Dodaj do ulubionych

Przysiadanie się w restauracji

19.08.12, 17:34
Mam "straszny" problem ;)

Sytuacja: miejscowość turystyczna, knajpa, grille i insze przybytki do jedzenia na każdym kroku, środek dnia. W rzeczonej restauracji są stoliki dla 2 osób i takie większe z ławami na 4-6 osób. Cała knajpa pełna, przy większym stoliku siedzą 2 osoby. Czy te 2 osoby mają prawo odmówić, gdy ktoś się zapyta, czy może się przysiąść? Czy te osoby mają prawo wybrać, kto ewentualnie mógłby się przysiąść - np. mówią "nie" rodzinie z dziećmi, ale mówią "tak" jakiejś parce?
Podejrzewam, że inna byłaby sytuacja, gdyby to była jakaś zapadła dziura z jednym miejscem, w którym można zjeść (typu górskie schronisko), ale mnie chodzi o sytuację, w której takich miejsc w pobliżu jest wiele (a może to w ogóle nie ma znaczenia? ;)) Aha, i robię założenie, że te osoby nie chcą, żeby ktokolwiek się do nich przysiadał, chcą zjeść czy napić się w spokoju ;) Wiem, że wyjściem było po prostu zajęcie stolika dla 2 osób, ale co wtedy, jeżeli takiego nie ma wolnego? Zająć większy i liczyć się z przysiadaniem, czekać na stolik czy iść do innej knajpy? ;) Grzecznie odmówić komuś, kto chce się przysiąść?
Obserwuj wątek
    • kis-moho Re: Przysiadanie się w restauracji 19.08.12, 17:49
      Ja bym się chyba nie obraziła, gdybym nie mogła się przysiąść, w końcu dlatego się ludzie pytają, a nie od razu siadają :o)
      To chyba trochę zależy od charakteru miejsca, jak masz wielkie stoły z założenia dla wielu grup (ale bardzo rzadko się takie chyba widuje), to może jednak nie, wtedy musisz się liczyć z przysiadającymi, ale stolik czteroosobowy nie jest z założenia dla tłumów.
      • yaga7 Re: Przysiadanie się w restauracji 19.08.12, 17:55
        > Ja bym się chyba nie obraziła, gdybym nie mogła się przysiąść, w końcu dlatego
        > się ludzie pytają, a nie od razu siadają :o)

        No ja też bym się raczej nie obraziła ;) Ale z drugiej strony ja się zwykle nie przysiadam, wolę poczekać albo iść gdzie indziej.

        Natomiast jak jeżdżę na narty, to czasem w niektórych knajpkach na stokach się siada przy ludziach, bo się ma do wyboru albo to, albo zewnątrz (czasem i -20C), no ale w takiej sytuacji to dla mnie norma, bo nie ma wyjścia, gdy jest tylko jedna knajpka.

        Mnie chodzi o to, czy są jakieś reguły, zasady dotyczące tego, czy można odmówić, a jeśli tak, to w takiej sytuacji, a jeśli nie, to dlaczego?
    • magdalaena1977 Re: Przysiadanie się w restauracji 19.08.12, 19:15
      IMHO można odmówić, zwłaszcza gdyby to miała być 4 osobowa rodzina.

      Zdarza mi się jadać na mieście samotnie i gdybym usiadła przy dużym stole (bo wszystkie mniejsze są zajęte), uważałabym, że drugi samotnik, ew. para na końcu stołu jest ok.
      Przysiadanie się 5 osób zaakceptowałabym tylko, gdyby to było schronisko górskie, zatłoczony McDonald itp.
    • teresa104 To masz zgryz:) 19.08.12, 20:23
      Spokojnie można odmówić. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że lokale z takimi ławami nie są miejscem, gdzie człowiek powinien wykazywać się przesadną galanterią z jednej strony i przesadnym przeczuleniem na niedostatek ludzkiej galanterii z drugiej.

      Ja jednak nie odmawiam, jeśli ktoś chce się przysiąść. Zdawkowa rozmowa, że gorąco /zimno, że smacznie/obleci, że rosół dobry, sól podać. Zazwyczaj mi to spokoju nie narusza. A czasem można zaznać czegoś ciekawego, ktoś coś ciekawego powie, jest miły, ma przyjemne maniery, albo jest gburowaty, brzydko je i można to potem omówić, miłość własną podbechtać;)

      Kiedy byliśmy dziećmi ojciec zaznajamiał nas z lokalami żywienia zbiorowego, trochę po to, żeby samemu gotowaniem się nie babrać, a trochę po to, żebyśmy nie byli dzicy. Oddziczanie przebiegało na ludzkich oczach, bywało ciężko. Zwłaszcza jak ktoś się dosiadł (a knajpy wówczas były... albo super eleganckie z portierem esbekiem, ośmioma sztućcami po każdej stronie nakrycia i łabędziami z krochmalonych serwet, albo bary, albo mordownie z lornetą i meduzą; no i kawiarnie) i nagle wszystkie nasze maniery nie były tylko nasze, domowe, jakie takie krzywo-lewe, nagle trzeba było naprawdę się zachować, utrzymać sztućce, nie poryczeć się, bo mięso ma żyłę, odpowiadać na pytania i nie parskać śmiechem oraz na wpół pogryzionymi kartoflami. Doskonale impregnujące na większość knajpianych "przykrości" doświadczenie. Ja bym wprowadziła do szkół zamiast religii.
      • dar61 Zraz do dwójki, raz! 19.08.12, 21:02
        {Teresa104}:

        ... Ja bym wprowadziła do szkół zamiast religii ...

        Moja śp. sąsiadka kiedyś mnie zaskoczyła swą opowieścią - urządzała okresowo ze współpracownikami w szkolnym [polskim] internacie specjalne wieczerze dla swych podopiecznych: pełna gala, biesiadnicy pod krawat[k]ami, łokcie zapewne przy ciele, nie na stole - wprawki do jadania sztućcami w klasycznym sztućców ukierunkowaniu. Lubiła o tym opowiadać, długie monologi były.
        Klika lat temu onaż prosiła mnie, czybym nie znalazł jej takiej laseczki damskiej ze srebrną główką, jaką miała bohaterka artykuliku o ostatnich lokatorkach [chyba] Wilanowa, jaki jej podsunąłem do lektury.

        Tradycja nie ginie, kiedy się ją ... srebrzy.

        Niżej podpisany nauczył się władania klasycznego sztućcami w ... barze, gdzie przysiadał się, grzecznie o zgodę pytając.
        W domu miał luz sztućcowy i jadał za młodu palcyma.

        d61
    • anna-pia Re: Przysiadanie się w restauracji 19.08.12, 21:29
      yaga7 napisała:

      > Mam "straszny" problem ;)
      >
      > Sytuacja: miejscowość turystyczna, knajpa, grille i insze przybytki do jedzenia
      > na każdym kroku, środek dnia. W rzeczonej restauracji są stoliki dla 2 osób i
      > takie większe z ławami na 4-6 osób. Cała knajpa pełna, przy większym stoliku si
      > edzą 2 osoby. Czy te 2 osoby mają prawo odmówić, gdy ktoś się zapyta, czy może
      > się przysiąść? Czy te osoby mają prawo wybrać, kto ewentualnie mógłby się przys
      > iąść - np. mówią "nie" rodzinie z dziećmi, ale mówią "tak" jakiejś parce?

      Jeśli to porządna restauracja, to do głowy by mi nie przyszło przysiadać się do kogokolwiek ani że ktokolwiek mógłby chcieć się przysiąść. Ale jeśli restauracja jest bardziej luźną knajpą i już raz się odmówiło, to konsekwentnie odmawiać, chyba że pierwszy spławiony pytający wyszedł i odszedł na tyle, że nie widzi odmienne reakcji na takie samo pytanie, bo może wrócić i zachować się nieprzyjemnie.

      > Podejrzewam, że inna byłaby sytuacja, gdyby to była jakaś zapadła dziura z jedn
      > ym miejscem, w którym można zjeść (typu górskie schronisko), ale mnie chodzi o
      > sytuację, w której takich miejsc w pobliżu jest wiele (a może to w ogóle nie ma
      > znaczenia? ;)) Aha, i robię założenie, że te osoby nie chcą, żeby ktokolwiek s
      > ię do nich przysiadał, chcą zjeść czy napić się w spokoju ;) Wiem, że wyjściem
      > było po prostu zajęcie stolika dla 2 osób, ale co wtedy, jeżeli takiego nie ma
      > wolnego? Zająć większy i liczyć się z przysiadaniem, czekać na stolik czy iść d
      > o innej knajpy? ;) Grzecznie odmówić komuś, kto chce się przysiąść?

      Jak jeszcze włóczyłam się sama, to zadane w restauracji czy hotelowym barze pytanie o przysiadanie się było wstępem do podrywu. I jeszcze raz, dla mnie restauracja to miejsce takie jak hotel, nie ma dostawek, obcy spadają. W takiej sytuacji jak Twoja poszłabym do innej knajpy i tyle, żeby np. kelnerowi nie wpadło do głowy w środku Twojego posiłku, żeby zaproponować Ci przesiadkę do innego stolika, bo zwolnił się 2-os., a przyszła większa grupa.
    • pierwszalitera Re: Przysiadanie się w restauracji 20.08.12, 11:12
      Ja osobiście nigdy się do nikogo nie przysiadam, bo przy jedzeniu cenię sobie intymność i potrafię sobie wyobrazić sobie, że inni też tak mają. Z drugiej strony, ludzie mają różne potrzeby i widząc niekiedy zapchane po brzegi lokale i przed wszystkim kawiarnie, w których przy pięknej pogodzie ludzie siedzą stłoczeni jak na spędzie przy durnej filiżance kawy, to myślę sobie, że niektórzy chodzą do gastronomi właśnie w poszukiwaniu możliwości otarcia się o obcych. Być może nie jeżdą zbyt często miejską komunikacją, albo rzadko odwiedzają koncerty, a kolejki w supermarketach im nie wystarczają. W każdym razie odmówić miejsca przy pełnej knajpie nie wypada. Zresztą dosiadający się gość może mieć poparcie obsługi, bo wolne miejsce to wolne miejsce i potencjalny klient. Także, gdy w okolicy są inne możliwości, każdy może sobie wybrać, gdzie chce jeść. Pech dla nas, trzeba było przewidzieć i samemu pójść gdzie jest luźniej, albo czekać aż zwolni się stolik dwuosobowy. Restauracja to z założenia miejsce publiczne, gdzie nie można oczekiwać zbyt dużej prywatności. Inaczej wygląda to, gdy ktoś przy wolnych miejscach w knajpie upatrzył sobie właśnie nasz stolik, bo ma jakąś wyjątkową panoramę, albo obsługujący go kelner jest milszy. Wtedy można grzecznie odmówić, wymawiając się na przykład romantyczną sytuacją, czy potrzebą prywatności (chcielibyśmy być tylko dla siebie), wskazując na inne wolne miejsca. Prawo do odmówienia mamy też, gdy stolik rezerwowaliśmy, wtedy możemy wymagać, że nie musimy go z nikim dzielić.
      • kis-moho Re: Przysiadanie się w restauracji 20.08.12, 11:16
        No ale jak siedzę przy czteroosobowym stoliku w dwie osoby w restauracji, to raczej mogę oczekiwać, że nikt się do mnie nie przysiądzie :o) Co innego w jakimś schronisku czy ew. ogródku z wielkimi ławami.
        • pierwszalitera Re: Przysiadanie się w restauracji 20.08.12, 12:02
          kis-moho napisała:

          > No ale jak siedzę przy czteroosobowym stoliku w dwie osoby w restauracji, to ra
          > czej mogę oczekiwać, że nikt się do mnie nie przysiądzie :o)

          To zależy. W turystycznych miejscach, albo w typowej porze lunchowo-obiadowo-kawowej może zdarzyć się to nawet w lepszej restauracji. Wtedy idzie się jeść, a nie roztrząsać przy stoliku sprawy prywatne. Wieczorowa pora to co innego, wtedy wychodzenie do restauracji to bardziej sposób na spędzanie czasu wolnego, kulinarne przeżycia oraz pielęgnowanie intymno-towarzyskich relacji z partnerem czy bliskimi przyjaciółmi, a mniej szybkie zapchanie żołądka i dosiadanie się wtedy komuś do stolika uważane jest za fauxpas.
          • kis-moho Re: Przysiadanie się w restauracji 20.08.12, 23:21
            > To zależy. W turystycznych miejscach, albo w typowej porze lunchowo-obiadowo-ka
            > wowej może zdarzyć się to nawet w lepszej restauracji.

            Nie wiem, mi się specjalnie nie zdarza. Wg. mnie przysiadanie zdarza się raczej, jak pisze Teresa, w jadłodajniach, schroniskach i smażalniach ryb. W restauracji uznałabym to za raczej dziwne, chyba, że mają z założenia wielkie stoły/ławy.
            • magdalaena1977 Re: Przysiadanie się w restauracji 20.08.12, 23:35
              kis-moho napisała:

              > W restauracji uznałabym to za raczej dziwne, chyba, że mają z założenia wielkie stoły/ławy.

              No właśnie. Restauracje mają raczej kwadratowe stoliki na 2 - 4 osoby i jeśli przychodzi duża grupa, zestawiają je razem.
    • kaga9 Re: Przysiadanie się w restauracji 20.08.12, 11:14
      Dobre pytanie. Właśnie w tym roku byliśmy w takiej sytuacji, mała miejscowość nadmorska z infrastrukturą bez szału i najbardziej oblegana smażalnia z autentycznie świeżym dorszem. Pora raczej kolacyjna, no ale my z tych, co na kolację dopiero obiad jedzą. Stoliki wyłącznie w formie ośmioosobowych ław. Jedna wolna, ja siadam, monsz idzie zamawiać. Tymczasem przychodzi pan z wózkiem, zaczyna krążyć, za nim pani z (na oko) czterolatkiem, wreszcie podchodzi i pyta, czy mogą się przysiąść. No i ja właśnie uznałam, że to taki typ gastronomii, że nieładnie byłoby odmówić. W restauracji z serwetkami w kształcie łabędzi jednak bym przeprosiła i powiedziała, że nie. Inna też sprawa, czy "Twoja" para przyszła zjeść posiłek i wyjść, czy zamierza spędzić tam kilka godzin na prywatnych rozmowach (co chyba nie jest dobrym pomysłem w opisanych przez Ciebie warunkach).

      Nb nie muszę dodawać, że maluch w wózku ryczał jak zarzynany, czterolatek miotał się, bo nie chciał klopsów i zaglądał mi do talerza, a pan zahaczył: a my to chyba mieszkamy w tym samym domu?;) Na szczęście my z tych, którzy posiłek spożywają i wychodzą, nie rozsiadając się na długie godziny. A już rozmowy o pogodzie to zupełnie nie to, na co mam ochotę z obcymi. Panu odpowiedziałam więc grzecznie, ale zdawkowo, nie wdając się w konwersację. Jestem nietowarzyska, choć nie gburowata;)
      • teresa104 W łabędziarniach problem nie występuje 20.08.12, 13:24
        Nie występuje też w coraz większej liczbie restauracji niestraszących białymi obrusami, a chcących jedynie mieć swoją stałą klientelę by ją karmić. Nie występuje, bo istnieje w nich kelner witacz, który rozprowadza klientów do stolików. I nikt się po sali nie miota w poszukiwaniu wolnego zydla.

        Dosiadywacze to raczej problem prostych jadłodajni z dużym ruchem niezwiązanych z miejscem konsumentów, lanczowni i karczm przydrożnych.
        • azmb Re: W łabędziarniach problem nie występuje 20.08.12, 15:12
          Tereso, nawiązuję do Twojego pierwszego posta w tym wątku: popieram z całej siły wniosek o zamianę religii na lekcje savoir vivre'u albo i innego bon tonu:)
        • 100krotna Kelner-witacz mnie irytuje 20.08.12, 21:44
          Nie występuje też w coraz większej liczbie restauracji niestraszących białymi obrusami, a chcących jedynie mieć swoją stałą klientelę by ją karmić. Nie występuje, bo istnieje w nich kelner witacz, który rozprowadza klientów do stolików. I nikt się po sali nie miota w poszukiwaniu wolnego zydla.

          Widząc kelnera-witacza, mam najczęściej ochotę zawrócić w progu. Bo jakże to, żebym ja sama nie mogła sobie wybrać, gdzie usiądę? Nie miotam się dużo bardziej niż on sam, kiedy błądząc wzrokiem po sali szuka wolnego stolika a jego ręce, które mają mi wskazać miejsce przeznaczenia majtają się bezładnie w połowie gestu zapraszającego... To ja bym już dawno usiadła, z rozkosznym poczuciem kontroli ;)
          Nie macie tak?
          • ciociazlarada Re: Kelner-witacz mnie irytuje 20.08.12, 22:19
            Mam odwrotnie, jak wchodzę do knajpy to grzecznie staję i czekam aż mnie usadzą. Jak stolik mi nie odpowiada, to negocjuję - przy dużej ilości miejsc zazwyczaj dają wybór, przy małej jak oferują kiepski stolik to robię szybki bilans czy warto zostać.
            Z drugiej strony jak idę do pubu to wtedy siadam/staję gdzie chcę.
          • kis-moho Re: Kelner-witacz mnie irytuje 20.08.12, 23:11
            > Nie macie tak?

            Nie :o)
          • kasica_k Re: Kelner-witacz mnie irytuje 21.08.12, 05:18
            Ale kelner "witacz" nie jest po to, żeby ci wydawać polecenia, tylko żeby ci zaproponować dostępne opcje i zaprowadzić tam, gdzie wybierzesz. Ja mam zupełnie odwrotnie - jak nie ma "witacza", to mam wrażenie, że obsługa sobie bimba tudzież nie jestem w tym lokalu mile widziana. No i dobra obsługa wie, gdzie są wolne miejsca, a w skrajnym tłoku prosi o zaczekanie i szuka, a następnie doprowadza. Poza tym siedząc przy stoliku też wolę, jak obok mnie nie błądzą co chwila jakieś watahy w poszukiwaniu wolnych miejsc, tylko ruch jest kierowany przez kogoś kompetentnego. Oczywiście dotyczy to restauracji, nie np. sieciowych kawiarni, gdzie obowiązuje samoobsługa albo coś do niej zbliżonego, gdzie czymś normalnym jest zamawianie przy barze, samodzielne szukanie sobie stolika itp.
          • teresa104 To nie witacz Cię irytuje, 21.08.12, 09:35
            jak przypuszczam. Irytuje Cię nieporadność. I tu zgodzę się w stu procentach, nieporadna obsługa gdziekolwiek może drażnić.

            A wybrać sobie można, przecież witacz pyta, sugeruje, wie, który stolik jest rezerwowany, wie, na którą. To naprawdę pożyteczna postać.

            Ja wychodzę z lokali, gdzie nie ma witacza. Jeśli wchodzę, obsługa nie reaguje, nikt do mnie nie podchodzi, to wygląda, jakby interes się zwijał, może remanent mają, może sobie nie życzą gości, może osiągnęli kres mocy przerobowych i kolejny konsument ich dobije... no to wychodzę. Już wiem na pewno, że tam na obługę się czeka, czeka na kartę, czeka na rachunek, nie można się doczekać reszty. To tam ktoś nade mną ma "rozkoszne poczucie kontroli", bo jem 20 minut, a wiekuję półtorej godziny.
            • pierwszalitera Re: To nie witacz Cię irytuje, 21.08.12, 10:16
              teresa104 napisała:

              > Ja wychodzę z lokali, gdzie nie ma witacza. Jeśli wchodzę, obsługa nie reaguje,
              > nikt do mnie nie podchodzi, to wygląda, jakby interes się zwijał, może remanen
              > t mają, może sobie nie życzą gości, może osiągnęli kres mocy przerobowych i kol
              > ejny konsument ich dobije... no to wychodzę.

              Ale witacz, czy jego brak, to nie jest koniecznie wyraz jakości lokalu, a tylko lokalnego zwyczaju. Istnieją kraje, w których nie siada się samemu w restauracji, tylko czeka na przydzielenie miejsca, jak na przykład w Stanach i są kraje, w których funkcja witacza jest prawie że nieznana. Tak jest na przykład w Niemczech. Dlatego można sobie tam czekać do sądnego dnia, nikt nie przyjdzie i nie wskaże ci stolika, wybierasz sobie sama, chyba, że rezerwowałaś, wtedy jest oczywiste, że trzeba się "zameldować" u kelnera. W restauracjach, w których wolnych jest więcej miejsc, kelner i tak wtedy zaproponuje by wybrać sobie coś samemu. W lepszych restauracjach, do których wchodzi się spontanicznie, ktoś tam się pewnie tobą zainteresuje, gdy stoisz dłużej niezdecydowana w drzwiach, ale wystarczającą reakcją obsługi jest przyjazne przywitanie i zostawienie nam czasu na orientację. Natychmiastowe przydzielanie stolika może być bowiem zrozumiane także jako przynaglanie i natręctwo. Czasem otrzymuje się informację gdzie jest garderoba, albo inne wieszaki. Najczęściej jednak spotykamy się z pytaniem, zwłaszcza w porze wieczorowej, czy się rezerwowało, bo wyjście do wytwornej restauracji znanej z dobrego jedzenia tego raczej wymaga, inaczej może być, że się rozczarujemy i na kolację zjemy tylko pizzę z kartonu.
              • kis-moho Re: To nie witacz Cię irytuje, 21.08.12, 10:24
                Istnieją kraje, w których nie siada się samemu w restaurac
                > ji, tylko czeka na przydzielenie miejsca, jak na przykład w Stanach i są kraje,
                > w których funkcja witacza jest prawie że nieznana. Tak jest na przykład w Niem
                > czech.

                No nie wiem, ja bylam w Niemczech i w knajpkach z witaczem i bez. Byc moze to kwestia regionalna, bo w Twoim regionie bylam tylko raz i to krotko. Moim zdaniem to zalezy troche od rozplanowania knajpy. Jezeli masz wejscie na jedna spora sale, to nie ma problemu, ale jezeli masz zakamarki plus waskie przejscia, to obsluga/wlasciciel moze nie chciec, zeby ludzie im sie ciagle platali pod nogami.

                W lepszych restauracjach, do których wchodzi się spontanicznie, ktoś tam s
                > ię pewnie tobą zainteresuje, gdy stoisz dłużej niezdecydowana w drzwiach, ale w
                > ystarczającą reakcją obsługi jest przyjazne przywitanie i zostawienie nam czasu
                > na orientację. Natychmiastowe przydzielanie stolika może być bowiem zrozumiane
                > także jako przynaglanie i natręctwo. Czasem otrzymuje się informację gdzie jes
                > t garderoba, albo inne wieszaki. Najczęściej jednak spotykamy się z pytaniem, z
                > właszcza w porze wieczorowej, czy się rezerwowało, bo wyjście do wytwornej rest
                > auracji znanej z dobrego jedzenia tego raczej wymaga, inaczej może być, że się
                > rozczarujemy i na kolację zjemy tylko pizzę z kartonu.

                Mysle, ze mowimy o dosc zwyklych knajpkach, gdzie idziesz na zwykly obiad czy kolacje. W bardzo eleganckich restauracjach temat przysiadania sie raczej nie podlega w ogole dyskusji.
              • teresa104 Re: To nie witacz Cię irytuje, 21.08.12, 10:49
                Można oczywiście wałkować temat witacza, czy potrzebny, czy lokalny. Myślę jednak, że do poznania nas to nie zbliży. Ale wchodzę w to, temat restauratorstwa mnie podnieca.

                W restauracji nie może być mowy ani o natręctwie, ani o przynaglaniu, ani przydzielaniu, ani o sadzaniu, nie może być też mowy o zostawianiu klienta, to jest właśnie owa fachowość personelu, takt, wyczucie. Że jest, dba o ciebie, ale się nie narzuca. W restauracjach bardzo się poprawia pod tym względem, ogromnie mnie to cieszy, sama jadam w restauracjach kilka razy w tygodniu i coraz rzadziej coś wyjątkowo mnie razi. Widzę też, że normalizują się ceny, mogą się normalizować, bo coraz więcej ludzi chodzi do restauracji, ruch jest duży i jest klientela, by o nią zabiegać. A i restauracji jest tyle, że jeśli ktoś zapomni o rezerwacji, to na pizzę z kartonu skazany nie będzie.
              • maggianna Re: To nie witacz Cię irytuje, 21.08.12, 11:59
                A tu sie nie zgodze - w Berlinie we wszystkich dobrych restauracjach ktore wizytowalam byl "witacz", w zasadzie we wszystkich dobrych restauracjach na swiecie zawsze byli witacze - czy to Azja, czy Ameryka Polnocna czy Polduniowa i wszedzie w Europie. Ale dotyczy to dobrych restauracji a nie barow, knajp czy pubow.

                I tu zgodze sie z Teresa, witacz powinnien pojawic sie szybko, milo i sprawnie zajac sie klientem, sprawdzic czy jest rezerwacja, postarac sie zadowolic klienta jezeli rezerwacja byla konieczna a klient jej nie ma, potem doprowadzic do stolika i zajac sie gosciem. Jezeli stoje w wejsciu restauracji, personel sie kreci, widzi ze stoje ale nikt nie podchodzi to dokladnie tak samo bedzie wygladal serwis wiec lepiej wyjsc niz potem czekac godzine na jedzenie i 30 min na rachunek :-)
                • slotna Re: To nie witacz Cię irytuje, 21.08.12, 22:12
                  Mnie jest wszystko jedno, czy jest witacz czy nie. Uwazam, ze nie ma zasady i jego obecnosc lub jej brak o jakosci lokalu nijak nie przesadza.
                • pierwszalitera Re: To nie witacz Cię irytuje, 21.08.12, 23:33
                  maggianna napisała:

                  > A tu sie nie zgodze - w Berlinie we wszystkich dobrych restauracjach ktore wizy
                  > towalam byl "witacz", w zasadzie we wszystkich dobrych restauracjach na swiecie
                  > zawsze byli witacze - czy to Azja, czy Ameryka Polnocna czy Polduniowa i wszed
                  > zie w Europie. Ale dotyczy to dobrych restauracji a nie barow, knajp czy pubow.
                  >

                  Ja tam żyję w Niemczech już prawie 25 lat, do restauracji różnych chadzam, a witaczy rozdzielających wchodzących spontanicznie gości jeszcze nie widziałam. Ale może dlatego, że do dobrych restauracji wolę stolik rezerwować i wtedy jest mormalne, że po wejściu nie rzucam się na pierwszy lepsze miejsce, tylko czekam aż przechodzący kelner wskaże mi moje zerezerwowane. Nie wiem też jakie restauracje uważasz za dobre. Takie z menu na osobę od 30 euro, czy może dopiero od 50-ciu? ;-)
                  • maggianna Re: To nie witacz Cię irytuje, 21.08.12, 23:52
                    We wszystkich restauracjach w ktorych bylam w Berlinie mialam rezerwacje (mam takie ktore lubie i zanim pojade to rezerwuje stolik, w jednej nawet drzwi nie otworza bez rezerwacji :-) Chodze tylko do takich ktore maja normalna karte dan a nie menu za osobe ;-) No chyba ze biezemy pod uwage menu degustacyjne ale takie biore tylko w miejscach z gwiazdkami Michelina ;-)
                    • pierwszalitera Re: To nie witacz Cię irytuje, 22.08.12, 01:24
                      maggianna napisała:

                      > We wszystkich restauracjach w ktorych bylam w Berlinie mialam rezerwacje (mam t
                      > akie ktore lubie i zanim pojade to rezerwuje stolik, w jednej nawet drzwi nie o
                      > tworza bez rezerwacji :-)

                      No więc nie bardzo wiem, skąd u ciebie przekonanie o witaczach w niemieckich restauracjach. ;-) Takie wyłącznie z rezerwacją to zupełnie inna kategoria i rezerwujący oczekuje naturalnie, że stolik już na niego czeka i ktoś nas do niego zaprowadzi.
                      Poza tym, jakość jedzenia nie zależy w ogóle od wytworności lokalu. Jadłam już o wiele lepsze rzeczy w przytulnych regionalnych knajpkach na prowincji niż w miastowych przybytkach z kryształowymi żyrandolami i kelnerami w pingwinach. A swoją drogą, akuart w Berlinie nie zrobiłam najlepszych doświadczeń kulinarnych w restauracjach. Jak w każdym większym mieście przereklamowanie, drogo i często byle jak. To już lepiej zjeść tam currywurst, czy inną bulettę z imbissu na ulicy. Przynajmniej wiesz za co płacisz. ;-) Ale nie bywam tam często, więc nie znam sprawdzonych lokalnych adresów.


                      Chodze tylko do takich ktore maja normalna karte dan
                      > a nie menu za osobe ;-)

                      Akurat najlepsze restauracje, przynajmniej te w NRW mają często propozycje menu, by przyciągnąć biznesmenów w porze lunchowej, albo po prostu z sezonowym, dopasowanym od przekąski od deseru zestawieniem, jako polecenie szefa kuchni. Zwykle po cenie nieco niższej od indywidualnego zestawienia a la carte. W takich restauracjach jedzenie kosztuje zresztą naprawdę bardzo dużo, a Niemcy nie należą do rozrzutnych narodów, nawet jak mogliby sobie pozwolić. A ja nawet z takiego menu korzystam, szczególnie w porze jesienno- zimowej, bo to wtedy ciekawe kombinacje. Moja ulubiona restauracja ma na przykład bardzo ograniczoną kartę, raptem aktualnie tylko dziewięć dań głównych, zmieniających się sezonowo, głównie z regionalnych produktów. Mam wtedy pewność, że wszystko jest świeże, a nie tak jak w restauracjach z kartą z setką potraw, które wyjmuje się z zamrażarki i odgrzewa w mikrofalówce. I w mojej restauracji eleganckie menu w sierpniu na jedną osobę kosztuje 48 euro, na dwie osoby 78 euro: cztery przystawki, dwa dania główne do wyboru (mieso lub ryba), dwa desery (ser i słodkie), bez wina.
                      • kis-moho Re: To nie witacz Cię irytuje, 22.08.12, 10:05
                        > No więc nie bardzo wiem, skąd u ciebie przekonanie o witaczach w niemieckich re
                        > stauracjach. ;-) Takie wyłącznie z rezerwacją to zupełnie inna kategoria i reze
                        > rwujący oczekuje naturalnie, że stolik już na niego czeka i ktoś nas do niego z
                        > aprowadzi.

                        A u mnie? :o)
                        Ja nie pisałam o knajpach wyłącznie z rezerwacją (bo kto by tam się do kogokolwiek przysiadał?). Np. moja sąsiedzka, bawarska knajpa (taka urig aż do bólu) też miała witacza. Podejrzewam, że dlatego, że jest pełna małych stolików i obsługa nie chce, żeby się ludzie jej pod nogami pałętali. W mieście też mogę z miejsca takie wymienić (może Mszn potwierdzi :o)). Być może statystycznie w Niemczech witaczy jest mniej (aczkolwiek sama bym tego nie powiedziała), być może w NRW jest ich mniej, ale na pewno nie jest tak, że w ogóle ich nie ma.
                        Co do witaczy i jakości knajpy - wczoraj byłam w dość średniej francuskiej naleśnikarni, knajpa tylko na zewnątrz, pod namiotami, więc żaden luksus, a witacz był.

                        > Poza tym, jakość jedzenia nie zależy w ogóle od wytworności lokalu.
                        To chyba nie podlega dyskusji :o)
                      • maggianna Re: To nie witacz Cię irytuje, 22.08.12, 10:49
                        Poza tym, jakość jedzenia nie zależy w ogóle od wytworności lokalu. Jadłam już
                        > o wiele lepsze rzeczy w przytulnych regionalnych knajpkach na prowincji niż w m
                        > iastowych przybytkach z kryształowymi żyrandolami i kelnerami w pingwinach.

                        Ale ja nigdzie nie napisalam o krysztalowych zyrandolach ani o kelnerach w pingwinach - zdecydowanie nie jest to wyznacznik dobrej/drogiej restauracji przynajmniej dla mnie, ale moze tak jest w NRW - ostatni raz mieszkalam tam na studiach wiec nie wiem.

                        Moja ulubiona restauracja ma na przykład bardzo ograniczoną kartę,
                        > raptem aktualnie tylko dziewięć dań głównych, zmieniających się sezonowo, głów
                        > nie z regionalnych produktów. dań głównych, zmieniających się sezonowo, głów
                        > nie z regionalnych produktów. Mam wtedy pewność, że wszystko jest świeże, a nie
                        > tak jak w restauracjach z kartą z setką potraw, które wyjmuje się z zamrażarki
                        > i odgrzewa w mikrofalówce.

                        O wielkosci karty tez nie pisalam, pisalam o tym ze istnieje, restauracja w ktorej czesto bywam w Wawie ma 4-5 dan glownych i to zmienianych codziennie lub co drugi dzien i tez tylko z regionalnych produktow. Dobra karta to bardzo krotka karta :-)
                        Gotowych menu nie lubie, sama wole wybrac co zjem (nie mowie o porze lunczowej tylko wieczornej kolacji), chyba ze jest to menu degustacyjne, w zeszlym tyg bylam na dobrej kolacji z gotowym menu degustacyjnym to bylo 135 e za osobe z winem.
    • veev Re: Przysiadanie się w restauracji 20.08.12, 18:24

      Ja bym odmówiła, szczególnie rodzinie z dziećmi. Czasem bym obłożyła embargiem jeszcze sąsiednie stoliki ;)
      Odwracając sytuację: gdybym była z Młodą, to - poza faktycznie skrajnymi sytuacjami typu taras przy górskim schronisku albo jedna zapchana ludźmi jadłodajnia na pustkowiu - nie wpadłoby mi do głowy, żeby się do kogoś przysiadać. Chociaż Młoda generalnie jest dość ucywilizowana.
      Gdybym była tylko z M., to być może odważyłabym się przysiąść do jakiejś innej zbliżonej demograficznie pary, ale pod warunkiem, że byłby to naprawdę duży stolik, taki na 8 osób minimum. I musiałabym mieć dobry humor ;)
      Ale ja mam, jak to mówi M., "wyjątkowo dużą bańkę" i ogólnie cierpię, jak ludzie się za bardzo do mnie zbliżają. Strasznie mnie to męczy na plaży i w podobnych miejscach, te wszystkie dzieci biegające mi po kocu, ludzie rozkładający się z muzyczką/grillem w odległości dwóch metrów od mojej głowy itd.
      • kasica_k Re: Przysiadanie się w restauracji 21.08.12, 05:04
        Jak na mój gust to masz zupełnie normalną "bańkę", ja sobie w ogóle nie wyobrażam wypoczynku na zatłoczonej plaży... W schronisku bym się pozwoliła przysiąść, w restauracji - no way, przepraszam, ten stolik jest zajęty.
    • maith Re: Przysiadanie się w restauracji 21.08.12, 17:14
      Moim zdaniem wiele zależy od tego, czy knajpę da się nazwać restauracją (albo kawiarnią).
      Bo to miejsca, gdzie ludzie się nie dosiadają.

      ALE klasyczna knajpa/jadłodajnia z długimi ławami w miejscowości turystycznej, gdzie nie ma kelnerów, gdzie nie przychodzi się pogadać na kawę, tylko zjeść, gdzie staje się w kolejce, zabiera talerze, płaci, staje i... z tymi talerzami siada, gdzie jest wolne miejsce, to co innego.
      Nie wyobrażam sobie w takiej knajpo-jadłodajni, gdzie poza paroma maleńkimi stolikami są tylko dzielone ławy, że zajmując w 1-2 osoby ostatnią ławę, gdzie jeszcze nie ma kompletu, odmawiam stojącym nade mną z tymi talerzami ludziom... No chyba, że podchodzą z papierosem, wtedy odpowiadam, że oczywiście, jeżeli tylko nie będą palić.

      Generalnie jak już się decyduję jeść w takim miejscu, gdzie ławy się dzieli z obcymi ludźmi, to trzymam się pasujących do tego miejsca zasad. Chyba że miejsce nie jest zatłoczone i da się wskazać całkiem wolne ławy, to wtedy pomysł dosiadania się do kogoś traci rację bytu i zrozumiała jest zdziwiona odmowa z hasłem "ale są jeszcze wolne ławy".
    • ko_kartka Re: Przysiadanie się w restauracji 07.09.12, 09:10
      Nie przysiadam się i nie pozwalam się przysiadać - w restauracjach, knajpach z obsługą i bez wieloosobowych ław. Krępuje mnie, gdy nie mogę swobodnie porozmawiać z partnerem oraz gdy dosiadacze wręcz przeciwnie - zupełnie się nie krępują i prowadzą rodzinną kłótnię obok mojego łokcia.

      W barach i schroniskach samoobsługowych - pozwalam się przysiadać, jeśli kto zapyta (często nie pytają i dylemat upada), ale sama przysiadam się niezmiernie rzadko.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka