aric
27.05.03, 14:15
1.
Jako prywatny łaps, prowadziłem wiele spraw. Ale w żadnej jak do tej pory nie
byłem tak wiele razy kołowany i wpuszczany w ślepe zaułki. A zaczęło się
niewinnie, ale jak zwykle od kobiety. Przyszła Do mojego biura wczesnym
popołudniem, ale nie była zwykłą babką jak każda inna. Miała coś w oczach
takiego, co mnie zastanowiło i zainteresowało. Jej wzrok był jakiś dziwny,
niby bystry, przenikliwy, ale coś w nim nie pasowało. Może dlatego, że miała
tak jasne, błękitne tęczówki, że prawie nic poza źrenicami nie można było
dostrzec. Dziwne wrażenie, białe oko z czarna kropką. Podeszła do mnie i nie
pytając o zgodę usadowiła się na krześle. Wyjęła papierosa z cygarniczki i
podpalając sobie, zaciągnęła się tak, jakby orgazm to było małe piwo, a to co
przeżywała dawało jej największą możliwą satysfakcję z dostępnych w ofercie.
Patrzyłem na nią w milczeniu, nie śmiąc nawet otworzyć ust. Zatkało mnie, a
bardzo rzadko mi się to zdarza. Po chwili jej twarz zmienła się nie do
poznania. Stała się normalna i spokojna. Jakby przeszła z euforii w życie
codzienne, w ułamku sekundy. Odezwała się do mnie głosem o niskiej kojącej
barwie, a jej oddech przy każdym słowie zamarzał wśród ciepłego, stęchłego
powietrza w mojej spelunce, nazywanej wzniośle biurem.
- Pan Vulture, jak mniemam. - Skinąłem głową, jako że nie miałem siły na
wydobycie z siebie głosu. - Mam dla pana małą robótkę.
Przełknąłem ślinę, czując posmak papierosa i porannej whisky.
- Tak? - Wyszeptałem.
- Tutaj jest okrągły tysiąc. Proszę przyjść pod ten adres o siódmej wieczorem.
I wstała, a ja patrzyłem ugniatając sobie opuszki palców.
- Ale, chwileczkę... - Próbowałem coś zrobić, zatrzymać ją dowiedzieć się
czegoś, ale już jej nie było. Coś nie tak z moim refleksem, pomyślałem.
Ale cóż, tysiączek to kawał szmalu, a ja cierpiałem ostatnio na brak
pieniędzy. Powiedziała tylko żebym się stawił tam gdzie trzeba i o godzinie
jakiej trzeba. Żadnych zobowiązań. Czemu nie, spróbować warto.
Do siódmej było jeszcze kilka godzin. Miałem czas na małą szklaneczkę i
przekąskę w barze. Zapaliłem sobie Camela i zagłębiłem w myślach sącząc
powoli wysokoprocentową ciecz o kolorze impregnantu do drewna. Bała, że tek
powiem niezbyt markowa, ale tania i dawała oczekiwany efekt.
Myślałem o jej źrenicach zagubionych w bieli. Wciągnęło mnie to. Byłem
ugotowany jak jajko na twardo.
Po trzech godzinach byłem na lekkim rauszu, najedzony i gotowy do spotkania.
Zgarnąłem z szuflady Lugera i wpakowałem go do kabury pod pachą. Dogasiłem
papierosa, który wypalił się w samotności, podczas moich przygotowań do
wyjścia. Wyjąłem następnego z paczki, zostały tylko dwa. Nie najlepiej, jak
przyjdzie mi czekać, czas będzie się dłużył. Chciałem być wcześniej. Usiąść
przy barze w umówionym miejscu i wtopić się w otoczenie obserwując gości znad
szklaneczki. W knajpie przepłacę. Ale cóż, naruszyłem otrzymaną sumkę i
wziąłem jeden banknot z dwoma zerami. Schowałem do portfela, gdzie
towarzystwem dla setki były dwie jedynki, a następnie portfel włożyłem do
wewnętrznej kieszeni marynarki. Ostatnie spojrzenie w lustro. Trochę
zmarszczek, ale jeszcze w formie co? Powiedziałem w myślach do odbicia i
zgasiłem światło wychodząc pokoju.
Odpaliłem starter w moim Packardzie, silnik zaskoczył od razu. Ależ ja lubię
ten warkot, niczym stado szerszeni przelatujących nad głową w ciepłą noc.
Zerknąłem w boczne, lekko nadtłuczone lusterko i ruszyłem. Dzień jeszcze był
w pełni, ale widać było, że słońca za chwilę miało zgasnąć. Bay City, bo tam
zmierzałem nie wróżyło nic dobrego. Tamtejsze gliny znały mnie dobrze, a je
znałem ich. Nie raz już miałem potyczkę, i nie tylko słowna z tymi cepami z
kapustą zamiast mózgu w czaszce. W barze jednak widniejącym na karteczce z
adresem nigdy nie byłem, a nawet o nim nie słyszałem. Musieli niedawno
otworzyć. Pożyjemy zobaczymy.
Przez jakieś dwadzieścia minut jechałem jedynie przed siebie, dojrzałem zjazd
i pomknąłem prawie nie zwalniając w kierunku przeznaczenia. Cały czas miałem
wrażenie, że nie poruszam się samotnie, ale takie przeczucia to była
codzienność. W tym zawodzie trudno było się uwolnić od uczucia, że ktoś mnie
śledzi. Skrzywienie zawodowe, ot co. Ale dla pewności zatrzymałem się aby
wypalić ostatniego papierosa. Gdy upewniłem się siedząc na masce samochodu,
że nikt za mną nie podąża, ruszyłem ponownie. Do celu było niedaleko.
Dotarłem na miejsce 6 z minutami. Zaparkowałem wóz obok białego Chevroleta
Cabrio. Odruchowo zajrzałem do środka, był to samochód kobiety. Lusterko
wsteczne było charakterystycznie ustawione. Uśmiechnąłem się pod nosem,
cisnąłem zgniecioną pustą paczkę Cameli i ruszyłem do środka.
Przed wejściem stał wielki murzyn bez zarostu.
- Jak leci.- Rzuciłem mimochodem, dając mu dolara. Popatrzył na banknot i na
mnie jak na obdartusa, ale dolara wziął. Złożył na pół i schował do bocznej
kieszeni spodni. Uśmiechnął się z bólem i otworzył drzwi wejściowe.
Wkroczyłem niczym paw, ale już po chwili zrobiłem się malutki. Nie pasowałem
do tego towarzystwa. Byli jak dla mnie za ładni.
Dopadłem cichcem bar, uważając, aby zwrócić na siebie jak najmniej uwagi.
Usadowiłem się na stołku. Rozejrzałem się do koła a mój wzrok zatrzymał się
na barmanie. Skinąłem lekko głową. Barmanem był postawny biały facet w wieku
mniej więcej lat 26-28. Miał dobrą aparycję i był prawie tak dobrze zbudowany
jak ja.
- Czym mogę służyć. - Zapytał bardzo męskim głosem. Jego głos musiał działać
na kobiety jak afrodyzjak.
- Podwójną szkocką i paczkę Cameli. - Popatrzył na mnie badawczo, ale jak
wyciągnąłem magiczny banknot to stał się nad wyraz przyjacielski.
Odszedł i za chwilę pojawił się z zamówieniem. Zostawił resztę i gdy chciał
odchodzić, złapałem go za rękaw. Lekko szarpnął, ale nie uwolnił się.
Ściągnąłem go do siebie i cicho zapytałem:
- Powiesz mi coś młodzieńcze?
Skinął głową biorąc 10 dolców.
- Co to za knajpa i kim są z grubsza ci ludzie?
Rozejrzał się po sali, zataczając obszerny łuk głową i wrócił do punktu
wyjścia, czyli moich oczu.
- Właścicielem jest Teddy Four. - Powiedział szeptem, a ja wpasowywałem sobie
to nazwisko w moje szare komórki. Został zaznaczony jako komórka nr 1. Postać
główna. - Bar istnieje od trzech miesięcy, a goście to głównie grube szychy.
- Czym ten facet się zajmuje? - Jakieś ciemne interesy mi po głowie chodziły
w wykonaniu tego gościa, jednak pozory mogą czasem mylić, a moim zawodzie
łatwo o sugestywne myślenie. Puściłem więc rękaw barmana i odpieczętowałem
paczkę papierosów. Barman wykonał ruch podobny do psa otrzepującego się z
wody, jakby chciał zrzucić z siebie moje odciski palców i bród zza moich
paznokci, który mu pozostawiłem na białej koszuli. Wyglądało to dość
komicznie, więc odpuściłem sobie komentarz.
Błysnął płomień zapalniczki, a ja zaciągnąłem się łagodnym dymem i odwróciłem
lekko głowę w kierunku sali. Moją uwagę przykuła znajoma twarz. Młody
policjant, siedzący o dwa stoliki od baru. Siedział samotnie i obserwował
tańczącą panienkę, niekoniecznie ubraną wedle obowiązujących zwyczajów.
Podszedłem do niego zabierając ze sobą szklaneczkę i bez pytania o zgodę
zasiadłem na przeciwko zasłaniając widok.
c.d.n.