Dla niektórych płyta roku, dla mnie spore rozczarowanie. Wyobrażałem sobie,
że przynajmniej ten zespół udźwignie odpowiedzialność, wynikającą ze zdobytej
renomy, a tu jednak niemiła niespodzianka…
Dream Theater nagrywają nie od dziś i czerpią z różnorodnej tradycji muzyki
rockowej. W ich nagraniach słychać jednocześnie wpływy Iron Maiden czy Black
Sabbath, ale też i Yes. Jednocześnie muzycy wypracowali od lat rozpoznawalny,
dość wirtuozerski styl, którym niezmiennie czarują na kolejnych albumach. No
ale w końcu nikt nie jest doskonały i każdemu noga powinąć się może…
Na „Train Of Thought”, -nastym już albumie grupy, dominuje gitara. Niby tak
być powinno, ale pod warunkiem, że ma coś ciekawego do zagrania. A John
Petrucci jakby nie miał specjalnie pomysłu na to, co zagrać. Czasem riffy są
bezmyślnie łupane, tylko po to by przydać czadu kompozycjom, ale jest to
odegrane bez melodii, bez specjalnego feelingu. Po macoszemu potraktowane
zostały instrumenty klawiszowe. Za czasów Kevina Moore, i zwłaszcza Dereka
Sheriniana, organy, syntezatory czy zwykłe pianino były częściej słyszalne.
Na „Train Of Thought” nieśmiałe dźwięki fortepianu pojawiają się dopiero w
połowie drugiego utworu i nikną w hałasie sekcji rytmicznej, dopiero potem
jest NIECO lepiej. Najsłabszym ogniwem grupy był dla mnie zawsze i pozostanie
wokalista James LaBrie - poprawny, z mocnym, ale bardzo nijakim i
nieciekawym głosem. LaBrie ani nie wyróżnia się spośród tysięcy podobnych
rockowych krzykaczy, ani nie wnosi nic do repertuaru grupy (na „Train Of
Thought” napisał tylko tekst do jednego utworu).
No i same kompozycje… nie za bardzo jestem w stanie stwierdzić, po co zespół
zabiera się za nagrywanie czegoś, co brzmi jak pastisz Metalliki („As I Am”,
jakby żywcem przeniesione z „czarnego albumu” lub dwóch następnych płyt),
niezbyt ciekawy, zresztą. Nie powala także kolejny na płycie „This Dying
Soul” (nawiązujący do „The Mirror” z „Awake”

, który trwa 11 i pół minuty, a
już po trzech ma się ochotę przewinąć do przodu. „Marudząca”, monotonna
melodia przerywana jest mało ciekawym riffem, podczas którego niby ma się
robić bardziej dynamicznie, ale wcale tak nie jest. Niby jest dużo przejść,
liczne zmiany tempa, ale nie robi to zamierzonego wrażenia. Po prostu
przelatuje obojętnie i (może poza kilkoma solami Petrucciego) nie pozostawia
nic… Zdecydowanie brakuje mi tu przejść i pasaży organowo-gitarowych, którymi
na poprzednich płytach DT karmili słuchaczy zdecydowanie częściej.
Bardziej kameralny i balladowy z początku „Endless Sacrifice” toczy się
tradycyjnie, acz bardziej dostojnie i symfonicznie niż dwa utwory na
początku. Tu rozmach, do którego Dream Theater mnie przyzwyczaili, nareszcie
się pojawia. Wreszcie Petrucci odgrywa świetne solówki, nareszcie budzi się
Rudess i o to chodzi. Niestety, klimat typu „chłopaki, dajmy czadu” powraca w
nagraniu kolejnym, „Honor Thy Father”, gdzie znów przeważają mało ciekawe
riffy i dopiero gdzieś tam w środku pojawia się bardziej atrakcyjny fragment.
Solówka syntezatorowa (brawa dla Rudessa), którą słychać pod koniec
kompozycji, zaciera nieco wrażenie nijakości. Najkrótsze na płycie, bo
niespełna trzyminutowe „Vacat” (z tekstem LaBrie, polegającym raczej na grze
skojarzeń niż na konkretnej treści), to melancholijny wstęp do następującego
po nim instrumentalnego „Stream Of Consciousness”, które miejscami sprawia
wprawdzie wrażenie „strumienia nieświadomości”, ale jest to zdecydowanie
najciekawszy fragment „Train Of Thought”, pełen zagranych z polotem partii
solowych Petrucciego i Rudessa. Album zamyka równie rozbudowana
kompozycja „In The Name Of God”, jednak zdecydowanie mniej ciekawa niż
poprzedniczka. Wprawdzie wszystko jest na swoim miejscu, ale grupa postawiła
znów dynamikę ponad melodyką, co nie wyszło całej kompozycji na dobre.
Zdarzają się rewelacyjne momenty pełne uniesienia, a czasem muzycy brną w
monotonny banał. Dziwna ta płyta strasznie…
A teksty? No cóż, standardowe – przede wszystkim o zwątpieniu, wynikającym z
samotności, jaka otacza człowieka we współczesnym świecie. Samotności
niekoniecznie w tzw. związkach, ale w bardziej globalnym ujęciu. Słowa mniej
lub bardziej moralizatorskie, nie sposób jednak odmówić ich autorom (a
właściwie autorowi, bo lwią część napisał Petrucci) racji. Zresztą, teksty DT
to materiał do osobnej analizy.
Na plus, tradycyjnie, można zapisać grupie nienaganną realizację dźwięku
(albumu, nawet w formie kasetowej, naprawdę przyjemnie się słucha) i
atrakcyjną szatę graficzną. Wkładkę wypełniają – poza tekstami utworów –
intrygujące, czarno-białe kolaże.
Co by uprzedzić różne ataki – nie uważam, że płyta jest na wskroś denna. Jest
całkiem przyzwoita, ale jak na poziom, do którego przyzwyczaili słuchaczy
Dream Theater, jest po prostu przeciętna, a takim zespołom nie wolno nagrywać
przeciętnych płyt… Nie jest źle, mogło być po prostu ciekawiej. Choć tak
udanego przynudzania życzę wielu innym, nowym zespołom…