Myślałem, że będzie znacznie gorzej, a tu całkiem miła niespodzianka…
Oczywiście, nie wszystko było takie, jakim można by to sobie wymarzyć, ale po
kolei.
Parę minut po godzinie dwudziestej w napełnionym zaledwie w połowie Torwarze
zagrała IRA. Na szczęście występ był krótki i składał się z singla „Mocny”
oraz kilku hitów z albumu „Mój dom”. Nie przepadam za tym zespołem, ale
widziałem sporo ludzi w koszulkach z logo tegoż, więc śmiem twierdzić, iż
część publiczności z radością przyjęła wiadomość o tym, że to właśnie
radomska grupa rozgrzewa przed gwiazdą. Artur Gadowski śpiewał dobrze, muzycy
starali się zabrzmieć bardzo rockowo i za cholerę nikt mnie nie przekona do
tego zespołu, będącego wybitnym przedstawicielem rocka rolniczego.
Po krótkiej przerwie na scenę wkroczyli weterani z Def Leopard i dali
koncert, który mnie zaskoczył z kilku powodów. Po pierwsze, zagrali z
naprawdę sporym kopem, którego nie spodziewałbym się po przesłuchaniu ich
ostatnich albumów, zwłaszcza cieniutkiego „X”, który w zamierzeniu promować
miała trasa, obejmująca i nasz kraj (w zamierzeniu, bo płyta wyszła rok temu,
i kto ją miał kupić, to już kupił). Po drugie, zaskoczył mnie In plus dobór
repertuaru - tylko trzy ballady (oczywiście „Love Bites”, niestety „When
Love And Hale Collide” i akustycznie zagrana „Two Steps Behind”

, a pozostałe
półtorej godziny szybkie, żywiołowe i same najlepsze numery. Co do
repertuaru, nie wymienię w tej chwili wszystkich zagranych kawałków, ale były
wszystkie hiciory z albumu „Hysteria”, a także „Photograph”, „Action Not
Words” i „Foolin” z „Pyromanii”, „Make Love Like A Man” i „Let’s Get Rocked”
(na finał) z „Adrenalize”, na szczęście tylko dwa kawałki z „X”
(singlowe „Now” i „Four Letter Word”

i jeszcze kilka innych, tylko w tej
chwili nie pamiętam. Jeśli o moje prywatne upodobania chodzi, zamieniłbym
nieszczęsne „When Love And Hale Collide” (ostatni duży przebój w Europie) na
jakąś inną balladę, np. „Bringing On The Heartbreak” i wywaliłbym
kiepściutkie „Now”, i tak zagrane lepiej niż na płycie.
Plusy to także wspaniała forma instrumentalistów – solówki odegrane albo jak
na płytach, albo równie ciekawie (rzuciła mi się w uszy rozbudowana
wersja „Rocket”

, doskonały kontakt z publicznością, no i wyżej wspomniany
dobór utworów.
Minusy dwa poważne:
1. Głos wokalisty – zdarty, zniszczony, czasem nie dawał sobie rady z
wyższymi partiami (na szczęście wyręczał go dzielnie chórek).
2. Nagłośnienie – mało selektywne, częściowo nie było słychać wokali,
zagłuszanych przez gitary (co ciekawe, podczas występu Iry było słychać).
Miejscami brzmienie gitar zamieniało się w papkę.
Można Def Leopard lubić albo nie, ale ja tam się dobrze bawiłem. Mam
nadzieję, że tego typu koncerty są pierwszym krokiem muzyków po rozum do
głowy. A jak już go zdobędą, to może uda im się jeszcze nagrać kiedyś
przyzwoity album. Bardzo im tego życzę.