10.10.07, 12:30
Pisał Marceli Szpak, piszę i ja.

Najpierw, gdy bywamy jeszcze nieprzygotowani, zwracamy uwagę na głos.
Nieokrzesany, wyuzdany, nieprzeparty. Ostry jak zardzewiała brzytwa mordercy,
zakręcony jak włosy szaleńca na wietrze, skrzeczący do bólu. Nie powinniśmy
liczyc, ile litrów whisky i paczek cygar zużyto, by stworzyc to cudeńko - bo
sam Waits tego nie policzył...

A potem, gdy uszy dostosują się do całkiem nowego brzmienia, gdy już uwiedzie
nas jakaś melodia (a tak będzie!), uderza nas coś jeszcze: prawda. Szczerośc.
Wielka, artystyczna uczciwośc. Wiemy, czujemy, że każda piosenka jest
wyrywaniem (z serca) kawałka siebie; każdy utwór zabiera z mistrza trochę
siły, wiary, krwi - i przelewa je na słuchacza. Można się od tego
zdystansowac, można się odwrócic, ale trzeba przyznac, że te nuty, te słowa
(które artysta "wydusza" z siebie, niczym straszliwe wyznania, by innym razem,
prawie krzykiem, opisywac swe nocne wizje) są emanacją osobowości -
prawdziwym odbiciem tego, kim był i jest Tom Waits.

Jest w tym też i mistrzostwo formy (bo rzadko który mógłby powtórzyc te
melodie) i dzika awangarda (granie na krześle, granie posypywanym ryżem), i
poezja. A przy tym to doskonałe operowanie nastrojem. Możemy w jednej chwili
cofnąc się do czasów dzieciństwa i, kołysani tymi dźwiękami, poczuc się jak w
domu. Tęsknota wymieszana z euforią, czułośc z rozdrażnieniem (Hold on;
trochę jeszcze zostało z początków kariery...), zdziwienie z trwogą (What's he
building?) itp.

"Mule variations" nie jest może najlepszą jego płytą - ale z pewnością pozwala
marzyc...
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka