Dodaj do ulubionych

RICK WAKEMAN "Out There" recenzja

25.12.03, 22:59
Miałem już częściowo napisaną i mi dzis Lukas przypomniał, hehe wink

***

Kolejny, dwa tysiące siedemset dziewięćdziesiąty ósmy już album w dyskografii
Ricka Wakemana (no, może troszkę się pomyliłem w obliczeniach, ale o to nie
trudno, gdy artysta nagrywa albumy prawie co drugi dzień) ukazał się jakiś
czas temu, ale dopiero niedawno wszedłem w jego posiadanie, ponieważ nie
mogąc nabyć go w sklepie, przegrałem sobie płytę od znajomego i teraz cieszę
nim uszy.

Album, jak to zwykle w przypadku Wakemana, ma jakąś tam myśl przewodnią.
Ponieważ na okładce albumu można podziwiać wyrzuconą przez okno maszynkę do
mięsa na tle rozgwieżdżonego nieba, domyślić się można, że tematyką albumu
będzie podróż w kosmosie. Kosmiczne zaiste brzmienia, ale bardzo dla Wakemana
charakterystyczne, towarzyszą nam już od samego początku płyty.
Trzynastominutowy utwór tytułowy wprowadza nas w podróż zmiennym tempem,
świetnymi pasażami syntezatorowymi, które brzmią nieco znajomo
i „kosmicznym”, przestrzennym brzmieniem, uwydatnionym przez chór. Najmniej
interesująco wypada dla mnie wokalista Damien Wilson, ale na szczęście nie
śpiewa przez cały czas. Po prostu mam wrażenie, że chłopak się dusi, biorąc
wyższe dźwięki, ale to jego zmartwienie, nie moje. Drugi na płycie „The
Mission” to dynamiczny kawałek z wyraźnie zaznaczoną gitarą. Napiętnowany
jest wprawdzie brzmieniem lat osiemdziesiątych, ale po Wakemanie chyba nikt
nie oczekuje w tej chwili rozwoju i nowoczesności. Facet wypracował swój styl
lata temu i raczej niemożliwe jest, by go zmieniał. Gdyby nie czas trwania
pieśni, „The Mission” byłoby po prostu piosenką, taką zwykłą, tylko trochę
lepszą niż radiowy chłam, bo fajerwerków w niej niewiele. W połączeniu ze
śpiewem Wilsona całość przypomina mi nieco dokonania Alan Parsons Project czy
Mike & Mechanics ale w tym pozytywnym wydaniu. Inny nieco klimat ma „To Be
With You” – jest mało dynamiczne, wręcz monotonne, ale bardzo klimatyczne.
Znowu niestety przeszkadza mi nieco „marudzący” głos wokalisty, czasem
szczęśliwie zagłuszany przez chór. Facet mi jakoś nie pasuje do tej muzyki i
jest za bardzo wyeksponowany – przeciętny głos należało gdzieś upchnąć, a nie
wywalać na pierwszy plan. Ożywienie nadchodzi wraz z hardrockowym wręcz
riffem „Universe Of Sound” (tu mi na myśl przyszło to, co wygrywa w „Tempus
Fugit” Chris Squire), w którym spotykają się tradycyjne elementy hard rocka
właśnie i rocka progresywnego – wielowątkowość, połączenie ostrych gitar i
ekspresyjnego śpiewu wokalisty z klawiszowym tłem. W ogóle pojedynki gitarowo-
syntezatorowe przywodzą na myśl sporo innych zespołów, ale sądzę, że Wakeman
w świadomy sposób nawiązał do tradycji, którą sam przecież
kształtował. „Music Of Love” podobnie zaczyna się rockowym riffem i jest w
pewnym sensie kontynuacją poprzedniego utworu. Żeby było śmieszniej, kojarzy
mi się z Yes epoki Rabina, czyli okresu, w którym Wakemana nie było w
zespole. Podobny zresztą kawałek śpiewał Rabin na płycie RW „Return To The
centra Of The Earth” (chodzi mi o utwór „Never Is A Long Long Time”wink. I znów
klawisze pojedynkują się z gitarą, ale w poprzedniej kompozycji brzmiało to
bardziej efektownie, co nie znaczy że w tej jest źle. Na koniec Ryszard
Obudźsięfacet serwuje mój ulubiony fragment, „Cathedral Of The Sky”, który
rozpoczynają niby-bachowskie organy kościelne (Bach to chyba ulubione źródło
inspiracji rocka progresywnego i okolic), przeradzające się w podniosły finał
z chórem w roli głównej. Na koniec dołącza jeszcze gitara i… lot zakończony.
Prosimy rozpiąć pasy i wysiąść. Albo polecieć jeszcze raz.

Po kilkunastu przesłuchaniach mogę śmiało napisać, że Rick Wakeman wydał
jeden z lepszych albumów, jakie mu się udało nagrać w ciągu ostatnich
dziesięciu-piętnastu lat. Piszę to nie dlatego, że lubię i cenię tego
artystę, ale nie jestem w stanie bezkrytycznie podejść do dziesiątek płyt,
które nagrał, a których nie jestem w stanie przesłuchać. Przy takiej ilości
jasne jest, że większość będzie mało wartościowa, a część to utwory nagrywane
na nowo w kolejnych wersjach, dzięki czemu w dyskografii RW łatwo się
pogubić. „Out There” to sensownie zaplanowana płyta (uwaga – jedyna w tym
roku, chyba dlatego że Wakeman zajęty jest koncertowaniem z Yes), a nie zbiór
kompozycji z cyklu „Rick siada przy pianinie i gra, co popadnie, a potem
nadaje mądre tytuły kolejnym utworom”.

Wiadomo, że w obecnych czasach te wszystkie kosmiczne odyseje i misje
międzyplanetarne mogą wydawać się śmieszne. W latach siedemdziesiątych była
moda na takie rzeczy i Wakeman najwyraźniej próbuje ją wskrzesić. Pewnie mu
się nie uda, ale takiego albumu zawsze przyjemnie posłuchać.
Obserwuj wątek
    • joseph80 Re: RICK WAKEMAN "Out There" recenzja 25.12.03, 23:23
      Płyta rzeczywiście bardzo dobra. Ja większości płyt Rycha z lat 80 nie
      słyszałem ( i nie zamierzam słuchaćsmile, ale to co mi się obiło o uszy było
      bardzo mizerne. Out There bardzo mile zaskakuje, choć nie od razu. Z każdym
      kolejnym przesłuchaniem podobała mi się coraz bardziej. Wg mnie tę płytę można
      bez wstydu porównywać z (prawie) najlepszymi dokonaniami Wakemana z lat 70. Dla
      mnie jest równożędna z np. Criminal Record, No Erthly ...
      A odnośnie wokalisty. Na tej płycie spiewa bardzo poprawnie. Gorzej na
      koncertach. Mam koncert Rickiego z 98r. i to co tam wyprawia wokalista, woła o
      pomstę do niebawink. A już Starship Trooper z jego wokalem to ... to... brak mi
      słówsmile
      • vulture odnośnie wokalisty 25.12.03, 23:28
        joseph80 napisał:
        > A odnośnie wokalisty. Na tej płycie spiewa bardzo poprawnie. Gorzej na
        > koncertach. Mam koncert Rickiego z 98r. i to co tam wyprawia wokalista, woła
        o
        > pomstę do niebawink. A już Starship Trooper z jego wokalem to ... to... brak mi
        > słówsmile

        Ale pan Damien Wilson powinien śpiewać dwa razy mniej i stać dwa razy dalej od
        mikrofonu. Wtedy efekt były, być może, bardziej zadowalający. Chyba wolałem,
        gdy na płycie Wakemana śpiewały różne osoby ("Return..." chociażby); była
        dodatkowa różnorodność. Choć zdaję sobie, oczywiście, sprawę z trudności w
        odbywaniu trasy koncertowej z takim składem. Poza tym kto by nosił Bonnie Tyler
        i Ozzy'ego?

        O, właśnie, może Kelly Osbourne zaśpiewałaby u Wakemana? Młoda, zdolna,
        progresywna artystka...
    • Gość: Lukas Re: RICK WAKEMAN "Out There" recenzja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.12.03, 12:59
      No ,nareszcie ktos recenzje tego dziela wysmazyl.Wielka szkoda ,ze plyta jest
      (chyba) niedostepna oficjalnie w Polsce,zamiast tego karmi sie nas kolejnymi
      czesciemi "Two sides of Yes" itp,ktorych pewnie i tak nikt nie chce kupowac.Nie
      mowie ,ze na "Out there" zaraz rzucilbyby sie tlumy,ale przynajmniej pare osob
      by skorzystalo.A tak skorzystali piraci i producenci pustych plyt wink.
      Plyta szalenie mi sie spodobala.To tak jakby Rick mial przerwe w dzialanosci
      od albumu "1984" i teraz sie reaktywowal.Bo tak naprawde caly czas czekalem na
      takie dzielo - kontynuacje stylu z lat 70.Troche zawiodla mnie produkcja -
      takie plastikowe to miejscami jest ,gitara i wokal szczegolnie,ale same
      komozycje i reszta sa ok."To Be With You" to moj ulubiony utwor (nie piosenka!)
      2003 roku,niesamowita melodia i klimat.Wokal...sredni jest.Miejscami
      pasuje,czesciej irytuje.Pamietam ,ze o wiele bardziej podobal mi sie na
      koncercie w 2001 r.Wilsonowi brakuje miejscami skali po prostu.Wakeman w
      formie ,jak zwykle na tego typu plytach, choc gra jakby troche bardziej
      zachowawczo.Wiecej miejsca niz zwykle zostawil gitarzyscie,ale jak na zlosc
      gitara zostala zle zmiksowana,przez co w czasie solowek slabo ja po prostu
      slychac,za to wyeksponowany jest podklad.Po co?
      Tylko ciekawi mnie ,czy Wakeman bedzie dalej szedl w tym "progresywno -
      regresywnym" kierunku (bo zakladam ,ze nie zaprzestanie solowej dzialnosci,mimo
      ze sprzedaz jego plyt jest marna) czy znowu odeci w new age i "muzyke do wind i
      supermarketow".
      • vulture Re: RICK WAKEMAN "Out There" recenzja 26.12.03, 15:23
        Gość portalu: Lukas napisał(a):

        > No ,nareszcie ktos recenzje tego dziela wysmazyl.

        Bozia rączek nie dała? ;-D

        >Wielka szkoda ,ze plyta jest
        > (chyba) niedostepna oficjalnie w Polsce,zamiast tego karmi sie nas kolejnymi
        > czesciemi "Two sides of Yes" itp,ktorych pewnie i tak nikt nie chce kupowac.

        No ale "Two Sides Of Yes" mają okładki Rogera Deana, jest więc szansa, że
        pomylą się komuś z albumami Yes, zwłaszcza jak się spojrzy na zestaw utworów.

        Nie
        >
        > mowie ,ze na "Out there" zaraz rzucilbyby sie tlumy,ale przynajmniej pare
        osob
        > by skorzystalo.

        Np. Rick Wakeman.

        > Plyta szalenie mi sie spodobala.To tak jakby Rick mial przerwe w dzialanosci
        > od albumu "1984" i teraz sie reaktywowal.Bo tak naprawde caly czas czekalem
        na
        > takie dzielo - kontynuacje stylu z lat 70.

        A kontynuacja jawna, czyli "Return to The Centre Of The Earth" Ci się nie
        podoba? Uważam, że tam jest świetna produkcja. I lepsi, mimo wszystko,
        wokaliści (bo już nie chodzi mi o znane nazwiska, od których na "Return" się
        roi).
        • Gość: Lukas Re: RICK WAKEMAN "Out There" recenzja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.12.03, 17:26
          > > No ,nareszcie ktos recenzje tego dziela wysmazyl.
          >
          > Bozia rączek nie dała? ;-D
          >

          Dała ,ale dała tez Vulture'a smile

          > No ale "Two Sides Of Yes" mają okładki Rogera Deana, jest więc szansa, że
          > pomylą się komuś z albumami Yes, zwłaszcza jak się spojrzy na zestaw utworów.

          Najgorzej jak sie pomyla komus niedoinformowanemu (mlodziezy tak zwanej) i
          potem bedzie taki przez cale zycie myslal ,ze to Yes.

          > Nie
          > >
          > > mowie ,ze na "Out there" zaraz rzucilbyby sie tlumy,ale przynajmniej pare
          > osob
          > > by skorzystalo.
          >
          > Np. Rick Wakeman.

          I jego liczna familia.No i ja wink (szczerze ,to chetnie wspomoglbym artyste i
          kupil oryginal "Out there",tak jak zrobilem to z "Tain of thought" DT)

          > A kontynuacja jawna, czyli "Return to The Centre Of The Earth" Ci się nie
          > podoba? Uważam, że tam jest świetna produkcja. I lepsi, mimo wszystko,
          > wokaliści (bo już nie chodzi mi o znane nazwiska, od których na "Return" się
          > roi).

          Podoba mi sie srednio.Lepsza produkcja,lepsi wokalisci,ale malo tam Ricka,a
          za duzo gadania.Zreszta nigdy nie bylem wielbicielem
          oryginalnego "Journey" ,wiec i kontynuacja w tym samym stylu nie przekonala
          mnie do konca.Zawsze wolalem "No earthly conncection" ,"Criminal record"
          i "1984",a do nich wlasnie "Out there" nawiazuje.
          • vulture Re: RICK WAKEMAN "Out There" recenzja 26.12.03, 17:38
            Gość portalu: Lukas napisał(a):

            > > Bozia rączek nie dała? ;-D

            > Dała ,ale dała tez Vulture'a smile

            Dobra, dobra. Mi rodzice powiedzieli, że to jakoś inaczej było.

            > Podoba mi sie srednio.Lepsza produkcja,lepsi wokalisci,ale malo tam Ricka,a
            > za duzo gadania.Zreszta nigdy nie bylem wielbicielem
            > oryginalnego "Journey" ,wiec i kontynuacja w tym samym stylu nie przekonala
            > mnie do konca.Zawsze wolalem "No earthly conncection" ,"Criminal record"
            > i "1984",a do nich wlasnie "Out there" nawiazuje.

            No fakt, "Out There" to rzeczywiście coś w rodzaju kontynuacji "No Earthly
            Connection". A co do "Return..." - słucham go nawet częściej niż "Journey",
            może właśnie dlatego, że produkcja jest lepsza (plus śmieszny jest Ozzy
            Osbourne w "Buried Alive"), a gadanie Patricka Stewarta co najwyżej przewijam.

            Miałem okazję przesłuchać ostatnio dwie płyty Wakemana: "Piano Album"
            i "Zodiaque". Pierwszy to żenada w stylu "Richard Claydermann gra przeboje dla
            bawarskich emerytek" - fakt że Rychu zagrał te utwory, w których oryginalnych
            nagraniach miał swój udział ("Morning Has Broken", "Space Oddity", nieco Yes i
            swoich własnych hitów między innymi), ale pomysł nadaje się do kosza
            supermarketowego.

            Do kosza na śmieci nadaje się natomiast płyta "Zodiaque", na której - szokująca
            niespodzianka, czyż nie - znalazło się 12 kompozycji, zatytułowanych od nazw
            znaków zodiaku. Jest to syntezatorowe buczenie z pojedynczymi plumknięciami
            klawiszy, które ma chyba za zadanie na bieżąco informować słuchacza, że artysta
            wcale nie poszedł na piwo do pokoju obok, tylko "dyskretnie kontroluje
            sytuację". Niestety, takiego śmiecia Ryszard nagrał sporo, ale nie umniejszy to
            jego pozycji nie tylko jednego z najbardziej płodnych, ale i najbardziej
            kreatywnych klawiszowców rocka progresywnego.
            • Gość: Lukas Re: RICK WAKEMAN "Out There" recenzja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.12.03, 18:21
              vulture napisał:


              >
              > > > Bozia rączek nie dała? ;-D
              >
              > > Dała ,ale dała tez Vulture'a smile
              >
              > Dobra, dobra. Mi rodzice powiedzieli, że to jakoś inaczej było.
              >

              Dobra ,nie wnikam wink


              > Miałem okazję przesłuchać ostatnio dwie płyty Wakemana: "Piano Album"
              > i "Zodiaque"

              Nie slyszalem tych plyt ,ale tej drugiej swiadomie.Jednak oplaca sie czytac
              recenzje smile.Z tworczosci Wakemana ,szczegolnie tej z lat 80. i 90.,trzeba
              wylapywac rodzynki.Dla mnie takim rodzynkiem jest m.in plyta "Wakeman with
              Wakeman" ,nagrana z synem Adamem.Instrumentalna rzecz,wlasciwie godzinny popis
              gra na klawiszach,nie ma mowy o jakiejsc "muzyce tla".Najczesciej uzywana barwa
              to ta ,ktora wystepuje na yesowych "Keys to Asension" - np. koncowka "Starship
              trooper" - i pianino.Bardzo lubie wersje "Paint it black" z tej plyty,choc moze
              sie wydac kiczowata.Fajna tez jest koncertowka z tego okresu "Official live
              bootleg",m.in z instrumentalna ,pelna wersja "Journey to the centre......"(!).

              P.S.Polecam strone Ricka www.rwcc.com , gdzie aktualnie mozna obejrzec i
              (posluchac) filmiku pt. "Why Rick Wakeman hates TV at Christmas" - zabawne.
              • vulture Re: RICK WAKEMAN "Out There" recenzja 26.12.03, 18:27
                Gość portalu: Lukas napisał(a):

                > > Miałem okazję przesłuchać ostatnio dwie płyty Wakemana: "Piano Album"
                > > i "Zodiaque"
                >
                > Nie slyszalem tych plyt ,ale tej drugiej swiadomie.Jednak oplaca sie czytac
                > recenzje smile

                Coś już napisałem: dopóki nie posłucham, nie uwierzę. Zresztą na All Music
                napisali, że po nagraniu "The Battle Rages On..." z Deep Purple odszedł nie
                tylko Blackmore, ale i Gillan. Taaa...

                >Z tworczosci Wakemana ,szczegolnie tej z lat 80. i 90.,trzeba
                > wylapywac rodzynki.Dla mnie takim rodzynkiem jest m.in plyta "Wakeman with
                > Wakeman" ,nagrana z synem Adamem.

                Mam album "No Expense Spared" duetu Wakeman & Wakeman, kupiłem go za całe 15 zł
                jakieś dwa lata temu w małym sklepiku na Nowym Świecie, przy biurze ogłoszeń
                GW. Sklepik, niestety, w wakacje jebł był. A płyta - no, może być.

                > P.S.Polecam strone Ricka www.rwcc.com , gdzie aktualnie mozna obejrzec i
                > (posluchac) filmiku pt. "Why Rick Wakeman hates TV at Christmas" - zabawne.

                Odwiedzam tę stronę regularnie - obejrzałem sobie również na niej coś w
                rodzaju teledysku, promującego płytę "Out There". Słowa "coś w rodzaju" zostały
                użyte świadomie.
                • joseph80 Re: Słów kilka o Ricku 26.12.03, 20:08
                  Rick popełnił bardzo wiele płyt w swoim życiu. Większość z lat 70 jest na
                  wysokim poziomie włączając w to Rhapsodies (ja lubię tę płytęsmile i jeszcze 1984.
                  Mam sporą część płyt Ricka, z lat 80,w formacie MPtrzeszczy, ale nie mogę
                  przebrnąć przez większość z nich, zazwyczaj wytrzymiję kilka, najwyżej
                  kilkanaście minut. W tych nieszczęsnych dla muzyki latach 80, Rick przesiadł
                  się na zabawkowe syntezatorki o beznadziejnych brzmieniach. Ale zastanawiający
                  jest fakt, że Fernandez (bębny) uprościł swoją grę do poziomu kiepskiego
                  automatu perkusyjnego. I właśnie ta gra Fernandeza jest dla mnie przeszkodą nie
                  do przejścia i głównym powodem odrzucającym mnie od płyt Wakemana, ze
                  wspomnianych, lat 80. Zresztą gra Fernandeza jest jeszcze bardzo nędzna na 'Two
                  sides of Yes'. Ale i tak powrót Ricka do Yes bardzo mnie ucieszył i mam
                  nadzieję, że nie strzeli mu do głowy pomysł o ponownym skupieniu się na
                  karierze solowej.
                  I choć Rick, na scenie sprawie wrażenie niesamowitej Mega Gwiazdy, to gdy
                  miałem okazję po ostatnim koncercie w Polsce, zamienić z nim kilka słów wywołał
                  u mnie bardzo pozytywne odczuciasmile. Człowiek na luzie, bardzo miły, całkowice
                  nie do poznania.
                  A ten jego estradowy festyn, cóż ja już to polubiłemsmile

                  pzdr
                  Jos
                  • rick_wakeman Re: Słów kilka o Ricku 26.12.03, 20:11
                    Ja ci dam festyn gnoju. Za kare jutro nagrywam podwojna plyte o odmianach babki
                    lancetowatej.
                    • vulture Panie Łejkmen, cicho tam! 26.12.03, 20:51
                      Właśnie, ekhm, "pobrałem" wykonanie "Never Is A Long Long Time" na żywo z 2001
                      r. Eeeee... no, średnie.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka