Miałem już częściowo napisaną i mi dzis Lukas przypomniał, hehe
***
Kolejny, dwa tysiące siedemset dziewięćdziesiąty ósmy już album w dyskografii
Ricka Wakemana (no, może troszkę się pomyliłem w obliczeniach, ale o to nie
trudno, gdy artysta nagrywa albumy prawie co drugi dzień) ukazał się jakiś
czas temu, ale dopiero niedawno wszedłem w jego posiadanie, ponieważ nie
mogąc nabyć go w sklepie, przegrałem sobie płytę od znajomego i teraz cieszę
nim uszy.
Album, jak to zwykle w przypadku Wakemana, ma jakąś tam myśl przewodnią.
Ponieważ na okładce albumu można podziwiać wyrzuconą przez okno maszynkę do
mięsa na tle rozgwieżdżonego nieba, domyślić się można, że tematyką albumu
będzie podróż w kosmosie. Kosmiczne zaiste brzmienia, ale bardzo dla Wakemana
charakterystyczne, towarzyszą nam już od samego początku płyty.
Trzynastominutowy utwór tytułowy wprowadza nas w podróż zmiennym tempem,
świetnymi pasażami syntezatorowymi, które brzmią nieco znajomo
i „kosmicznym”, przestrzennym brzmieniem, uwydatnionym przez chór. Najmniej
interesująco wypada dla mnie wokalista Damien Wilson, ale na szczęście nie
śpiewa przez cały czas. Po prostu mam wrażenie, że chłopak się dusi, biorąc
wyższe dźwięki, ale to jego zmartwienie, nie moje. Drugi na płycie „The
Mission” to dynamiczny kawałek z wyraźnie zaznaczoną gitarą. Napiętnowany
jest wprawdzie brzmieniem lat osiemdziesiątych, ale po Wakemanie chyba nikt
nie oczekuje w tej chwili rozwoju i nowoczesności. Facet wypracował swój styl
lata temu i raczej niemożliwe jest, by go zmieniał. Gdyby nie czas trwania
pieśni, „The Mission” byłoby po prostu piosenką, taką zwykłą, tylko trochę
lepszą niż radiowy chłam, bo fajerwerków w niej niewiele. W połączeniu ze
śpiewem Wilsona całość przypomina mi nieco dokonania Alan Parsons Project czy
Mike & Mechanics ale w tym pozytywnym wydaniu. Inny nieco klimat ma „To Be
With You” – jest mało dynamiczne, wręcz monotonne, ale bardzo klimatyczne.
Znowu niestety przeszkadza mi nieco „marudzący” głos wokalisty, czasem
szczęśliwie zagłuszany przez chór. Facet mi jakoś nie pasuje do tej muzyki i
jest za bardzo wyeksponowany – przeciętny głos należało gdzieś upchnąć, a nie
wywalać na pierwszy plan. Ożywienie nadchodzi wraz z hardrockowym wręcz
riffem „Universe Of Sound” (tu mi na myśl przyszło to, co wygrywa w „Tempus
Fugit” Chris Squire), w którym spotykają się tradycyjne elementy hard rocka
właśnie i rocka progresywnego – wielowątkowość, połączenie ostrych gitar i
ekspresyjnego śpiewu wokalisty z klawiszowym tłem. W ogóle pojedynki gitarowo-
syntezatorowe przywodzą na myśl sporo innych zespołów, ale sądzę, że Wakeman
w świadomy sposób nawiązał do tradycji, którą sam przecież
kształtował. „Music Of Love” podobnie zaczyna się rockowym riffem i jest w
pewnym sensie kontynuacją poprzedniego utworu. Żeby było śmieszniej, kojarzy
mi się z Yes epoki Rabina, czyli okresu, w którym Wakemana nie było w
zespole. Podobny zresztą kawałek śpiewał Rabin na płycie RW „Return To The
centra Of The Earth” (chodzi mi o utwór „Never Is A Long Long Time”

. I znów
klawisze pojedynkują się z gitarą, ale w poprzedniej kompozycji brzmiało to
bardziej efektownie, co nie znaczy że w tej jest źle. Na koniec Ryszard
Obudźsięfacet serwuje mój ulubiony fragment, „Cathedral Of The Sky”, który
rozpoczynają niby-bachowskie organy kościelne (Bach to chyba ulubione źródło
inspiracji rocka progresywnego i okolic), przeradzające się w podniosły finał
z chórem w roli głównej. Na koniec dołącza jeszcze gitara i… lot zakończony.
Prosimy rozpiąć pasy i wysiąść. Albo polecieć jeszcze raz.
Po kilkunastu przesłuchaniach mogę śmiało napisać, że Rick Wakeman wydał
jeden z lepszych albumów, jakie mu się udało nagrać w ciągu ostatnich
dziesięciu-piętnastu lat. Piszę to nie dlatego, że lubię i cenię tego
artystę, ale nie jestem w stanie bezkrytycznie podejść do dziesiątek płyt,
które nagrał, a których nie jestem w stanie przesłuchać. Przy takiej ilości
jasne jest, że większość będzie mało wartościowa, a część to utwory nagrywane
na nowo w kolejnych wersjach, dzięki czemu w dyskografii RW łatwo się
pogubić. „Out There” to sensownie zaplanowana płyta (uwaga – jedyna w tym
roku, chyba dlatego że Wakeman zajęty jest koncertowaniem z Yes), a nie zbiór
kompozycji z cyklu „Rick siada przy pianinie i gra, co popadnie, a potem
nadaje mądre tytuły kolejnym utworom”.
Wiadomo, że w obecnych czasach te wszystkie kosmiczne odyseje i misje
międzyplanetarne mogą wydawać się śmieszne. W latach siedemdziesiątych była
moda na takie rzeczy i Wakeman najwyraźniej próbuje ją wskrzesić. Pewnie mu
się nie uda, ale takiego albumu zawsze przyjemnie posłuchać.