Blondie – The Curse Of Blondie
Przyznam, że zawsze miałem mieszane uczucia w stosunku do tej grupy. Z jednej
strony lubiłem Debbie Harry za głos i nie tylko (oczywiście, ekhm, mówię o
czasach archiwalnych), a z drugiej moje wątpliwości budziła zawsze sama
muzyka Blondie. Niby wyrośli z punka, niby na początku grali ostrzej, ale co
z tego – pamięta się ich za popowe, wręcz dyskotekowe przeboje jak „Heart Of
Glass”, „Call Me” czy „Atomic”. Powrót Blondie po sporej nieobecności
(choroba Chrisa Steina, solowa kariera Debbie Harry) z albumem „No Exit”
okazał się na tyle udany, że po jakimś czasie zespół postanowił nagrać
kolejny album. No i „The Curse Of Blondie” ujrzało niedawno światło dzienne.
Płyta – mimo iż promujący ją singiel „Good Boys” (taka kopia „Heart Of
Glass”

był dość chwytliwy – nie wchodzi od razu. Być może z powodu swojej
długości (czternaście utworów, niektóre trwają po 6 – 7 minut), być może z
powodu zbyt dużego misz-maszu stylistycznego: tu trochę rocka, tam nieco
elektroniki, tu zmienimy barwę głosu... niby to pop, ale dość urozmaicony.
Tylko jak na pop, nieco za mało przebojowy. Najbardziej hitowe są tu „Undone”
(brzmi jak utwór grupy Garbage, która przecież z dorobku Blondie czerpie
pełnymi garściami), wspomniane „Good Boys” i „End To End”. Fajne, dynamiczne
kawałki z chwytliwymi melodiami. Jest też na albumie nieco refleksyjności,
miejscami przeradzającej się w anemię (otwierający album „Shakedown” czy
następujące po sobie „Background Melody” i „Magic” mogą wywołać nawet spore
znużenie). Jest również kilka momentów, w których ożywa na chwilę gitara
(„Golden Rod”

, jest też nieco ‘przebojowości inaczej’ – tzn. piosenka się
podoba, ale na singla się nie nadaje („Hello Joe” czy kakofoniczne „Desire
Brings Me Back” ze śmiesznym wstępem). Może to i dobrze, przynajmniej można
uniknąć podejrzeń o bezduszną popową superprodukcję.
Płytę zamyka utwór na szczęście bardziej udany od tego, który ją
otwiera, „Songs Of Love”. Trwa wprawdzie niepotrzebnie prawie siedem minut,
ale udaje mu się wytworzyć ciekawy klimat dzięki ładnej melodii i wyjątkowo
wysmakowanej, choć mało oryginalnej aranżacji.
Nadal mam mieszane uczucia... a żeby było śmieszniej, album jest dość równy i
stanowi jakąś tam całość. Na pewno bardziej niż „No Exit”...
P.S. Nie wypowiem się obszernie na temat tego, co się dzieje na różnych
wersjach singla „Good Boys”. Miałem wrażenie, że podstawowa wersja jest już
wystarczająco taneczna...