garażu, który nietypowo umieszczony był za domem, chociaż w tych
      okolicznościach miało to swoje dobre strony. Madee i Kristine kroczyły
      grzecznie jakbym prowadził je na rzeź.
      - Jedziemy do mojego biura. Muszę wam zadać jeszcze trochę pytań.
      Wsiedliśmy do samochodu i skierowaliśmy się w strona mojego biura. Wiedziałem,
      że ktoś tam niecierpliwy będzie na mnie czekał.
      - Długo za wami jechali? - Zapytałem siedzącą z tyłu Kristine.
      - Jakieś pięć minut, potem znikli. Od tego czasu ich nie widziałyśmy. Innych
      samochodów policyjnych też nie.
      - Dlaczego chcesz jeszcze o coś nas pytać? - Odezwała się nagle Madee. -
      Przecież znalazłeś Aislin i nic więcej nam nie jest potrzebne. Dziewczyny teraz
      wyjadą i sprawa będzie zakończona.
      Niestety obawiałem się, że tak szybko nie uda nam się odczepić od Di'arica i
      jego piesków. Mogłem odstawić siostry do męża Aislin, ale chciałem dowiedzieć
      się, o co w tym wszystkim chodziło.
      - Powiedz mi, Madee, kto po śmierci Foura będzie właścicielem lokalu?
      - Ja. - Odpowiedziała bez namysłu. - Znaczy się tak mi się zdaje.
      - I nie ma żadnego innego wspólnika? Cichego wspólnika, który by wspomagał
      twojego świętej pamięci męża? Kogoś, kto tak naprawdę był właścicielem knajpy?
      Madee zastanowiła się chwilkę. Na jej twarzy zaczynał się malować wyraz
      zwątpienia, ale była pewna swego.
      - Teddy był jedynym właścicielem. Widziałam papiery, tylko on widnieje w
      dokumentach.
      - No dobrze. A czy Di'aric często zaglądał do waszego lokalu?
      - Był tylko raz, ale dawno temu. Częściej widywałam Munkyego. Teddy wtedy
      znikał i nie wiedziałam, kiedy i czy w ogóle wróci. A gdy wracał, zwykle był
      wściekły. Chociaż zdarzało się, że wracał w dobrym humorze. Wtedy dostawałam od
      niego jakieś świecidełko albo inny prezent. Wiedziałam, że robi to tylko po to,
      aby mnie udobruchać, ale ja już miałam wtedy swoje plany i nie przeszkadzało mi
      to, że tak znika.
      Miała swoje plany. Czyżby jej przyjaciel Ilhan był jednym z głównych punktów
      tego planu. Gdy Madee mówiła czasem zerkałem we wsteczne lusterko. Tam
      natrafiałem na odbicie oczu Kristine. Miałem wrażenie, że za chwilę wystrzelą,
      a ja rykoszetem oberwie nimi po twarzy. Nie wiedziałem, czy się boi czy chce
      wyskoczyć z auta, czy po prostu ma taką minę, gdy słucha.
      - Jeszcze jedno, czy wiesz co robili?
      - Mogę się tylko domyślać, że grali w kar... - Nagle urwała, jakby w nią
      strzelił piorun. - Czy chcesz powiedzieć, że...
      - Właśnie to mi przyszło do głowy, że zginął za długi. Ale co do tego nie mam
      jeszcze pewności.

      c.d.n. niebawem.smile
      • aric P.I. Vulture -Rozdział 8 c.d. 06.06.03, 14:59
        Widać było, że Madee usilnie stara się coś wymyślić. Jakby chciała zapewnić
        sama siebie o tym, że wszystko jest w porządku, ale kiepsko jej to wychodziło.
        Zerknąłem w lusterko, przy okazji zmieniania pasa na jezdni. Kristine miała
        wciąż tą sama minę. Ją też musiałem coś niecoś popytać. Gdy tylko otworzyłem
        usta, jej oblicze zmieniło się w spokojną, pełną blasku dziewczęcą buzię. Nagle
        zaczęła wyglądać jakby urodziła się 10 lat później niż miała to zapisane w
        metryce.
        - A jakie były twoje kontakty z Di'ariciem i dlaczego znikłaś po tym
        nieprzyjemnym procesie?
        - Di'aric, że tak powiem jest takim uroczym skurwielem. - Odpowiedziała bez
        namysłu, a ja mało co nie udławiłem się dymem papierosowym, który wciągałem
        właśnie do płuc. - Spotkałam go kilka razy. Ma niesamowity urok osobisty, ale
        jest okrutny. Nie liczy się z nikim. Jego pieniądze i układy pochodzą z
        hazardu. Kilka razy widziałam jak Corr, Four i kilku innych ważniaków siada do
        pokera o wysokie stawki. Nigdy nie dawałam znać po sobie, że cokolwiek mnie
        obchodzi, ale jak wynikła ta smutna sprawa z Nikką to wywaliłam kilka śmieci na
        stół i musieli cos zrobić.
        Wyrzuciłem niedopałek przez okno, wykorzystując krótką pauzę miedzy ciągiem
        słów wypowiadanych przez Kristine, i zanim złapała oddech wtrąciłem pytanie:
        - Ale ty nie zabiłaś Corra? A może jednak?
        - Nie zabiłam, nie wiem kto to zrobił, ale był to majstersztyk, pięknie mnie
        wrobili. Moje alibi to było lipa, ale dzięki Madee, nie wiem jak to zrobiła,
        ale będę jej wdzięczna do końca życia, Jerry Ilhan mnie wyciągnął.
        - No to widzę, że cała ta sprawa to robienie ze mnie balona. - Nie czułem się
        najlepiej.- I pewnie mi powiesz, że szukanie Aislin to był tylko pretekst to
        wynajęcia szczura, którego wpuścicie do labiryntu, aby znalazł wyjście.
        Madee odwróciła głowę w kierunku swojej przyjaciółki. Przez chwilę patrzyły się
        na siebie.
        - Jerry powiedział, że jesteś uczciwym facetem, który nie odpuszcza, dopóki nie
        dotrze do sedna. Aislin nie znikła, tylko Berry ją wywiozła do dziewczyn, bo
        Teddy ciągle ją wypytywał gdzie jest Kristine. I stawało się to nieznośne.
        Berry woziła im zakupy co drugi dzień. Jednak nie miałam wpływu na śmierć męża
        i skomplikowanie się tej sprawy. Jerry chciał znaleźć kogoś, kto dowie się
        dlaczego zginął i kto zabił Corra.
        - No dobra, nic mi więcej nie potrzeba. Wiem na czym stoję.
        Po tych słowach uświadomiłem sobie, że nie spałem prawie od 24 godzin, ale nie
        czułem się zmęczony. Mój umysł był jasny jak stuwatowa żarówka, a elektrony w
        rozżarzonym druciku wolframowym powodowały, że moje myślenie nie szło na marne.
        Di'aric prowadził dom gry, Corr i Four popadli w długi, pieski Di'arica, czyli
        Munky i Letter szukali Madee, bo ta musiała zrzec się praw do swoich udziałów w
        lokalu, albo będzie współpracować, albo zamieszka na pustyni, a dwa metry
        piachu na dnia będą robiły za wieko od trumny. Okazja zabicia Corra nadarzyła
        się, gdy Kristine przegrała proces. Wszystko układało się w logiczną całość. To
        było całkiem miłe uczucie. Pozostawały tylko dowody na takie założenie. Musiały
        być przynajmniej weksle, które trzeba było odnaleźć. Czekała mnie więc wyprawa
        do jaskini lwa, lwa mieszkającego przy zielonym stoliku.

        c. d. po łokendzie. Jeszcze tylko ze dwa rozdziały zostały, mam nadzieję, że
        wytrwacie do końca.smile
    • aric P.I. Vulture - Rozdizał 9 09.06.03, 12:43
      9.

      Była prawie dziewiąta jak dotarliśmy do mojego biura. Zaparkowałem samochód.
      Pięć metrów dalej stał zaparkowany inny wóz, ale szybko domyśliłem się kto w
      nim siedzi. Kristine aż podskoczyła.
      A trzej moi nocni przyjaciele jak w wojsku na raz drzwi otwórz, na dwa wysiądź,
      na trzy drzwi zamknij, na cztery walnij w pysk. Nie lubiłem wojska, ich też nie
      za bardzo lubiłem, ale mogli się przydać. Tym bardziej, że mieli w tym
      wszystkim rodzinny interes, a chłoptasy z prowincji takich spraw nie
      odpuszczają.
      Wysiadłem z samochodu, a Kristine za mną. Jakby zapomniała o bożym świecie.
      Czez na jej widok dostał taką minę jakby najadł się właśnie waty cukrowej i
      sprawiło mu to ogromną przyjemność. Uścisnęli się, po czym zamienili kilka słów
      szeptem. Następnie Kristine przywitała się z pozostałymi braćmi. Z drugiej
      strony auta wysiadła Madee. Czez spojrzał na nią i rzucił tylko:
      - Cześć Madee, cieszę się, że cię widzę.
      I tyle było powitania. Gdy patrzyłem na Kristine rozpromienioną widokiem
      swojego szwagra i jego braci, zauważyłem, że przemieniła się z kobiety bez
      wyrazu w piękną, radosną osobę. Gdy na nią patrzyłem zastanawiało mnie, kim ona
      naprawdę jest. Ale nie to było teraz ważne. Zanim jednak cokolwiek powiedziałem
      Czez mnie uprzedził:
      - Już myśleliśmy, że koleś coś kręcisz. Ale widzę, żeś porządny gość. Powiedz
      co możemy dla ciebie zrobić, a na pewno będziemy przydatni.
      - Na razie zaopiekujcie się paniami, ja musze się udać do pewnego biura,
      pewnego prokuratora. Zabierzcie je stąd i dajcie mi do siebie telefon, jak będą
      cos więcej wiedział to zadzwonię. A teraz zmykajcie.
      Madee i Kristine zostały wpakowane do samochodu braci zaraz po tym jak Czez
      powiedział mi numer telefonu, pod którym ich znajdę. Gdy szedłem do swojego
      biura widziałem jak Madee patrzyła przez tylna szybę w moja stronę. Nie była
      chyba zadowolona, że z nimi jedzie, ale miałem przynajmniej poczucie, że jest
      bezpieczna.
      Wszedłem po schodach. Znowu te schody. Teraz zacząłem odczuwać zmęczenie.
      Wspinaczka ze stopnia na stopień stawała się coraz cięższa. Wreszcie ostatni
      stopień. Stanąłem na szczycie i zerknąłem w dół. Takie małe nieszkodliwe
      stopnie, a jak potrafią zmęczyć. Wszedłem do biura, jak zwykle było puste.
      Żadnej wiadomości w skrzynce na drzwiach. Podniosłem słuchawkę i połączyłem się
      z centralą. Damski głos pasujący do otyłej pani oznajmił, że nikt mnie nie
      lubi. Poprosiłem więc o połączenie z biurem prokuratora okręgowego. Po chwili
      odezwał się Jerry Ilhan:
      - Słucham, kto mówi?
      - Vulture. Mamy się dziś spotkać, ale chciałbym trochę zmienić nasze plany.
      Nastąpiła krótka pauza, jakby mój rozmówca zakrył mikrofon dłonią i komentował
      komuś to, co właśnie ode mnie usłyszał.
      - Tak? A co pana skłania do tej zmiany?
      - Skłania mnie to, że chciał mnie pan wykorzystać do swoich porachunków, a ja
      nie lubię jak ktoś robi ze mnie balona.
      Znów krótka pauza.
      - Dobrze, gdzie i kiedy?
      - Jak najszybciej, na przeciwko mojego biura jest kawiarenka, tam będę czekał.
      I proszę przyjść samemu.

      c.d. niebawemsmile
      • ilhan Re: P.I. Vulture - Rozdizał 9 09.06.03, 12:51
        Niepokoi mnie fakt, że prokurator Ilhan tak szybko zmienia imiona - w 9.
        odcinku jest Jerry'm, a kilka wcześniej Martinem smile
        • aric :)))) 09.06.03, 16:04
          Mnie też to zaniepokoiło, ale dopiero po fakcie jak wrzuciłem ten odcinek.sad((
          Pomyliłem się i przeoczyłem własnie tą jeden, w sumie wazny szczegół.smile To się
          wiecej nie powinno powtórzyć.
      • aric P.I. Vulture - Rozdizał 9 c.d. 09.06.03, 16:08
        I odwiesiłem słuchawkę. Łyknąłem sobie mały haust z nowej buteleczki wyjętej z
        szafki, co poprawiło nieznacznie moje samopoczucie. Przemyłem twarz i
        obejrzałem swojego spuchniętego kinola. No cóż, trochę ciężko oddychałem, ale
        na szczęście nosa mi nie złamali. Kilka dni i będzie jak nowy model. Już kilka
        nowych modeli wyhodowałem, więc to nic niezwykłego. Następnie przebrałem się w
        czyste łachy, bo te wyglądały, jak smark z nosa olbrzyma. Spryskałem się jakąś
        tanią wodą toaletową dla zabicia zapachu potu, ale nie pomogło. Dałem spokój
        dalszemu upiększaniu, łyknąłem po raz drugi, odpaliłem papierosa i wyszedłem z
        biura.
        Gdy wszedłem do baru, w nim czas jakby stał w miejscu. Te same twarze, te same
        ręce wykonujące te same ruchu. Poczułem się jakbym stąd w ogóle nie wychodził,
        albo przynajmniej po moim ostatnim wyjściu jakaś siła wyższa stwierdziła, że
        stop klatka to najlepsze wyjście.
        Usiadłem tam gdzie siedziałem wczoraj, ta sama kelnerka z tym samym uśmiechem
        nalała mi kawy. Byłem potwornie zmęczony, fale przepływające przez moje ciało
        jakby unosiły mnie w powietrzu. Lewitowałem nie odrywając się od barowego
        stołka. Zapaliłem następnego papierosa, nie smakował mi, ale skoro zapaliłem,
        byłem konsekwentny i pociągając z miną skazańca wypalałem go powoli. Potem
        przyszła druga kawa a po niej przyszedł Ilhan. Tez nie wyglądał najlepiej. Po
        krótkiej wymianie grzeczności, która nie należała do bardziej przyjemnych niż
        zmywanie podłogi, przesiedliśmy się do stolika. Biorąc kawę spojrzałem na
        zegarek, dochodziło w pół do jedenastej.
        - No to czym mogę służyć, panie Vulture? - Zapytał udając, że jest mocno
        zdziwiony moim nagłym zaproszeniem.
        - Wszystkim, a najlepiej wiedzą na tematy, które nas obojgu najbardziej
        interesują.
        Wiedział, że zanosi się na dłuższą pogawędkę, a ja wiedziałem, że nie mam wiele
        czasu. Sighn pewnie teraz grzebie w papierach, aby się z nim spotkać o 12, tak
        jak było umówione wcześniej, więc musiałem szybko pytać, aby nasz zaradny
        prokurator zdążył do swojego biura.
        - A więc słucham, ale nie będę ukrywał, że nie mam ochoty za wiele mówić, nie
        leży to w moim interesie.
        - Powie pan i to dość szybko, jak powiem, co ja wiem i kto jest pod moją opieką.
        Tym razem jego twarz wraziła automatyczne zaciekawienie. Zapewne wiedział, że
        jego tajemnicza ukochana znikła. Tak wyglądał bardziej ludzko, jakby miał
        krzyknąć: mów, zrobię wszystko, czego zażądasz, ale powiedz gdzie ona jest.
        Jednak nic takiego nie usłyszałem. Ja natomiast wyłuszczyłem mu swoja teorię, w
        której Di'aric był panem i władcą, Munky i Letter katami, Corr i Four ofiarami,
        a Madee zwierzyną łowną, istniejącą tylko dlatego, że musi cos podpisać, zanim
        zginie. Gadałem przed dobry kwadrans a on słuchał, wypalił w tym czasie dwa
        papierosy, nerwowo zaciągając się dymem. Ja natomiast zakończyłem pretensjami o
        wykorzystywaniu mojej osoby do własnych interesów.
        - I to by było na tyle panie Ilhan, panie prokuratorze, czy może panie kochasiu?
        Dogasił papierosa i wziął głęboki oddech, jakby chciał zneutralizować nikotynę
        i substancje smoliste tlenem z powietrza, jednak z pewnością ta czynność nie
        mogła się powieść, nie w mojej obecności. Mój oddech był nazbyt trujący, by mu
        w tym pomóc.
        - Sprawą Di'arica zajmuję się od dwóch lat. Ale dopiero trzy miesiące temu
        zaczęło się cos ruszać. - Zaczął dość niespodziewanie. Nie sądziłem, że do
        takich światłych celów wykorzysta moją osobę. - Trzy miesiące temu poznałem
        Kristine Pizmak, a niewiele później Madee...
        Wrosłem w krzesło, naprawdę mnie na każdym kroku robiono w balona.
        Zastanawiałem się jak daleko sięga ta mistyfikacja, i kto jest tu szczery, a
        kto nie. Miałem mało czasu, więc ostatkami sił skupiłem się i słuchałem, a on
        mówił, i powiedział wszystko.

        Rozdział 10 już jutro!!!!
    • aric P.I. Vulture - Rozdział 10 10.06.03, 11:52
      10.

      Gdy wyszedł ja zamarłem w bezruchu, patrząc na punkt znajdujacy się daleko za
      domami po przeciwnej ulicy, daleko za miastem, gdzieś nad oceanem. Nie
      widziałem zabudowań, nie widziałem nic. Mój zmęczony umysł pracował ospale, a
      wiedziałem, że może byc tylko gorzej. Nagle, jak z pod ziemi wyrosła znajoma
      kelnerka trzymająca w dłoni dzbanek z kawą. Gestem zapytała czy nie chciałbym
      się jeszcze napić, ja skinąłem głową. Takie wyrwanie z zadumy może spowodować
      lekkie spustoszenie w umysle, ale w obecności tej dziewczyny poczułem się jakby
      ktoś przez strzykawkę wpompował we mnie zapaz życia na kilka dni:
      - Co pan taki zmartwiony? - Zapytała. - Zawsze jak pana widzę to znajduje się
      pan raczej w dobrym nastroju, a dziś wygląda pan jak siedem nieszczęść.
      Podniosłem głowę i przyjrzałem się jej. Miała nie więcej niż dwadzieścia lat,
      ale jej twarz zdradzała ślady przynajmniej jednego nieudanego związku i niezbyt
      przyjemnego dzieciństwa. W tak młodym wieku zmarszczka na czole nie była zbyt
      często obserwowana, ale dodawała jej pewności siebie, i w pewien sposób
      dodawała urody. Całkiem niezwykłej urody.
      - Jak ci na imię panienko od kawy? - Zapytałem, na razie bez żadnego celu, ale
      gdzieś w głębi, zapragnąłem potrzymać ją za rękę i spędzić z nią resztę życia.
      - Sara, ale mówią na mnie Foxy, bo umiem sobie poradzić z każdą sytuacją. -
      Usmiechnęła się i w jednej chwili usiadła na przeciw mnie. - Mam piętnaście
      minut przerwy, jak pan chce możemy porozmawiać.
      - Mów mi Vulture. - Odparłem i spojrzałem na jej dłonie. Wypielęgnowane,
      zadbane, niezbyt długie paznokcie, które były zwieńczeniem delikatnych,
      szczupłych palców. Nie mogłem wyjść z podziwu, że pracując w restauracji można
      mieć tak zadbane ręce. - Skąd jesteś? - Zapytałem chcąc podtrzymać rozmowę.
      Było mi potrzeba nagłego odizolowania od spraw związanych z bagnem, w które
      wdepnąłem.
      - Z północy, ze stanu Waszyngton. Dokładniej nie ma, co mówić, bo nikt nie wie
      gdzie to zapomniane przez wszystkich bogów miejsce się znajduję. To cud, że
      zdołałam się uwolnić z tej dziury. - Mówiła nader poprawnie, jak na straszną
      prowincjuszkę. Czuć było rękę dobrego nauczyciela. W wieku trzynastu lat
      wyrwała mnie stamtąd babcia, nie wiem jak się udało przekonać moich rodziców by
      mnie oddali, ale jestem jej za to wdzięczna. Nie mam pojęcia gdzie bym teraz
      była gdyby nie ona. Ale dwa lata temu zmarła, a ja musiałem przerwać szkołę, by
      się utrzymać.
      Słuchałem jej i byłem wdzięczny losowi za ten dar. Poczułem się tak spokojny i
      zrelaksowany, że prawie zapomniałem o czekających mnie dzisiaj sprawach do
      załatwienia. Rozmawialiśmy tak ponad kwadrans, o niej, o tym, co w życiu
      robiła, o mnie, o moim samotnym trwaniu bez celu. Ale rozmowa ta musiała się
      niestety skończyć. Ona wstała pierwsza:
      - Jest pan przemiłym człowiekiem, nie wierzę w to, co mówi się o panu na
      ulicach i to, co mówią czasami policjanci jedzący tu śniadania. - Jej uśmiech
      mógł ściąć z nóg największego macho. - I nie przeszkadza mi, że jest pan ode
      mnie dwa razy starszy. Jak będzie pan miał chwilę to pozwolę się zaprosić na
      spacer lub do kina. - Znów się uśmiechnęła, odwróciła głowę i po chwili znikła
      za drzwiami na zaplecze.
      Posiedziałem jeszcze chwile rozmyślając nad tym, co właśnie doszło do moich
      uszu, położyłem na stole 5 dolarów i wyszedłem, wciskając na głowę kapelusz.

      c.d. niebawem nastąpi, a sam koniec już niedługo, prawdopodobnie w czwartek,
      chyba że coś się zmieni.smile
      • aric P.I. Vulture - Rozdział 10 c.d. 10.06.03, 13:58
        Dochodziła dwunasta, gdy wchodziłem do biura. Znów pusto, znów ten sam znajomy
        zapach. Musiałem się przespać, ale jednocześnie musiałem skończyć to, co
        zacząłem. Postanowiłem, że na wieczór umówię się z Di'aricem, i do końca
        wyjaśnię ta sprawę. Pomocników nie musiałem daleko szukać, zacząłem się
        cieszyć, że świnki trzy były w pobliżu i były mi przychylne. Pierwsze, co
        zrobiłem to napiłem się taniej whisky, której resztki znajdowały się w butelce
        zamkniętej w szufladzie. Była ciepła, ale było mi wszystko jedno. Podniosłem
        słuchawkę i wykręciłem numer do Johna Nulla, odebrała Martolka. Poprosiłem o
        przechowanie do rana dziewczyn. Nikka i Aislin będą bezpieczne tam, gdzie nikt
        ich nie będzie szukał. Bo jak przewidywałem tych, co wiedzieli już dzisiaj nie
        ujrzę. Munky i Love nie będą mieli chyba okazji spotkać się ze mną po wizycie
        Johnego u mojego niedawnego rozmówcy. Dochodziła dwunasta, więc miałem mało
        czadu by umówić się z Di'aricem przy pomocy Munkiego. Wykręciłem numer szefa
        policji. Odebrał, jego głos poznałbym nawet gdyby dochodził ze studni.
        - Czego chcesz, pieprzona gnido? - Warknął.
        - Spotkać się z twoim panem, pieseczku. Mam to, o co mu chodzi.
        - Pierdziel się, za krótki jesteś by się z nim spotkać.
        - No cóż, skoro nie chce przejąć lokalu Teddiego Foura, to nie, ale sądzę, że
        wtedy pretensje będzie miał do ciebie.
        Na chwilę zapadła cisza. Słychać było tylko sapanie. Głośne sapanie myślącego
        wieprza.
        - Dobra, bądź o dziesiątej wieczorem w lokalu Foura. I przywieź tą lalunie z
        białymi oczami, pogadamy.
        - My sobie już nie pogadamy. - Powiedziałem zaraz po odłożeniu słuchawki.
        Pomyślałem chwilę i wykręciłem numer do Czeza. Odebrał po drugim dzwonku.
        - Już myślałem, że nie zadzwonisz. - Powiedział zaraz po tym, jak się
        przywitałem. - To, co skręcimy jakąś małą zadymę wreszcie, bo aż nas ręce
        świerzbią, by dokopać tym, co skrzywdzili małą Nikkę.
        - Dokopiemy, ale na moich zasadach. Będziecie przed dziesiątą w barze,
        zabierzcie Madee, ona jest nam potrzeba, Kristine niech zostanie w hotelu, nie
        możemy jej narażać.
        I odłożyłem słuchawkę. Teraz jedyne, co mi pozostało to się wyspać. Nastawiłem
        budzik na ósmą, wychyliłem do końca zawartość butelki i tak jak stałem padłem
        na wyro, a po chwili ogarnęła mnie głęboka ciemność.
        Z otchłani wyrwał mnie dźwięk tak przenikliwy, że myślałem, że mnie piłą w
        tartaku na deski przerabiają. Zerwałem się jakbym w poduszce miał zamontowane
        sprężyny, które właśnie się zbuntowały i postanowiły mi pomóc w siadaniu.
        Przetarłem oczy i stanąłem na nogach. Śmierdziałem. Woń unosząca się ode mnie
        była mieszanina parającego alkoholu połączonego z potem z wilgotnej marynarki,
        która przesiąkła tym zapachem. Nie było to przyjemne. Jak wystrzelony z procy
        pobiegłem do łazienki i wszedłem pod prysznic, po drodze zrzucając ubranie. Nie
        wiem co mnie podkusiło do tego by nie zdejmować z siebie ubrania. Ale sądzę, że
        po prostu było to ponad moje siły. Prysznic lekko mnie obudził, bo był ciutkę
        za zimny. Pewnie zużyli całą wodę i teraz musiałbym czekać. Ale w sumie to nie
        było sensu narzekać, było mi tego trzeba.
        Pięć minut później wciągnąłem czyste spodnie i przywdziałem świeżą koszulę,
        zaparzyłem kawę i zapaliłem papierosa. Powoli wracałem do stanu równowagi,
        osiem godzin snu było dla mnie niczym dziesięć lat wakacji w tym momencie.
        Siedziałem sobie i myślałem, jak rozegrać całą sprawę, gdy zadzwonił telefon.
        Podniosłem słuchawkę i usłyszałem głos Johnego:
        - Cześć, stary, nie masz pojęcia, co się tu dzieje. - Prawie krzyczał, tak był
        podekscytowany.
        - Podejrzewam, że zwinęli Munkiego. - Odparłem spokojnie zaciągając się dymem.
        - Żeby tylko, Vulture, jesteś wielki, wyszperałem takie rzeczy, że fedsi z
        Ilhanem wpadli i przekopali cały komisariat, no po prostu jazda jak nigdy. -
        Podniecenie w jego głosie rosło. - Ale będziesz musiał siedzieć cicho na tyłku,
        bo pewnie ktoś będzie miał pretensje do ciebie o coś nie coś.
        - Przeżyje.
        - Teraz szukają Di'arica...
        - O kurwa, musisz im to opóźnić! - Wykrzyknąłem nagle. - Nie mogą go znaleźć,
        przynajmniej przez dwie godziny od teraz.
        - Hmmm, no wiesz, ciężko będzie. Ale się postaram, ale musze mieć coś w
        zamian. - Johny to był swój chłop, ale zaczynał chyba przejmować zasadę ręka
        rękę myje, co w Policji było wstępem do łapówkarstwa i zatracenia własnej
        indywidualności.
        - Dobra, bądź o jedenastej w barze Teddego Foura, weź chłopaków i Ilhana, wtedy
        go dorwiecie, ale ja musze wcześniej coś z nim załatwić.
        Johny przystał na moją propozycję, a ja dopiłem kawę, dogasiłem papierosa i
        zszedłem do samochodu. Miałem przed sobą jeszcze godzinę czasu, ale chciałem
        być wcześniej. A po drodze musiałem wszystko raz jeszcze spokojnie przemyśleć.

        Rozdział 11 już jutro, o podobnej porze.smile)) hihihi
    • aric P.I. Vulture - Rozdział 11 11.06.03, 08:44
      11.

      Dzień się miał ku końcowi gdy przemirzałem drogę do Bay City na spotkanie z
      głowną postacia mojej opowieści. Poukładanie sobie w głowie wszystkich faktów
      było dośc męczacym procesem. Po rozmowie z Ilhanem dowiedziałem się wielu
      ciekawych faktów. Kristine Piźmak pracowała dla prokuratury, zbierając dane i
      dowody by usadzić Di.ariaca i wszystkich z nim powiązanych. Zarzucono sieć na
      skrumpowanych tego miasta. Zbierano wszystko co dałoby się wykorzystać
      przeciwko i sprawy szły dobrze, dopuki Kristine nie sprowadziła tu swoich
      sióstr i Madee, której załatwiła prace u Foura. Nikt się nie spodziewał tego,
      że Madee, wyjdzie za mąż, chociaż dostarczała bardzo duzo informacji. Jak
      również nikt sie nie spodziwał, że Kristine wytoczy sprawe o molestowanie.
      Prokuratura nie mogła do tego przyłozyc oficjalnie ręki. Pomogła po procesie i
      zabójstwie Grega Cora wydostać ją z opresji, dała posłuch Madee i jej
      zapewnieniom o alibi. I sprawę zamknieto. I tak całe plany inwigilacji padły, a
      Ilhan chciał, aby ktoś zewnątrz rozprół to co zaczęła prokuratura, a czego
      skończyć już nie mogła. Podczas procesu Ilhan poznał Madee i cos miedzy nimi
      zaiskrzyło, przerodziło sie w romans a następnie w uczucie, które pomogło
      Ilhanowi w dalszym zbieraniu dowodów. Oprucz tego, że Madee była jego kochanką,
      była też jego informatorem. Pod pozorem znikniecia Aislin Pizmak, Madee
      wciagnęła mnie w rozgrywki, w które także została zamieszana. Małżeństwo,
      miłośc, spisek. Normalnie jakbym czytał scenariusz ckliwego filmu klasy B.
      I tak sobie jechałem i myslałem, paląc papierosa co jakiś czas i dochodziłem do
      wniosku, że ktos tu o czymś się dowiedział i chciał zatrzeć slady w
      powiązaniach. Usunięcie dwóch głownych postaci i rzucenie podejrzeń jednak nie
      przyniosło skutku. Teraz ten ktoś chciał jedynej osoby, która mogła go uwolnić
      od podejrzeń. Nie zamierzałem jednak oddac mu przysługi. Jechałem tam, aby
      udupić złego i wrócić z czystym sumieniem do biura. Wypic kilka szklaneczek,
      zapalic wreszcie fajkę i rozegrac partie szachów z samym sobą.
      Dochodziło pół do dziesiątej gdy zajechałem pod bar, należący jeszcze do
      niedawna do Teddiego Foura. Nie byłem jednak pierwszym z zaproszonych. Przed
      tylnym wejściem stały dwa samochody, a obok nich dwóch facetów, wygladających
      jakby masakrowanie twarzy było dla nich otworzeniem konserwy mięsnej. Nie
      lubiłem takich twarzowców, a kto ich lubił? Zapytałem sam siebie parkując auto.
      Gdy tylko wysiadłem, obaj jak duchy pojawili się momentalnie obok mnie. Nie
      brałem spluwy, bo nie widziałem w tym sensu. I tak mieli dużo większą przewage,
      a odebranie mi broni byłoby ich pierwszą czynnościa. Momentalnie mnie
      przeszukali, a wyższy powiedział do mnie:
      - Pan Vulture, jak mniemam? - Zdziwiłem się z jaką grzecznością mnie powitano,
      myślałem, że wezmą mnie za frak i rzuca na asfalt. - Pan Di'aric czeka w środku.
      Nawet mnie nie dotknęli, szedłam pomiedzy nimi z dziwnym uczuciem, że chyba nie
      do konca wszystko mi w tej sprawie jeszcze pasowało. Czyzbym pominał cos czego
      pominąć nie powinienem? Weszliśmy przez tylne drzwi i korytarzem na salę. Było
      tam jeszcze pieciro mężczyzn. Czworo z nich stało, jeden siedział i palił
      cygaro. Inaczej sobie wyobrażałem Di'arica. Zamias grubego i odrażającego
      młota, zobaczyłem szczupłego, mniej więcej w moim wieku mężczyznę. Dobrze
      ubrango i o dziwo, wyglądającego nader przyjaźnie, chociaż cała ta obstawa
      wokół niego zaprzeczała jego wygledowi miłego gościa.
      - Proszę, niech pan siada. Zostawcie nas samych. My sobie porozmawiamy, a wy
      popilnujcie wejścia. Jakby się cos działo, to zawsze nas tu zastaniecie.
      Mówił z bardzo dobrą dykcja. Jak dla mnie to był prawdziwym Rolls-Roysem wśród
      szumowin tego miasta. Nigdy bym nie pomyslał, że własnie taki facet może
      rządzic Buy City i pewnie nie tylko.
      - Jestesmy troszkę za wczesnie. - Powiedziałem spokojnie, przysuwając sobie
      krzesło. Usiadłem na przeciw. - Osobę, o którą panu chodzi przywiezie ktoś
      około dziesiatej.
      - To się dobrze składa, bo bedziemy mieli chwilke aby poromawiać. - Wciął
      głeboki wdech i zapytał: - Własciwie w jakim celu chciał się pan ze mną widzieć
      i dlaczego ukrył pan panią Four?

      c.d.n.
      • aric P.I. Vulture - Rozdział 11 cd 11.06.03, 08:45
        Nie wiem dlaczego, ale przeszło mi nagle przez mysl, że on nie ma nic wspólnego
        z tymi zabójstwami. Ale tylko przez chwilę doznawałem takiego uczucia. Przecież
        to musiał być on.
        - Jak to dlaczego, schowałem ją przed tobą. Twoi przyjamniacy jej szukali.
        - Hmmm, widzi pan, ja od niej chce tylko kupić ten lokal, nic więcej. A
        wysłałem ich, bo są glinami i nie wzbudzali by podejrzeń. Moi goryle to raczej
        niezbyt przyjemni kolesie, ale za to bardzo lojalni. Nie rozumiem więc dlaczego
        ty weszysz wokół tej sprawy.
        - Bo mnie wciagnęła. - Odparłem krótko i popatrzyłem mu w oczy, o dziwo nie
        zauważyłem spojrzenia kłamcy, było to raczej spojrzenie pewnego siebie
        biznesmena, który wygrywa na giełdzie co dzień rano setki dolców. - Zawsze mnie
        zastanawia jak co robicie, że wam tak dobrze z oczu patrzy. A co moszesz mi
        powiedzieć o śmierci Cora i Foura? Chyba nie zaprzeczysz, że miałeś z tym coś
        wspólnego?
        Do'aric znów spojrzał na mnie tym wzrokiem. Znów zaszył w moim umysle
        watpliwości. A ja zaczynałem się co do tych watpliwości przekonywać.
        - To, że oni nie zyją nie jest moją załuga, mnie to jest cholernie nie na rekę.
        Straciłem mase pieniedzy po ich smierci. Kto mi teraz zapłaci ich długi? Może
        ty?
        To był dośc przekonywujący argument, ale ja nie dałem za wygraną.
        - A może chciałes się pozbyc niewygodnych dłużników, którzy chcieli cie
        wyrolować i pod przykrywka spłacania długu robili interesy na boku?
        Sam nie wierzyłem już za bardzo co mówię, ale trzeba było mi jego szczerej
        spowiedzi. Di'aric natomiast jakby się lekko zdenerwował.
        - Nie dość, że te twoje dochodzenie namieszało tyle, że musiałem postawic całą
        dywizje adwokatów po aresztowaniu tych dwóch skorumpaowanych pijawek, to
        jeszcze śmiesz mi zarzucac morderstwo? Zapamietaj sobie. Może i jestem niezbyt
        czystym człowiekiem, może i handluję informacjami, alkoholem i kobietami, ale
        nie zabijam i nikt z moich ludzi też nie. Nie miałem nic wspólnego z tymi
        morderstwami, i nie wiem kto mógłby to zrobić, bo nie byłem w stanie się nawet
        tego dowiedzieć. Wszystkie moje kontakty w prokuraturze nagle stały się martwe,
        mielczące i niechętne na przyjmowanie jakichkolwiek korzysci majątkowych. Przez
        te morderstwa, a zwłaszcza przez to pierwsze straciłem bardzo wiele. Co
        miałbym...
        Nie dokonczył. Z zewnątrz doszedł do nas odgłos strzałów. Nie wiem ile ich
        było, słyszałem na pewno trzy serie z karabinu maszynowego a potem cisza. Obaj
        zerwalismy się na równe nogi, patrzylismy na siebie i nie wiedząc co robić.
        Nagle do sali wtoczył się jeden z ludzi Do'arica. Ledwo szedł trzymając się za
        ubroczone krwia bebechy:
        - Nawet nie wiemy skąd się wzieliiii... - Wycharczał i runął na podłogę.
        Ponownie spojrzelismy na siebie. Kompletnie zbici z tropu. Mogłem się tylko
        domyslać, że moi trzej przyjaciele przybyli na miejsce. I jak zwykle zamiast
        się przywitac załatwili sprawę po swojemu.
        - Kurwa mać. - Zakląłem. - Masz broń?
        Pokrecił przeczaco głową, a jego twarz wyglądała, jakby wiedział, że to
        ostatnie sekundy jego życia. Przez chwilę poczułem się podobnie. Potem
        nastąpiły jeszcze trzy pojedyncze wystrzały i do sali wtargneli Czez, Coop i
        Sroot z karabinami w rękach. Sroot był ranny, ale niezbyt poważnie.
        - To ten? - Zapytał mnie Czez wspakując lufą na Di'arica.
        - Zaczekajcie... To nie jest... - Niestety niedokończyłem. Coop znalazł się
        momentalnie obok mnie i zdzielił mnie kolbą w głowę, nie straciłem od razu
        przytomności. Jeszcze przez kila sekund miałem otwarte oczy. Jak przez mgłę
        widziałem, że Di'aric oberwał podobnie jak ja kolbą, jego ciało zwiotczało.
        Czez i Coop złapali go pod ramiona i wywlekli z lokalu. Potem nastała ciemnośc.

        a zakonczenie jeszcze dziś!!!
    • aric P.I. Vulture - Rozdział 12 - ostatni 11.06.03, 12:06
      12.

      Do świadomości przywrócił mnie ostry zapach octu. Najpierw ujrzałem lekarza.
      Łep mnie napieprzał jak nigdy dotąd. To zaczynało się stawac nudne, juz drugi
      raz oberwałem od tych kmiotków. Zawsze obrywałem od tych po przeciwnej stronie,
      a teraz od sprzymierzeńców. To było jednak cos nowego. Po chwili mój wzrok się
      wyostrzył. Ujrzałem mundury, zobaczyłem błyskające lampy. Cała ekipa już się
      zebrała. Potem dojrzałem twarz Johnego, który się nade mną nachylał. Jakby zza
      metrowej grubości sciany usłyszałem jego głos:
      - Możesz wstac?
      Spróbowałem, ale nie za bardzo dało radę. Johny pomógł mi się podnieść i powoli
      usadowił mnie na krzesle. Dotknąłem skroni, zamiast rany i krwi był plaster
      wielkosci karty do gry. Musiałem troche poleżeć na tej podłodze, pomyslałem i
      rozejrzałem się powoli wokoło. Masa ludzi, wszyscy łazili w tą i spowrotem.
      Pewnie na zewnątrz było jeszcze gorzej.
      - Macie Di'arica? - Zapytałem.
      - Nie, ale to kwestia czasu, zanim go znajdziemy. Odpowie za dwa morderstwa i
      za łapówkarstwo.
      Usmiechnąłem się gorzko.
      - Nie znajdziecie go... Pewnie leży teraz ze dwa metry pod ziemią, albo własnie
      go zakopują.
      Nagle pojawił się obok mnie Ilhan.
      - Kto go zakopuje, gdzie, co się tu stało? - Był bardzo zdenerwowany i wcale mu
      się nie dziwiłem. Też powinienem byc, ale było mi wszystko jedno.
      - Gdzie jest Madee? - Zapytałem z nienacka.
      Obaj z Johnym popatrzyli na mnie.
      - W bezpiecznym miejscu. Dostarczyła nam dowody i zeznania obciążajace
      Di'arica. Chciał ją zabic by przejąc lokal, miał udziały, ale bez pozbycia się
      jej nie mógł nic zrobic. Jak przejął udziały Cora i Foura ci nie byli mu
      potrzebi. Co prawda Munky i Loveleter nie chcą się przyznac do zabójstwa ale
      tylko oni mogli rzucić podejrzenia w taki sposób, by szukano kobiety.
      Pokręciłem głową i sięgnąłem do kieszeni po papierosa. A więc tak to rozegrali.
      No całkiem im to wyszło. Teraz wszystko będa mieli z głowy, a najwięcej na tym
      skorzysta jedna, jedyna osoba, która w zyciu bym nie podejrzewał.
      - Dupa tam, te wasze wywody. Nie przyznaja się, bo tego nie zrobili. -
      Powiedziałem odpalając paierosa. - Chetnie bym się napił. - Wybakałem cicho i
      podniosłem się z krzesła. Chwiejnym krokiem dopadłem butelki stojącej na barze.
      Szklaneczka też była. Jakby na mnie czekaly. Nalałem do pełna i duszkiem
      wypiłem. Johny i Ilhan stali i patrzyli się na mnie.
      - A kto zabił, i kto zrobił ta masakrę?
      Nie chciałem już dalej tego drążyc. Odwróciłem się w ich stronę i zakonczyłem
      całą sprawę.
      - Odpowiedź na pierwsze pytanie to: nie mam pojęcia. A odpowiedź na drugie to:
      nie mam pojecia. - Gdy to powiedziałem, zaciagnąłem się papierosem i znów
      nalałem sobie pełną szklankę i wypiłem. To dodało mi sił. A oni patrzyli na
      moje plecy. I milczeli. Ja natomist dokonczyłem ponownie się odwracając: -
      Odwieź mnie do domu Johny, musze odpocząć. Di'arica nie znajdziecie na pewno.
      Zabrało go trzech facetów, tyle zdążyłem zauważyć zaraz po tym jak wypruli z
      karabinów do jego goryli, i w pare sekund po tym jak oberwałem w łep od jednego
      z nich. Ostatnie co widziałem to jak wywlekaja na zewnątrz nieprzytomnego
      Di'arica. A potem zobaczyłem was.
      - Odwieź go Johny. - Powiedział po chwili Ilhan. - Trzeba będzie się rozejrzeć
      za tymi trzema facetami. A ty Vulture nie wyjeżdzaj za miasto. Bedziemy musieli
      pogadać.
      - Znajdziesz mnie w łożku. - Rzuciłem krótko i ruszyłem w kierunku wyjścia.
      Coraz bardziej pewnym krokiem.
      Tego wieczora nie zagrałem w szachy, nie wypiłem więcej alkoholu i nie
      zapaliłem fajki. Zrobiłem to dopiero następnego wieczoru. Z tym że w szachy
      zagrałem z kims innym. Ale o tym za chwilę. Tamtego wieczora, przyszedłem do
      siebie i zastałem w biurze Madee. Czekała w korytarzu. Nie wiem czy ta wizyta
      była dla mnie zaskoczeniem, nie pamietam. Ale chociaż ledwo sie trzymałem na
      nogach nigdy nie zapmnę tamtej wizyty.

      Za chwilę zakoncze ten przydługi proceder wklejania.smile
      • aric P.I. Vulture - Rozdział 12 - koniec 11.06.03, 12:08
        - Co tu robisz? Przecież miałaś czekać w bezpiecznym miejscu?
        - Musiałam ci wyjaśnić to wszystko, czuje się winna, że cie w to wciagnęłam.
        Te słowa nic dla mnie nie znaczyły. Wsadziłek klucz do zamka od wejściowych
        drzwi i przekreciłem.
        - Nie możesz mnie osadzać. Nie znasz mnie?
        - Nie osądzam cię, ale nie mogę się pogodzic z tym, że zabiłaś dwoje ludzi,
        tego drugiego może nie osobiście, ale jesteś winna jego morderstwa. Nie
        oczekuj, że przejde z tym na porządek dzienny.
        W jej oczach pojawiły sie łzy. Nie wruszyłem się, chociaż pewnie powinienem.
        Dziewczyna ze wsi, która chciała w zyciu coś osiągnąć i osiagnęła, ale w
        sposób, który nie należał do stosownych. Powinienem był jej współczuć, i
        jednoczeście się cieszyć, że z tego świata zniknęło kilku złych ludzi. Niestety
        nie byłem w stanie.
        - Musiałam to zrobić...
        - Nie tłumacz się proszę. To że zabiłas Cora, bo czułaś że jesteś coś winna
        swojej przyjacółce i jej małej siostrzyczce cie nie usprawiedliwa, a to, że
        zabiłaś męża bo zweszyłaś okazję do przejęcia lokalu i oddalenia od siebie
        wszystkich podejrzeń było już bardzo... Nie mogę znaleźć słowa by to opisać.
        Odejdz, zanim zmienię zdanie co do całej sprawy. To był błąd, że przyszłas do
        mnie. Pamietaj, że zawsze będziesz miała na sumieniu dwa życia. Ja mam czyste
        ręce, a ty zrobisz ze swoim brudem co zechcesz, ale mnie w to nie mieszaj.
        - Nie odtracaj mnie. - Złapała mnie za ramię i spojrzała mi w oczy. Makijarz
        się jej rozmazał. - Nie zamykaj tych drzwi, oni byli zli i ja po prostu
        wymierzyłam im sprawiedliwość. Cor wyrządził krzywde nie tylko Nicce, ale także
        mnie. To był zły człowiek...
        Nie słuchałem, nie chciałem słuchac dalej tego co mówiła. Popatrzyłem jej w
        oczy, cos w nich zgasło. Nie wiem czy na poczatku naszego spotkania aż tak się
        co do niej pomyliłem, czy po prostu chciałem aby mnie wciagnęła w tą grę, którą
        zaplanowała prawie do konca. Nie wiem czy prosząc meża Aislin, aby rozprawili
        się z jedynym człowiekiem, który mógłby ją zdemaskować, nie chciała także mojej
        smierci. Teraz było to nie ważne. Nie miałem ochoty jej dłużej oglądac.
        - Odejdz, proszę, nie wydam cię. - Powiedziałem i zdjąłem powoli jej dłoń z
        mojego ramienia. Nie stawiała oporu. Otworzyłem drzwi i wszedłem do biura. Gdy
        je za sobą zamykałem ona stała i dalej patrzyła na mnie. Nie powiedziała już
        więcej ani jednego słowa. Gdy już dzieliły nas zamkniete drzwi odetchnąłem z
        ulgą. Chwile postałem i nasłuchiwałem. Minęło kilkanascie sekund zanim
        usłyszałem kroki na schodach. Podszedłem do okna. Patrzyłem jak ta piekna
        kobieta odchodzi samotnie otoczona nocą, rozświetlaną poprzez neony reklamujące
        uliczne sklepy. Nie zrobiło mi się jej żal. Jedyne uczucie, które we mnie
        tkwiło to współczucie.
        Tej nocy spałem wyjątkowo dobrze i wyjatkowo długo. Obudziłem się około
        południa. Nie zadzwonił żaden telefon. Ani tego dnia, ani przez następne trzy
        dni. Miałem w kieszeni to co pozostało mi z tego tysiąca, który dostałem od
        niej na poczatku. Wyznawałem zasadę, że pieniądze nie smierdzą, a ja brałem je
        w dobrej wierze. No i były mi potrzebne.
        Telefon zadzonił dopiero czwartego dnia. Johny Sighn opowiedział mi finał całej
        tej historii. Di'arica nie odnaleziono. Nie odnaleziono także trzech braci, a
        Kristine jeszcze tej nocy, której dostałem po głowie od Coopa, zabrała Aislin i
        Nikkę i odjechała. I nikt ich nie szukał. Martin Ilhan zamknął śledzwo a
        Munkiego i Love nie oskarzono o morderstwa z braku dowodów, nie skazano ich też
        za branie łapówek i manipulowanie dowodami. Zistali jedynie zdegradowani i
        wyrzuceni z policji. Nie interesowało mnie wcale co się z nimi stało. Nigdy
        więcej ich nie spotkałem.
        Madee otworzyła klub bardzo szybko. Jak na razie grała silną. Nigdy nie
        dowiedziałem się czy Ilhan o wszystkim się dowiedział, ale wiedziałem, że
        prędzej czy później jej tajemnica ich zniszczy.
        A co do mnie, to przy okazji tej historii poznałem świetną dziwczynę. Tego
        dnia, gdy się wyspałem, zszedłem z bijącym szybciej sercem na sniadanie do baru
        na przeciwko.
        Nie musiałem długo czekać, by ją ujrzeć. Pojawiła się natychmiast, jak tylko
        usadowiłem się przy stoliku. Jak zwykle trzymała dzbanek z kawą. Zamówiłem
        śniadanie i poprosiłem by usiadła na chwilę. Nie rozmawialiśmy długo, nie
        musielismy. Kończyła ok siódmej. Nie wiem dlaczego, zaproponowałem jej aby
        poszła ze mną do znajomych, a ona zgodziła się z uśmiechem. Tego wieczora
        pojechalismy do Johna i Marty. Wypilismy, zjedlismy, śmialismy się i
        słuchalismy muzyki prawie do bladego świtu. Gdy kobiety ze soba rozmawiały ja
        rozegrałem wreszcie partię szachów z moim przyjacielem i zebrałem ostre baty.
        Po wszystkim, gdy odwiozłem Foxy do domu pocałowała mnie czule i powiedziała,
        że dawno nie spędziła tak przyjemnego wieczoru w tak miłym towarzystwie. Byłem
        mile zaskoczony, ale następnym razem postanowiłem ją zabrać gdzieś gdzie
        bedziemy tylko we dwoje.

        Koniec!!!

        I tak oto dobiegła ta historia. Wymaga jeszcze kilku poprawek, a nawet wielu.
        Była pisana troszkę na kolanie i po jej wygładzeniu służe oczywiście wersją
        plikowa.smile))
        • foxy21 Re: Pieknie:) 13.06.03, 15:36
          Aric supersmile
          Oczywiscie najbardzie podoba mi sie Foxysmile
          To co, nadal chcesz mnie potrzymac za reke?
          • aric Re: Pieknie:) 13.06.03, 15:45
            To przecież nie ja tylko Vulture.smile)))
            Ja tylko jestem twórcą, wt byliście tworzywem.smile A mnie to tam zakopali pod
            ziemią pewnie.smile
            • nikka007 o matko 13.06.03, 16:04
              pierwszy raz to czytam...
              <jeb>

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka