Wiem, że poniższy wątek może się wydać zabawny ale dla mnie nie jest więc prosiłabym o nie rozwijanie go w klimatach satyrycznych.
5 lat temu, za wyjątkowo dzielną postawę, mój 3-letni wtedy syn dostał od lekarza małego plastikowego konika. Konik dostał imię Rysiek i stał się członkiem rodziny. Po jakimś czasie, kiedy miałam wyjechać w podróż służbową, syn podarował mi Ryśka, żeby jeździł ze mną i żeby było mi raźniej. Szybko okazało się, że wspólne podróżowanie z Ryśkiem stało się naszą rodzinną tradycją i powodem do wielu radości.
No i dzisiaj, po długiej i wspaniałej wycieczce, wyciągałam Ryśka z torebki tak energicznie że wylądował na dnie jeziora w Lucernie. Mój prawie 9-letni syn rozpłakał się i zażądał żebym wskoczyła do jeziora żeby go wyciągnąć. Fakt, że jest listopad a my mamy wracać pociągiem, z przesiadką, do oddalonego o półtorej godziny domu nie stanowił istotnego kontrargumentu. Mąż popatrzył na mnie jakbym mu dziecko utopiła. Córka przez cały wieczór roztrząsała że Rysiek umarł i ma swój grób w Lucernie. A najgorsze jest to, że sama się z tym plastikowym konikiem bardzo zżyłam i jakoś nie mogę uwierzyć że tak po prostu nie ma go i nie będzie.
Ponieważ był to prezent z niepewnego źródła, ponadto wiele lat temu, nie wiem nawet jak zacząć poszukiwania ewentualnego bliźniaka. Ale pomyślałam, że może któraś z Was kiedyś widziała, miała, podarowała takiego małego konika. Jest wielkości konika z lego, mieści się w dłoni. Wygląda tak:
Będę wdzięczna za wszelkie tropy. Jak nie znajdę to pewnie poszukamy innego towarzysza podróży. Ale z Ryśkiem wiąże się tyle wspomnień, że gdyby udało mi się znaleźć sobowtóra to radość całej rodziny byłaby niepomierna.