Dodaj do ulubionych

Luksemburg i luksemburgizm

23.01.25, 07:51
Wojciech Orliński
Polityka 51.2024 (3494) z dnia 10.12.2024; Felietony; s. 98

Czasy idealistycznej młodości spędziłem, chodząc na różne lewicowe demonstracje.
Broniliśmy prawa do aborcji, prawa do strajku, prawa do świeckiej szkoły i świeckich urzędów bez krzyża na ścianie. Przegraliśmy dosłownie w każdej kwestii. Została mi po tym gorycz, która do dzisiaj sprawia, że niechętnie się angażuję w polityczną działalność. PiS musiał mnie naprawdę bardzo wkurzyć, żeby mnie wyciągnąć na ulicę. Nawiasem mówiąc, parę razy im się to jednak udało. Byłem na tych największych demonstracjach, kiedy na Nowym Świecie był taki ścisk, że nie dało się zrobić kroku (pozdrawiam wszystkich współściśniętych).

Było nas tak mało na tamtych dawniejszych demonstracjach, że znaliśmy się z widzenia i często z personaliów. Mówiliśmy sobie „cześć”, wiedzieliśmy, kto jest z jakiego ugrupowania. Ja w tym gronie byłem prawym skrzydłem jako działacz stosunkowo umiarkowanej Polskiej Partii Socjalistycznej. Spotykałem tam jednak także działaczy dwóch organizacji anarchistycznych (Federacji i Międzymiastówki) i co najmniej pięciu trockistowskich (Nurt Lewicy Rewolucyjnej, Solidarność Socjalistyczna, spartakusowcy, militantyści i jeden trochę tajemniczy kolega, który był lambertystą – niewykluczone, że jedynym w Polsce).

Zebrało mi się na te kombatanckie wspomnienia, bo przeczytałem biografię Róży Luksemburg pióra Weroniki Kostyrko, mojej wieloletniej koleżanki z redakcji „Gazety Wyborczej”. Tak się złożyło, że wśród wielu radykalnie lewicowych nurtów, które poznałem dzięki tym demonstracjom, był także luksemburgizm. Przedtem o Róży Luksemburg wiedziałem tyle co przeciętny Polak – że była przeciwniczką niepodległości Polski, a zatem złą osobą. Kiedy więc spotkałem ludzi określających się jako luksemburgiści, nie mogłem się powstrzymać przed pytaniem: „A co wam przeszkadza w niepodległości?”.

W świetle wiedzy, którą później nabyłem, to pytanie nie było przesadnie mądre. Uzyskałem jednak odpowiedzi, wsparte odpowiednią literaturą i na tej podstawie luksemburgizm w encyklopedycznym skrócie zdefiniowałbym dziś następująco: to przekonanie, że demokracja polityczna, pozwalająca nam raz na parę lat wybrać władze, jest bardzo ważna, ale to za mało.

Znaczną część czasu przeciętny człowiek przecież spędza w miejscu pracy. Co to za demokracja, jeśli może sobie wybrać prezydenta, ale jakiś majster czy korpomenadżer pomiata nim jak chłopem pańszczyźnianym? Do pełnej podmiotowości potrzebna jest więc także demokracja pracownicza – możliwość wybrania własnych przedstawicieli współzarządzających zakładem pracy. Luksemburgizm tym się różni od innych form radykalnej lewicy, że kładzie ogromny nacisk na demokrację. Nie neguje znaczenia klasycznie rozumianego parlamentaryzmu, pluralizmu, wolności słowa i tak dalej, tylko dodaje do tego komponent demokracji pracowniczej. Zaznaczam, że nie jestem politologiem. Piszę po prostu, jak to zrozumiałem. Byłbym wdzięczny, gdyby jacyś polscy luksemburgiści nadesłali sprostowanie).

Na warszawskiej ulicy brzmiało to 30 lat temu jak kompletna utopia. Na radykalnej lewicy dominowały nurty ideowe wywodzące się mniej lub bardziej od Lenina, a ten kwestionował zarówno klasyczną „burżuazyjną” demokrację, jak i demokrację pracowniczą. W leninizmie zamiast niej mają wystarczać związki zawodowe działające jako „transmisja z partii do mas”.

Choć to pozornie całkowicie nierealna utopia, częściowo wprowadziła ją po 1945 r. niemiecka centroprawica – Ludwig Erhard i Konrad Adenauer. Współzarządzanie (Mitbestimmung) zakładem pracy przez demokratycznie wybranych przedstawicieli załogi stało się jednym z filarów powojennego cudu gospodarczego w RFN. Nie pierwszy to przypadek, gdy w ciągu jednego pokolenia coś, co się wydaje absolutnie nierealną utopią (legalizacja homoseksualizmu, podmiotowe traktowanie dzieci w wychowaniu, cywilna kontrola nad armią), zaczyna być akceptowalne nawet dla cywilizowanej prawicy. Oczywiście w tych krajach, w których takowa występuje.

A gdzie niepodległość Polski? Nigdzie. To nie była dla Róży Luksemburg najważniejsza sprawa. Jej sprzeciw brał się z argumentów czysto pragmatycznych. Polska niepodległa byłaby po prostu biedniejsza od Polski rozbiorowej, bo straciłaby dostęp do rynków zbytu krajów zaborczych, przede wszystkim do rosyjskiego.

Kostyrko zwraca uwagę, że Róża Luksemburg miała tu po prostu rację. W Polsce międzywojennej produkcja przemysłowa nigdy nie odzyskała poziomu z 1913 r. Poziom życia wielkomiejskiego proletariatu spadł, a na wsi było jeszcze gorzej. To destabilizowało młode państwo, bo na dalszą metę trudno budować demokrację i niepodległość kosztem zaciskania pasa większości obywateli.

Zamiast tego Róża Luksemburg proponowała daleko idącą autonomię. Brzmi to może jak zdrada, ale jak celnie zauważa Kostyrko, bardzo podobne postulaty na przeciwnym biegunie spektrum miał wtedy Roman Dmowski, który w wydanej w 1893 r. broszurze „Nasz patriotyzm” również postulował autonomię dla Polaków w ramach „każdego z trzech zaborów”.

Jaki stosunek Róża Luksemburg miałaby do polskiej niepodległości potem, już po rozbudowaniu Gdyni, Puław i Stalowej Woli – nie wiadomo. Niemcy zatłukli ją na śmierć jeszcze w 1919 r. Ale to już zupełnie inna historia, po którą zainteresowanych odsyłam na przykład do książki Kostyrko.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka