HUGHES TURNER PROJECT 2
Glenn Hughes i Joe Lynn Turner są weteranami sceny hardrockowej. Hughes
występował m.in. w Deep Purple i Black Sabbath, a Turner także w Deep Purple
(ale się tam z Hughesem nie spotkał), w Rainbow czy w grupie Yngwie
Malmsteena. Obaj panowie, można by powiedzieć, należą do hardrockowej klasy
B, dołączyli bowiem do zespołów w okresach ogólnie uznanych za słabsze. Nie
można jednak nie docenić ich wkładu w twórczość tychże. Od pewnego czasu
połączyli siły i pracują razem, co wydawało się absolutnie niemożliwe,
ponieważ obaj wokaliści słyną z wielkiej miłości do eksponowania swoich
wokaliz kosztem wszystkiego, co jest w tle… a tymczasem ukazała się już druga
płyta, sygnowana nazwą HTP.
Jaka jest ta płyta? . Niezła, ale na pewno słabsza od „jedynki”. Formuła
jest, zresztą, bardzo prosta: rytmiczne, hardrockowe przeboje, jawnie
nawiązujące do przeszłości. Słuchając HTP1 miałem natychmiastowe skojarzenia
z odpowiednimi utworami Rainbow i Deep Purple. Nie inaczej jest na „dwójce”,
ale chyba właśnie tego po panach Hughesie i Turnerze należałoby się
spodziewać.
Przede wszystkim zwraca uwagę „dopieszczenie” utworów pod względem
realizacji – postarali się o to zarówno i muzycy, i wokaliści. Wszystko jest
na tej płycie równe, nie ma żadnych brudów, eksperymentów dźwiękowych i
niespodzianek. Panowie chyba umówili się, że nagrają szybką, melodyjną płytę
do słuchania w samochodzie. W każdym razie utwory takie jak „Revelation”
i „Alone I Breathe”, rozpoczynające album, o tym świadczą. Nie inaczej jest w
dynamicznych „Goodbye Friday” i „Sofia”. Trochę ciężej i wolniej, ale i
tęczowo (orientalizmy) robi się w „Losing My Head”, które jednak traci cały
ciężar przy cukierkowym refrenie. Tęczowe dźwięki słychać na całej płycie, a
gdy śpiewa Turner, np. w „Going My Way” lub w „Time And Time Again” (niemal
kopia „Street Of Dreams” w zwrotkach) i „Burning The Sky” (niezbyt pasujący
do całości wstęp z „I Surrender”

można odnieść wrażenie, że słucha się
niewykorzystanych nagrań z sesji do „Straight Between The Eyes” czy „Bent Out
Of Shape”. Oczywiście, zdarzają się momenty przynudzania, bo utwory są po
prostu zbyt do siebie podobne i robią lepsze wrażenie, gdy słucha się ich
pojedynczo, ale nie można oczekiwać zbyt wiele. Najgorzej brzmią te momenty,
gdzie panowie śpiewają w duecie, jakby właśnie przystąpili do castingu na
uzupełnienie braków personalnych w Bee Gees („Lost In Dreams”

. Jedyne, czego
Turnerowi i Hughesowi nie udało się podrobić, a właściwie muzykom im
towarzyszącym, to finezja i umiejętności Ritchiego Blackmore’a i Jona Lorda.
Nie ukrywam, że „rzuca się w uszy” chęć dorównania starym klasykom i
mistrzom, ale ani sola gitarowe, ani klawiszowe pasaże nie mają specjalnego
polotu i wdzięku co te, wygrywane przez pana Ryszarda B. i Jona L.
Od siebie daję panu jednemu i panu drugiemu dużego plusa za pohamowanie
swoich żenujących skłonności do onanizmu wokalnego (może poza Hughesem w
końcowym „Let’s Talk Abort It”

, którymi zepsuli parę koncertowych nagrań
Deep Purple i Rainbow. Przyznam, że Hughes i Turner są najmniej przeze mnie
lubianymi członkami purpurowej rodziny, ale zaczynam ich lubić za to, że
zdecydowali się na granie tak niemodnej, staroświeckiej, a jednocześnie
cudownej muzyki w czasach, gdy nie ma ona szczególnego poważania.
Ukazała się też płyta koncertowa HTP, zawierająca – jak się można domyślić –
obok repertuaru http także wiele kowerów Deep Purple i Rainbow. Z jednej
strony można się śmiać, że chłopaki zarabiają na przeszłości (nie zawsze
własnej, bo np. żaden z nich nie brał udzialu w nagraniu i powstaniu „Black
Night” czy „Smoke On The Water”

,a z drugiej ktoś słusznie zauważył, że jest
to jedyna okazja do wysłuchania na żywo piosenek Rainbow. Czyli jakąś misję
chłopaki spełniają i należy im życzyć powodzenia.