Dodaj do ulubionych

W Warszawie zagrali KING CRIMSON

16.06.03, 22:15
W skrócie to było tak: panowie ładnie zachowali się, grając na koniec kilka
bardziej znanych utworów z lat osiemdziesiątych i „Red”. A przez poprzednie
półtorej godziny grali utwory z trzech ostatnich płyt – wymieszane, żeby nie
było wiadomo, co jest z której. Dwa kawałki z płyty „Thrak” („One Time”
i „Dinosaur”wink wyróżniały się, ponieważ publiczność klaskała na początku.
A teraz na poważnie: King Crimson, w składzie: Fripp (naturalnie ukryty z
boku sceny), Belew, Mastoletto i Gunn dali dwugodzinny koncert w ramach
kolejnej edycji Warsaw Summer Jazz Days. Utwory (faktycznie w proporcji jak
powyżej) zostały niewątpliwie wykonane z dużą kulturą, bez szczególnych (poza
drobnymi wyjątkami) odstępstw od studyjnych pierwowzorów. Większość zespół
zagrał jedynie nieco mocniej, bardziej hałaśliwie, na czym niektóre zyskały
(”ProzaKc Blues”wink, inne straciły („Dinosaur”, w którym Belew poza tym nie był
w stanie czysto odtworzyć partii wokalnej), a z innymi („The Power To
Believe”wink nic się nie stało szczególnego.
Porównując sobie koncert Yes z wczoraj, w tej samej sali, King Crimson nie
mają specjalnie dobrego kontaktu z publicznością – dopiero pod koniec Belew
powiedział kilka zdań do widowni, a przedtem tylko raz na pół godziny
mówił „Thank You”. Muzycy wpasowali się w pewną konwencję – mimo, że grają
chyba najostrzej w swojej karierze, nie robią widowiska. Jeśli któryś z nich
ma w utworze „wolne”, po prostu zastyga w bezruchu i czeka na swoją kolejkę.
Mimo to ludzie przyjmowali każdy utwór dość ciepło (zwłaszcza starsze, co
chyba zrozumiałe).
Osobiście odczuwam pewien niedosyt, a także zmęczenie repertuarem nowego KC
w tak dużej dawce. Nie chcę bluźnić, ale mam wrażenie, że możliwości King
Crimson w tym składzie uległy wyczerpaniu i po prostu czas zacząć coś nowego.
Poza tym – co jest już bardzo osobistym powodem mojej chęci zmian w grupie –
jest fakt, iż nigdy nie przekonałem się do śpiewu Belewa. Moim ukochanym
wokalistą King Crimson jest John Wetton, ale i Lake’a i Burrella, i Haskella
lubię za melodyjność w głosie, której Belew nie posiada. Podczas koncertu
kilkakrotnie miałem wrażenie, że się męczy, śpiewając w wyższych rejestrach.
Cieszę się, że tam byłem, ale gdybym nie był, a wiedział, co i jak zagrają,
pewnie bym z rozpaczy też nie szalał. Czas na zmiany, panowie...
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka