Dodaj do ulubionych

GRUPA WSPARCIA - 3

    • mirka.zdzirka Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 10:34
      Dziewczyny, mam straszny problem - nie wiem, czy to ja jestem takim
      beztalenciem, czy też trafiłam na nieodpowiednich instruktorów, ale
      po 34 wyjeżdżonych godzinach (wykupiłam dodatkowe 10, ale czuję, że
      na tych 40 godzinach się nie skończy), nadal czuję, że nie umiem
      jeździć i nigdy się nie nauczę. Zaczęłam jeździć z b. miłą
      instruktorką , ale dla mnie była zbyt miła, więc dodatkowo
      zapisywałam się do innej, która mówi, co robię nie tak. Bardzo mi to
      odpowiada, bo na mnie trzeba chyba nawrzeszczeć, żebym nie
      popełniała błędów. No i odkąd z nią jeżdżę, jest trochę lepiej, ale
      nadal kiepsko.
      Najbardziej boję się, że obleję egzamin na łuku, bo nic mi nie
      sprawia takich porblemów - w porównaniu z łukiem nawet parkowanie
      równoległe wydaje mi się dziecinnie proste. Z ruszaniem pod górkę
      nie mam problemu, bo od początku mi wychodzi - nawet nie pamiętam,
      kiedy mi samochód ostatnio zgasł. Ale łuk to tragedia... zupełnie
      nie mam wyczucia :/ Może znacie jakieś sprawdzone sposoby?
      Najgorsze, że nie zapiszę się na egzamin, dopóki nie będę się czuła
      pewnie za kierwonicą, a do tego pewnie potrzebuję jeszcze drugie
      tyle wyjeżdżonych godzin. Mam do Was pytanie: czy przy zapisywaniu
      się na egzamin czułyście się pewnie za kierownicą? Bo ja lubię
      prowadzić, ale ciągle jestem świadoma, że popełniam błędy - np.
      zdarza mi się najechać na linię ciągłą, źle zaparkować, o łuku nie
      wspominając. I zastanawiam się, czy ja kiedykolwiek będę na tyle
      pewna, żeby się zapisać na egzamin.
      Dodatkowo, zamierzam zdawać w Warszawie na Radarowej, a tam podobno
      łuk jest lekko z górki, więc pewnie stoczy mi się samochód :/
      Musiałam się wyżalić i przepraszam, jeśli ktoś czuje się zgorszony.
      • kizombalover Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 10:49
        Pocieszę: uczyłam się dodatkowe... dziesiąt godzin. Nie czułam się
        pewnie zapisując się na egzamin.
        Pierwsze dwa razy oblałam na łuku... potem nowy instruktor nauczył
        mnie patrzeć w lusterka, zamiast za siebie.
        Za trzecim razem nie włączyłam świateł. Potem zeznawałam na
        komisariacie, czy instruktor nie proponował mi prawka za łapówkę, bo
        go oskarżyli :-/, ale nie proponował, widocznie byłam za cienka :-D.
        Za czwartym zdałam.
        Przy pierwszej samodzielnej jeździe wleciałam w rów, bo skręcając
        zapomniałam zwolnić i zmienić bieg. Od tego zdarzenia nie jeździłam
        przez 12 lat.
        A od sierpnia jeżdże własnym autem z automatyczną skrzynią biegów -
        ktoś genialny ją wymyślił. Przed każdym zakrętem zwalniam, i w ogóle
        jeżdżę ostrożnie. Na razie tylko raz obtarłam nadkole (na parkingu),
        i tylko raz wymusiłam pierwszeństwo :-))).
        Dziewczyno, to tylko samochód. Jeśli nie masz (jak ja) smykałki do
        kierownicy, ale lubisz jeździć, to i tak się nauczysz dopiero po
        zdanym prawku.
        • mirka.zdzirka Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 11:37
          Dzięki za pocieszenie. Aż mi się lepiej zrobiło, jak się
          dowiedziałam, że nie tylko ja mam problemy z opanowaniem łuku. Moja
          mama mówiła, że ona akurat z łukiem nie miała problemów, a z
          ruszaniem pod górkę jak najbardziej. Nie wiem, dlaczego akurat z
          łukiem mam problemy. Ale gdybym mogła patrzeć w lusterka, byłoby mi
          łatwiej, a w lusterka patrzeć nie można, tylko do tyłu, a ja patrząc
          do tyłu nie widzę ani linii, ani pachołków :(
          Moja instruktorka zwraca też uwagę, że jak chcę np. zmienić pas, to
          wygląda, jakbym nie patrzyła w lusterka, a ja patrzę, ale samymi
          gałkami. Nie umiem nauczyć sie ruszać głową. Dlatego mogą mnie oblać
          choćby za niezachowanie szczególnej ostrożności.
          Najgorsze, że ja właśnie lubię jeździć, za kierownicą dobrze się
          czuję, ale jestem świadoma swoich najmniejszych błędów i tak mnie to
          podłamuje, że nie wiem, kiedy odważę się zapisać na egzamin.
          Niestety, jestem perfekcjonistką i nigdy jeszcze nie musiałam
          powtarzać żadnego egzaminu, więc boję się negatwynych doświadczeń z
          tym akurat egzaminem.
          Mogłabym w zasadzie zdawać w Lublinie, bo rodzice mieszkają w
          pobliżu ośrodka egzaminacyjnego (może byłoby odrobinę łatwiej), ale
          ja od początku uczyłam się jeździć pod kątem Okęcia w Warszawie i im
          dłużej tu jeżdżę, tym bardziej jestem załamana tymi pułapkami, które
          czyhają tam na zdających.
          Współczuję Ci tego doświadczenia z pierwszą samodzielną jazdą. Ale
          ja właśnie dlatego biorę tyle dodatkowych jazd, żebym w pewnym
          momencie mogła poczuć, że pewne rzeczy weszły mi w nawyk, jak choćby
          zwalnianie i redukcja biegu przed skrętem. Jeśli możesz, to zdradź,
          czy łuk robiłaś na wyczucie, czy na pachołki, bo ja wyczucia nie
          mam, zwłaszcza jak nie patrzę w lusterka.
          Nie żałuję jednak, że nie zdawałam prawa jazdy 8 lat temu w wieku 18
          lat, bo gdybym przez tyle czasu nie jeździła, nie wiem, czy teraz
          odważyłabym się wsiąść do samochodu.
          • bebe.lapin Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 12:00
            Ja swoje pierwsze trzy podejscia mialam w wieku lat 17-18, kiedy bylam smarkata,
            zestrachana i w goole niepewna siebie, a prowadzenia samochodu sie balam. Nie
            zdalam oczywiscie za zadnym razem:D, a na pierwszym egzaminie tak mi dokumentnie
            poszly nerwy, ze rozjechalam wszystkie slopki bedace w poblizu samochodu i nie
            bylam w stanie odstawic samochodu w bloki startowe, bo po prostu glowa nie
            komunikowala z nogami. :D Podejscie oczywiscie mialam takie, ze na pewno nie
            zdam, nie nadaje sie itp.

            Po raz czwarty podeszlam do egzaminu w zeszlym roku, majac 7 lat wiecej i
            zupelnie inne podejscie do zycia w ogole jak i do kwestii prawka i jazdy
            samochodem. ;)
            Placyk (okrojony w stosunku do tego, co bylo kiedys, ale pozostala wciaz moja
            zmora z przeszlosci - ruszanie pod gorke, ktora szczesliwie teraz mialam
            rozpykana)przeszlam z luzikiem, nie pozwolilam, zeby zjadl mnie stres, ktory
            koniecznie chcial mnie obsiasc, ale wtedy to bylby koniec mojego zdawania. Na
            miescie moze i kilka drobnych "uchybien" bylo, ale wzielam to na spokojnie,
            staralam sie caly czas gadac do egzaminatora (co robie, dlaczego, w pewnym
            miejscu rzucilam uwage dot. mijanego terenu, zeby wiedzial, ze jestem w stanie
            myslec i widziec to, co dookola), staralam sie ejchac na tyle wolno, zeby
            egzaminator byl w koncu zadowolony i jednoczesnie tak, zeby samej nie oszalec.
            Najsmieszniejsze w tym wszystkim jest, ze pewnosc siebie potrzebna do zdania
            prawka (sama wiedza nie wystarczy, trzeba pokazac, ze sie nie boisz i wierzysz w
            siebie, nawet jesli nie jezdzisz perfekcyjnie)nabylam na studiach podczas
            zdawania egzaminow ustnych:D

            Co do luku, to po prostu sie nie spiesz, nie daj sie poganiac instruktorowi
            podczas cwiczen; nawet, jesli tobie wydaje sie, ze trwa to cala wiecznosc, to
            jest twoj czas i dopoki show go on ;), czyli samochod sie przesuwa, chocby
            minimalnie, jest ok. No i poki nie wyjedziesz kolem za linie, masz zawsze prawo
            do korekty, najlepiej przecwicz to przed egzaminem.

            Na ruszanie pod gorke mam taki sposob: dodaje lekko gazu az czuje, ze samochod
            lekko "siada" tylem i wtedy jestem pewna, ze sie nie stoczy (to wlasnie byl moj
            horror, ta wizja wjechania w auto komus za mna, a jakos wczesniej nikt mi nie
            wytlumaczyl, jak to zrobic).

            Na koniec, prawda jest taka - uczysz sie jezdzic, zeby zdac, bo na nauke
            opanowania samochodu wewszystkich mozliwych sytuacjach i warunkach
            atmosferycznych nie masz co liczyc, tu potrzebna jest praktyka. Nie przejmuj sie
            wiec tym, ze nie jestes Robertem Kubica, wysraczy, ze potrafisz sie
            przemieszczac, zaparkowac i nie powodujesz nadmiernego ;) zagrozenia na drodze.
            • mirka.zdzirka Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 13:44
              Bebe, dzięki Ci za tego posta, czuję się pocieszona ;) Bo ja na
              egzaminach ustnych na studiach radziłam sobie świetnie nawet jak
              niewiele umiałam ;) Po prostu zawsze jakoś tak potrafiłam zagadać
              wykładowcę, że wydawało mu się, że wiem wszystko. Fakt faktem, że
              nie przypominam sobie, bym na jakikolwiek ustny egzamin się nie
              przygotowałam, ale chyba tylko na obronę wyuczyłam się całej
              ekonomii na blachę tak, że aż byłam zawiedziona jak mi przerwali w
              połowie wywodu ;) Najmilej wspominam filozofię na I roku studiów,
              gdzie egzamin trwał chyba niecałe 5 minut i polegał na tym, że
              miałam powiedzieć wykładowcy, jaki filozof najbardziej zapadł mi w
              pamięć. Skoro umiejętność zdawania ustnych egzaminów przydaje się na
              egzaminie, to od razu czuję się pewniej :)

              Dzięki też za radę dotyczącą zagadywania egzaminatora - kiedyś jakaś
              koleżanka mi mówiła, że ona jak wariatka prowadziła monolog, jakie
              znaki widziała i co one oznaczają i na końcu egzaminator ją za to
              pochwalił. A podobno egzaminatorzy z reguły milczą, a ja milczenia
              nie znoszę, więc chętnie skorzystam z Twojej rady :)

              A co do łuku, to wiem, że powinnam ćwiczyć do oporu, ale każdy
              instruktor chyba się zirytuje jak ktoś będzie przez kilka godzin z
              rzędu non sto wałkował łuk i mu nie wychodzi ;) U mnie jak robię
              sposobem na liczenie pachołków to się motam, więc w końcu wychodzi
              na to, że wolę to robić na wyczucie (o ile oczywiście takowe
              posiadam). No i o wiele lepiej się czuję patrząc w lusterka.

              A placyk teraz jest okrojony tylko dlatego, że część manewrów
              wykonuje się na mieście.

              A co do ćwiczenia w różnych warunkach atmosferycznych, to właśnie
              dlatego zapisałam się na kurs zimą, by trochę pojeździć w śniegu,
              zobaczyć, jak samochód się w takich warunkach zachowuje. Powiem
              tylko, że dzięki temu już teraz mi nie gaśnie, że wiem, jak trudno
              go czasem ponownie odpalić ;) No i z parkowaniem teraz jest raczej
              tragedia, bo można łatwo utknąć w śniegu. Raz z instruktorką
              musiałysmy spalić sprzęgło, żeby wyjechać z parkingu.

              A z ruszaniem pod górkę i ogólnie z ruszaniem jako takim nie mam
              problemu, bo za pierwszym razem mi wyszło i od tamtego czasu nie
              zdarzyło mi się, żeby samochód się stoczył czy zgasł. Ja nie patrzę
              przy ruszaniu na obroty silnika, jak każą niektórzy, ale po prostu
              widzę, jak samochód "chce" jechać i wtedy odpuszczam hamulec.

              Dzięki Ci wielkie za pocieszenie, może się w końcu w piątek zapiszę
              na egzamin tak jak planowałam, bo specjalnie wzięłam wolne w pracy.
              Mam nadzieję, że nie stchórzę. Zresztą i tak pewnie w
              odpowiadających mi godzinach termin będzie za jakiś miesiąc, ale
              zawsze to dodatkowy miesiąc na naukę ;)

              • bebe.lapin Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 14:05
                Bo ja na
                > egzaminach ustnych na studiach radziłam sobie świetnie nawet jak
                > niewiele umiałam ;) Po prostu zawsze jakoś tak potrafiłam zagadać
                > wykładowcę, że wydawało mu się, że wiem wszystko.

                to teraz tylko musisz znalezcw sobie te sama iskre i do boju. ;)

                > A co do łuku, to wiem, że powinnam ćwiczyć do oporu, ale każdy
                > instruktor chyba się zirytuje jak ktoś będzie przez kilka godzin z
                > rzędu non sto wałkował łuk i mu nie wychodzi ;)

                Jezeli ktos godzinami walkuje luk i ciagle mu nie wychodzi, to znaczy, ze
                instruktor jest do...nosa. Ostatecznie, mozesz popytac znajomych, kto z
                instruktorow dobrze uczy placu i wybrac sie na pare lekcji tylk ow tym celu. A
                denerwowac sie nie maja co, to jest Twoj czas, za ktory placisz (niemale) pieniadze.

                > A placyk teraz jest okrojony tylko dlatego, że część manewrów
                > wykonuje się na mieście.

                Wiem. :) Ja mialam taka sytuacje, ze parkowania na miescie w sumie nie robilam,
                bo "tradycyjne" miejsca do parkowania pod cytadela byly zajete, jako parkowanie
                zaliczyl mi facet ustawienie samochodu na parkingu w osrodku, juz po skonczonym
                miescie. :D Za to robilam zawracanie na trzy na jakims osiedlu.

                Co do reszty, to osobiscie uwazam, ze w przypadku egzaminu na prawko nie ma co
                sie silic na ambicje ;) i starac to sobie ulatwic maxymalnie, czyli umowic sie
                na termin wtedy, kiedy jest duze prawdopodobienstwo ladnej pogody, maly tlok na
                ulicach ,slonce nie bedzie Ci swiecic w twarz itp. Ja jeden z egaminow oblalam,
                bo samochod zgasl mi 3 raz, a to, ze byl to koniec grudnia, minus kilkanascie
                stopni, snieg i lod na placu oraz zimny silnik, to sie nie liczy.

                W dniu egzaminu wez sobie godzinke jazdy z instruktorem zeby opanowac stres i
                zobaczyc, jak jest tego dnia na miescie.

                Bedzie dobrze! :)
          • kizombalover Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 13:21
            Doskonale rozumiem, jak się czujesz!
            Oblane egzaminy na prawo jazdy były pierwszymi moimi oblanymi
            egzaminami (po przejściu 5 lat studiów bez jednej poprawki) -
            płakałam jak dziecko.
            Mnie pierwszy instruktor wmawiał, że nie wolno patrzeć w lusterka
            przy jeździe do tyłu. Po drugim fiasku egzaminator sam mnie zapytał,
            dlaczego nie patrzę w nie. Więc zmieniłam instruktora, i dopiero ten
            drugi wytłumaczył mi, na czym polega jazda na lusterkach do tyłu.
            Okazało się, że to jakiś mit, że nie można! Patrząc za siebie też
            nie widziałam ani pachołków, ani linii... Nie wiem, jak jest teraz,
            ale może Twój instruktor też wmawia Ci, że nie można korzystać z
            lusterek, a jednak można?
            Teraz parkując/jadąc tyłem nadal czuję na sobie zmorę tamtych
            egzaminów, ale patrzę i do tyłu, i w lusterka (kręcę głową jak
            osioł), i okazuje się, że da się to zrobić.
            Auto obtarłam skręcając w prawo po łuku, ale jadąc do przodu - za
            mały kąt wzięłam, i zahaczyłam tylnim nadkolem o kant stróżowki :-D,
            sierota.
            Musisz się przemóc, iść na egzamin, nie załamać się w razie oblanej,
            nauczysz się jeździć w boju.
            Będziemy trzymać kciuki.
            • mirka.zdzirka Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 13:53
              Ostanio mój TŻ powiedział mi to samo o swojej siostrze - że
              wszystkie egzaminy zdawała za pierwszym podejściem, poza prawem
              jazdy właśnie :( Chyba więc muszę się oswoić z tą myślą, że nie
              wszystko przychodzi od razu.
              A z tymi lusterkami, to mam dwie instruktorki i obie mówią, żeby
              patrzeć do tyłu, a w lusterka można tylko zerkać i ewentualnie
              korygować tor. Tyle że jak ja jadę sposobem na obrót o ileśtam
              stopni przy którymś pachołku, to nie wychodzi, a jak robię na
              lusterka i wyczucie (o ile w ogóle coś takiego posiadam) to jakoś
              się udaje.

              Już podjęłam decyzję, że pojadę się zapisać na egzamin w piątek,
              pewnie i tak przy mojej dyspozycyjności termin wypadnie najwcześniej
              za miesiąc, ale to zawsze dodatkowy miesiąc na naukę ;) Chyba
              wykupię jakieś jazdy w innej szkole, żeby pojeździć z różnymi
              instruktorami. Moje marzenie to trafić na kogoś takiego, kto na mnie
              nawrzeszczy jak źle robię, bo wtedy od razu jadę uważniej :) Jakby
              któraś znała takiego instruktora w Warszawie, to proszę o informację.

              Jestem chyba typową blondynką za kierownicą, ale podobno i takie
              zdają ;) Dzięki za pocieszenie :)
      • balbina11 Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 10:50
        Nie wiem co Ci poradzić. Jesteś bardzo krytyczna wobec siebie. Ja mam prawko od
        91 roku i ciągle uważam, że nie potrafię jeździć, dlatego jeżdżę mało i nie
        nabywam doświadczenia i tu kółko się zamyka.
        • mirka.zdzirka Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 11:41
          Ty też jesteś wobec siebie krytyczna, bo skoro zdałaś egzamin, to
          oznacza, że nie dałaś się zagiąć egzaminatorowi i jeździć jakoś
          umiesz.
          Mnie najbardziej dobija to, że nie potrafię opanować łuku, a akurat
          taki łuk w codziennej jeździe się niezbyt przydaje. Nie mam
          problemów z cofaniem, nawet parkowanie równoległe czasem mi
          wychodzi, a takiej głupoty jak łuk nie mogę opanować... A bez łuku
          nie wyjadę z placu :(
          • bebe.lapin Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 12:02
            Luk sie bardzo przydaje :), tylko po prostu rzadko wyglada dokladnie tak, jak na
            placu, wiec nie ma sie swiadomosci tego.
      • anka-ania Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 11:34
        Ja robiłam kurs na prawo jazdy 2 razy. Pierwszy raz tuż przed swoim ślubem, trochę na wariata. Do egzaminu nie przystąpiłam, wymawiając się brakiem czasu. Ale tak naprawdę to nie czułam się na siłach, miałam świadomość tego, że nie poradzę sobie na drodze.
        Ale potem pojawiło się dziecko, a ja miałam dość kombinowania, jak pojechać na szczepienie czy na wizytę u lekarza z chorym dzieckiem. Mieszkam na wsi, gdzie do niedawna był jeden, słabo zaopatrzony sklepik, a do miasta 5 km (niby niewiele, ale spróbujcie wsiąść z wózkiem do autobusu bez obniżonej podłogi). Zawzięłam się i zrobiłam kurs po raz drugi, bo miałam jeszcze w perspektywie dojazdy do pracy, które autobusami w obie strony zajmowałyby mi łącznie 2 godziny dziennie. Tym razem jazda przychodziła mi już dużo łatwiej. Duża w tym zasługa instruktora - starszego, miłego pana, który też potrafił huknąć, jak trzeba było (i dziwił się, że zmieniam przed jazdą buty na obcasie na płaskie, bo nie wierzył (i słusznie), że przy samodzielnych jazdach też tak będę robiła). Od razu po kursie zapisałam się na egzamin i zdałam za pierwszym podejściem! :D
        Wszystko to odbyło się w ciągu ok. 3 lat. Za drugim razem byłam po prostu bardziej zdeterminowana i wiedziałam, że MUSZĘ się nauczyć jeździć. I jeżdżę. :)
        • anka-ania Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 11:51
          Za szybko nacisnęłam wyślij. :P
          Chciałam dopisać, że być może potrzeba ci więcej praktyki, bo te 34 godziny to
          właściwie bardzo, bardzo mało.
          Co ci właściwie nie wychodzi? Jazda po łuku przodem czy tyłem? Bo jeśli tyłem,
          to mi też często na kursie nie wychodziła, ale jakoś się tego nauczyłam
          (systemem na pachołki ;P). Bardzo pomaga dobre nastawienie i nie zakładanie z
          góry, że nie wyjdzie. Uwierz mi, w końcu zacznie wychodzić. :)
          • mirka.zdzirka Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 14:04
            Nie wychodzi mi właśnie jazda do tyłu, zwłaszcza jak to robię
            sposobem na pachołki, bo chyba kręcę kierownicą albo za wolno, albo
            za szybko :/ Najgorsze, że każda instruktorka ma inny sposób i każda
            jak mi pokazywała,jak się robi tym sposobem, to jej wychodziło, a
            mnie jak próbowałam je naśladować, już nie :( No i albo mi się
            wydaje, albo oni na placu w WORDzie mogą te pachołki inaczej
            poustawiać.
            Ale w skrócie: jedna instruktorka ma taki sposób, by skręcić o 3/4
            obrotu, gdy zobaczymy w prawej szybie tylnej drugi pachołek (czyli
            pierwszy za kopertą), a potem jak kolejny pachołek pojawi się w
            połowie szyby pasażera z przodu to dokręcić do pełnego obrotu, a
            potem naprostowac, jak zobaczymy pachołek na środku koperty między
            zagłówkami.
            A druga: pełen obrót jak zobaczymy w prawej tylnej szybie trzeci
            pachołek (drugi za kopertą).
            A słyszałam jeszcze, że cały obrót jak drugi pachołek (pierwszy za
            kopertą) minie prawe lusterko.
            Robiłaś łuk na ktoryś z tych trzech sposobów?
            Bo mnie bez patrzenia w lusterka ciężko ocenić, czy dobrze jadę :/ A
            patrzeć w lusterka cały czas nie można, niestety.

            Chciałabym sie tak zawziąć jak Ty i zdać od razu, ale wtedy
            musiałabym się pewnie czuć za kierownicą, a przede wszystkim na
            łuku...
            • kizombalover Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 14:19
              Skoro wychodzi na wyczucie, a na pachołki niekoniecznie, to daj
              spokój z tymi pachołkami. Zresztą, mogą być inaczej ustawione. Patrz
              w lusterka i od czasu do czasu odwracaj głowę :-)). Przecież, do
              cholery, nie obleją Cię jeśli prawidłowo przejedziesz ten łuk "bo
              miałaś głowę do tyłu tylko przez 40% czasu", nie?
              Jak będziesz jeździć po mieście, to pachołków nie uświadczysz - w
              razie czego masz argument, żeby się tak nie uczyć.
              Mój mąż (naprawdę genialnie i precyzyjnie prowadzi, jeździ od wielu
              lat) do tyłu jeździ TYLKO na lusterkach - chyba wie, co robi.
              • madzioreck Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 17:00
                Pachołki są ustawione zawsze tak samo, więc to zmartwienie odpada, ale
                rzeczywiście lepiej na wyczucie.

                > Mój mąż (naprawdę genialnie i precyzyjnie prowadzi, jeździ od wielu
                > lat) do tyłu jeździ TYLKO na lusterkach - chyba wie, co robi.

                Pewnie, tylko za to, co genialnie robi upieczony już kierowca, mogą oblać na
                egzaminie. Np. za brak kręcenia głowa dla pokazania, że patrzy się w lusterko,
                kiedy patrzy się tylko kierując oczy w prawo/lewo.
                • kizombalover Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 17:07
                  No właśnie, czy za brak kręcenia głową mogą oblać na egzaminie?
                  Komuś się tak zdarzyło? Że pojechał dobrze, nic nie potrącił, ale
                  nie kręcił głową, i go oblali?
                  • madzioreck Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 18:23
                    Tak. Podciągają to pod niezachowanie ostrożności i wykonanie manewru ez
                    upewnienia się... blabla. Oczywiście, jeśli trafimy na upierdliwego
                    egzaminatora, ton nie jest reguła.
            • madzioreck Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 16:57
              Najprostszy "sposób", który pokazał mi instruktor, jazda do tyłu:

              Pachołek stojący w prawym tylnym rogu koperty pokazuje się w przedniej szybie -
              robisz pełen obrót kierownicą w prawo. Jedziesz na skręcie patrząc do tyłu.
              Odkręcasz kierownicę z powrotem, o 1 obrót w lewo, kiedy pośrodku tylnej szyby
              zobaczysz środkowy słupek na końcu docelowej koperty.
              Poznałam sposób, ale wolałam robić to "na czuja", bo z nerw na egzaminie pewnie
              zapomniałabym, jak to z tym sposobem miało być. Także lepiej po prostu panować
              nad autem.
              • kizombalover Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 17:11
                To jest, jak rozumiem, sposób na kopertę. Mirka ma problem z jazdą
                po łuku do tyłu, i wątpię, żeby wtedy pachołki były dokładnie tak
                samo rozmieszczone, jak na placu do ćwiczeń. Ale mogę się mylić.
                Może istnieją jakieś standardowe ustawienia odległości między
                pachołkami.
                • bebe.lapin Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 17:37
                  Sposob rozmieszczenia jest standardowy. zreszta, instruktorom i wlascicielom
                  szkol jazdy tez zalezy, zeby ludzie zdawali, wiec beda odwozorowywac warunki na
                  placu i jezdzic w najpopularniejsze miejsca na miescie.

                  Nasze porady co do robienia luku "na sposob" moga byc bezuzyteczne, gdyz w
                  roznych miastach jezdzi sie na roznych samochodach.

                  Na egzaminnie lepiej krecic glowa i patrzec przez tylna szybe wlasnie po to,
                  zeby pokazac, ze nie robisz tylko sposobem i w terenie, bez pacholkow, tez sobie
                  poradzisz. Poza tym, w lusterkach niestety nie widzisz wszystkiego.
      • madzioreck Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 13:02
        Mirko, 34 godziny to trochę za mało, żeby się dołować i twierdzić, że nigdy się
        nie nauczysz. Tak naprawdę, to nie wiem, kto wymyślił, że w 30 godzin można z
        kogokolwiek zrobić kierowcę... Kurs ma Cię przygotować do egzaminu, a jeżdżenie
        "na żywo" to całkiem inna sprawa i tego nauczysz się, jak zaczniesz jeździć nie
        pod dyktando. To samo dotyczy kwestii "wchodzenia w nawyk" redukcji biegów i
        innych rzeczy - wyrobienie tych czynności na tyle, że stają się odruchem i nie
        myśli się o tym, ze teraz trzeba zredukować, albo jeszcze co innego zrobić,
        zajmuje zwykle sporo więcej czasu niż kilkadziesiąt godzin.
        Idąc na egzamin, wcale nie czułam się pewnie - to znaczy czułam się pewna na
        linii ja-samochód, natomiast na linii ja-egzaminator, już nie bardzo. A to tego
        powodu, że przynajmniej w Polsce, ten egzamin w niewielkim stopniu oddaje
        umiejętnościach - jeśli oblewa się zdającego za przejechanie przez linię ciągłą,
        która jest całkowicie wytarta i pamiętają ją najstarsi kierowcy, to nie jest to
        w porządku. No, ale to akurat ja trafiłam na taką panią.
        Jeśli kłopoty sprawia Ci łuk - ćwicz ten łuk. Spróbuj wyćwiczyć sobie własna
        metodę wykonywania tego manewru. Często instruktor podaje "sposób" - jak
        zobaczysz ten słupek w tym miejscu tej szyby to kręć o tyle w tę stronę, a
        potem... itd. Często ta instrukcja jest trudniejsza do zapamiętania, niż sam
        manewr.
        I przede wszystkim nie załamuj się, głowa do góry - jeżdżenie nie jest takie
        proste, i nie wymagaj od siebie po 30 godzinach mistrzostwa :)
        • mirka.zdzirka Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 14:15
          Madziorecku, problem polega na tym, że mnie tak podłamały moje
          koleżanki, co stwierdziły, że one robiły kurs z wymaganymi 20
          godzinami, więc po 30 godzinach to ja już na pewno muszę jeździć
          świetnie :( Nie wiem, jak ludzie mogli kiedyś zdawać z tymi
          wymaganymi 20 godzinami jazd, przecież nie sposób się w tyle nauczyć.

          Co do łuku, to ja chcę go ćwiczyć, ale każdy instruktor po tym, jak
          kilka razy z rzędu musi ze mną jechać na łuk, czuje się znudzony.
          No właśnie z tymi instrukcjami jest tak, że najłatwiej mi się robiło
          na początku, jak moja instruktorka mi powiedziała mniej więcej co i
          jak, a po tym, jak się naczytałam o różnych sposobach i wszystkie
          chciałam przetestować, to samym tym testowaniem się zamotałam.

          No i poza łukiem mam ogólnie problem ze znakami poziomymi. O ile
          znaki pionowe widzę i rozpoznaję, o tyle nie mam nawyku patrzenia
          pod koła i zdarza mi się najechać na linię ciągłą. Swoją drogą,
          jeżdżąc przy Radarowej nie sposób nie najeżdżać na linie ciągłe,
          skoro tam w większości miejsc samochody są tak zaparkowane, że nie
          da się przejechać nie najeżdżając na podwójną ciągłą. Jest też sporo
          pułapek typu skręcanie w lewo z jednokierunkowej - jak się podjedzie
          za blisko lewej strony, to się najedzie na podwójną ciągłą itp. itd.
          No ale zdecydowałam się zapisać na ten egzamin w piątek, pewnie
          termin będę miała na połowę marca najwcześniej w pasujących mi
          godzinach, ale zawsze to trochę czasu na jazdy dodatkowe. Pewnie
          będę musiała wykupić jeszcze jakieś kilkanaście godzin, ale już
          chyba nie u mnie w szkole.
          Jakby któraś z Was znała jakiegoś instruktora w Wawie, który dobrze
          uczy i nie boi sie nawrzeszczeć, gdy się źle robi, dajcie znać. Bo
          ja się bez bata nad głową chyba nie nauczę :/
          • madzioreck Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 09.02.10, 16:49
            mirka.zdzirka napisała:

            > Madziorecku, problem polega na tym, że mnie tak podłamały moje
            > koleżanki, co stwierdziły, że one robiły kurs z wymaganymi 20
            > godzinami, więc po 30 godzinach to ja już na pewno muszę jeździć
            > świetnie :( Nie wiem, jak ludzie mogli kiedyś zdawać z tymi
            > wymaganymi 20 godzinami jazd, przecież nie sposób się w tyle nauczyć.

            Tiaaa... Mireczko, rozejrzyj się, jak wielu ludzi jeździć nie powinno. Ile jest
            wypadków, stłuczek i bezmyślnych zachowań na ulicy. Najwięcej wypadków powodują
            ci, którzy uważają się za królów szos :>

            > Co do łuku, to ja chcę go ćwiczyć, ale każdy instruktor po tym, jak
            > kilka razy z rzędu musi ze mną jechać na łuk, czuje się znudzony.

            Jak się instruktor czuje znudzony, to niech zmieni pracę, dżizas, to nie Twój
            problem :) Musisz się uczyć tego, czego potrzebujesz, a nie tego, co lubi
            instruktor.

            > jak, a po tym, jak się naczytałam o różnych sposobach i wszystkie
            > chciałam przetestować, to samym tym testowaniem się zamotałam.

            No właśnie. Trzeba się skupić na łuku, a nie na "sposobach". Na początku
            pomagają, ale później lepiej jest po prostu współpracować z autem, aby jechało
            tam, gdzie my chcemy :) Ale trzeba ćwiczyć, innego wyjścia nie ma.

            > jeżdżąc przy Radarowej nie sposób nie najeżdżać na linie ciągłe,
            > skoro tam w większości miejsc samochody są tak zaparkowane, że nie
            > da się przejechać nie najeżdżając na podwójną ciągłą.

            Jeśli jest taka sytuacja, że nie da się przejechać inaczej - trzeba przejechać,
            przecież nie przefruniesz :) Jeśli nie ma technicznie innej możliwości, bo jakiś
            pacan tak zaparkował, to nikt Cię za to nie obleje. No ale generalnie na znaki
            trzeba uważać.
            Mówię Ci jeszcze raz, nie załamuj się. Nawet wtedy, jeśli coś nie pójdzie,
            kilkadziesiąt godzin to naprawdę za mało, żeby być dobrym kierowcą. I nie
            słuchaj najmądrzejszych znajomych - gadać każdy potrafi, a na mieście widać, jak
            wszyscy bezbłędnie jeżdżą.
            • mirka.zdzirka Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 10.02.10, 00:09
              Właśnie zastanawiam się, jak takie osoby mogły zdać egzamin ;) Wiem, że z tym
              egzaminem to taka loteria, bo to, czy zdamy, zależy w dużej mierze od szczęścia,
              egzaminatora, jaki się nam trafi i jego humoru w danym momencie, warunków
              pogodowych itp. No ale ponieważ szczęśliwych zbiegów okoliczności w życiu raczej
              nie doświadczam, wolę zminimalizować ryzyko niepotrzebnego zasilenia konta WORD-u ;)
              Ostatnio opowiadała mi koleżanka, która zdawała, że na łuku najechała na linię,
              a egzaminator nic nie powiedział, często gasł jej samochód, padał deszcz, a ona
              nie umiała włączyć wycieraczek, a z placu wyjechała na światłach pozycyjnych i
              facet jedynie kazał jej się upewnić, czy wszystko w porządku ;) Widać, od
              początku postanowił, że ona akurat zda, bo danego dnia oblał już wystarczająco
              dużo osób... No ale dziewczyna teraz boi się jeździć, a jak prowadzi samochód,
              to za każdym razem mąż jej wypomina, co robi nie tak ;)
              Swoją drogą, jakie życie byłoby piękne, gdyby niezdany egzamin oznaczał, że dana
              osoba nie jest jeszcze gotowa do jazdy bez L-ki na dachu ;) Ale w rzeczywistości
              oznacza on najczęściej nieszczęśliwy dla danej osoby zbieg okoliczności :)
              No ale do odważnych świat należy :) W piątek jadę się zapisać na drugą połowę
              marca (akurat mam wtedy wzięte wolne z tytułu niewykorzystanego urlopu z
              poprzedniego roku).
              Dzięki za pocieszenie - teraz naprawdę uwierzyłam, że nie tylko ja po tych 30
              godzinach nie czuję się pewnie przed egzaminem ;) Jak już się zapiszę, to pewnie
              w innym wątku (kiedyś tu taki wygrzebałam) będę Was pytać o wskazówki na
              egzamin, a w tym wątku prosić o wsparcie ;)
              • bebe.lapin Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 10.02.10, 09:48
                Przede wszystkim pozbadz sie uczucia, ze nie jestes gotowa, bo wtedy na pewno
                nie zdasz, to widac w zachowaniu IMHO.
                Masz byc przygotowana do egzaminu i tyle, nie czarujmy sie; kurs musialby miec
                trzysta godzin, nie trzydziesci, zeby naprawde przygotowywal do jazdy.

                Poza tym - jesli masz dobra baze, to poradzisz sobie pozniej; Ja pierwszy raz,
                gdy jechalam autostrada, mialam serce w gardle (u nas sie nie uczy poruszania
                nawet na drogach expresowych, we Francji jazda i egzamin na autostradzie sa
                obowiazkowe wg tego, co mowil mi maz), ale dojechalam do konca, od tego czasu
                mialam dosc okazji, zeby opanowac strach i przyzwyczaic sie do sposobu jazdy i juz.
              • anka_z_lasu Re: Nigdy się nie nauczę prowadzić samochodu :/ 10.02.10, 11:48
                Mirosławo ;) wyrzuć hasło z tytułu i zastąp je:
                "Z PEWNOŚCIĄ nauczę się prowadzić samochód"

                Zapisz się na dodatkowe jazdy, jeśli czujesz, że są Ci potrzebne - mnie pomogło.
                Naciskaj instruktora na trenowanie tego, czego nie jesteś pewna / za słabo
                umiesz. Objeżdżaj trasy egzaminacyjne /okolice wybranego ośrodka.

                Mnie psychicznie pomogła świadomość, że to nie jak na studiach: dwa terminy,
                tylko zdajesz "do oporu". Oczywiście, nie miałam ochoty zostawić w Wordzie kupy
                pieniędzy, tylko ta myśl mnie uspokajała.

                W nastrój bojowy wprowadzałam się myślą: "KOBIETO, MASZ 27 LAT, ZDAŁAŚ MATURĘ I
                SKOŃCZYŁAŚ STUDIA, NAPRAWDĘ JESTEŚ JUŻ ZA STARA, ŻEBY SIĘ JESZCZE STRESOWAĆ
                JAKIMŚ GŁUPIM EGZAMINEM - JUŻ WYSTARCZY!" ;)

                Powodzenia!
                • kizombalover Świetne podejście! 10.02.10, 15:27
                  Popieram! Trzeba tak traktować każde wyzwanie, i większość
                  niepowodzeń - zaoszczędzimy sobie wielu stresów.
                • mirka.zdzirka A właśnie że się nauczę :) !! 11.02.10, 09:47
                  Aniu, dzięki za radę :) Pozytywne nastawienie to podstawa :) A
                  właśnie, że mi się uda! W końcu postanowiłam wziąć się w garść i
                  jutro zapisuję się na egzamin (chciałabym zdążyć jeszcze przed końem
                  lutego, ewentualnie na początku marca).

                  Jeśli chodzi o wzięcie dodatkowych godzin, to ja jestem już w
                  trakcie, wzięłam dodatkowe 10 (do dziś wyjeździłam połowę).

                  No i albo mam dziś jakiś wyjątkowo dobry dzień, albo łuk mi już
                  wychodzi, bo dziś o 7 rano byłam na placu (jestem chyba jakaś
                  nienormalna, bo o wiele lepiej jeździ mi się rano przed pracą - mam
                  wtedy jeszcze dobrą koncentrację) i tylko raz mi nie wyszedł - jak
                  za bardzo kombinowałam i zamiast kontrolować kopertę w tylnej
                  szybie, patrzyłam za bardzo w lusterka, a ja w lusterka potrzebuję
                  patrzeć tylko przy wychodzeniu z łuku, a potem już tylko prostowanie
                  patrząc w tylną szybę. Chyba więc muszę się zapisać na egzamin na
                  rano, no i chyba za bardzo się tym łukiem stresuję :) To była moja
                  35. godzina jazdy i już nie jestem tak podłamana :)

                  Muszę się jeszcze pochwalić, że o dziwo, parkowanie równoległe
                  wychodzi mi o wiele lepiej niż prostopadłe - dziś ćwiczyłam na
                  mieście i równoległe wychodziło mi za każdym razem (prostopadłe jest
                  niestety jeszcze do poćwiczenia). Tyle, że równoległego na egzaminie
                  zazwyczaj nie ma, a prostopadłe zawsze.

                  Ważne, już nie widzę wszystkiego w czarnych barwach (a egzaminu
                  zacznę się bać dopiero gdy będzie się zbliżał).

                  Jutro sie pochwalę, na kiedy zapisałam się na egzamin :)

                  A tak w ogóle Aniu, to o ile Twoja stopka mówi prawdę, studiowałyśmy
                  na tej samej uczelni :) Ja się broniłam w czerwcu 2007, a Ty??

                  Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wsparcie, będę liczyć na więcej,
                  gdy już nadejdzie dzień egzaminu :)
                  • anka_z_lasu Re: A właśnie że się nauczę :) !! 11.02.10, 12:10
                    Pewnie, że zapisz się na rano, jeśli wtedy lepiej Ci się jeździ.

                    "a egzaminu zacznę się bać" - no przecież napisałam, że się nie bać! Też studia
                    skończyłaś, może już wystarczy tego stresowania się byle egzaminem ;)

                    Stopka mówi prawdę, to nie ironia niestety. Obroniłam się w lipcu 2006, miło mi
                    spotkać koleżankę z Wielkiej Różowej :)
      • mirka.zdzirka 23 lutego teoria - proszę o kciuki :) 17.02.10, 22:24
        Dziewczyny, śpieszę, by donieść, ze teorię mam 23 lutego, czyli w przyszły
        wtorek o godzinie 18:00. Proszę o wsparcie ;)
        Po teorii (pod warunkiem jej zaliczenia) zapisuję się na praktykę. Ale ta teoria
        na prawko to pestka w porównaniu z tym, czego musiałam się uczyć przez 5 lat
        studiów. Dlatego jestem dobrej myśli, bo przerobienie iluśtam pytań testowych
        nie jest wielkim problemem ;)

        Gorzej będzie z praktyką, ale wykupiłam dodatkowe jazdy jeszcze w innej szkole,
        ostatnio jeździłam z pewnym panem, który uświadomił mi, jak mało umiem po tych
        35 wyjeżdżonych godzinach :) Ale w trakcie tych 2 godzin dużo się nauczyłam,
        przede mną jeszcze 8 i mam nadzieję, że po nich będę czuła się w miarę pewnie na
        egzaminie. Dobrze, że przynajmniej łuk już mi wychodzi :) Mam rozpisane jazdy do
        28 lutego :)
        Mam zatem nadzieję, że we wtorek będę znała termin mojego egz praktycznego.
        Wtedy o trzymanie kciuków nie będę śmiała Was prosić, bo zamierzam zapisać się
        na egzamin na 6 rano, a nie sądzę, by któraś była na tyle szalona i nie spała o
        tej porze. Wyboru za bardzo nie mam, bo muszę być w pracy najpóźniej o 8:30, a
        wieczorem po pracy trochę siada mi koncentracja :/

        Dzięki Wam wierzę, ze mam jakieś szanse zdać ten egzamin :)

        • turzyca kciuki beda. i dobra rada :) 17.02.10, 22:34
          Jesli zauwazasz, ze masz problemy na samym poczatku jazdy, a potem juz z gorki,
          to ulatw sobie egzamin i dojedz na niego eLka. :) Czyli po prostu wykup godzine
          jazdy tuz przed egzaminem w jakiejkolwiek szkole w okolicy osrodka (i najlepiej
          zaknebluj instruktora, zeby Cie nie rozpraszal). O ile jakas jest otwarta od 5
          rano... :D



          > Wtedy o trzymanie kciuków nie będę śmiała Was prosić, bo zamierzam zapisać się
          > na egzamin na 6 rano, a nie sądzę, by któraś była na tyle szalona i nie spała o
          > tej porze.

          Niektore forumki mieszkaja w Stanach... ;)
          • jul-kaa Re: kciuki beda. i dobra rada :) 17.02.10, 22:42
            >
            > > Wtedy o trzymanie kciuków nie będę śmiała Was prosić, bo zamierzam zapisa
            > ć się
            > > na egzamin na 6 rano, a nie sądzę, by któraś była na tyle szalona i nie s
            > pała o
            > > tej porze.
            >
            > Niektore forumki mieszkaja w Stanach... ;)

            A inne budzą się o tej porze, więc mogą potrzymać, zanim zasną ponownie:)
            • wera9954 Re: kciuki beda. i dobra rada :) 19.02.10, 18:50
              Są też forumki, które na co dzień wstają o 5 rano ;)
          • mirka.zdzirka Re: kciuki beda. i dobra rada :) 17.02.10, 23:20
            Turzyco, dzięki za radę ;) Tyle, że ja już w trakcie kursu przekonałam się, ze
            kiedy miałam 2 godziny jazd jednym ciągiem, to na drugiej trochę gorzej mi się
            jechało (chyba po prostu nie lubię, gdy ktoś za długo mnie poucza - te same
            problemy miałam na studiach (o ile na pierwszej godzinie wykładu byłam w miarę
            skoncentrowana, to na drugiej myślałam już tylko o tym, żeby jak najszybciej
            opuścić salę :)). Poza tym nie trafiłam do tej pory na szkołę, w której możnaby
            jeździć od 5 rano, no i musiałabym wtedy wstać najpóźniej o 4:00 ;)
            Na kciuki oczywiście będę liczyć :) O forumkach w Stanach rzeczywiście nie
            pomyślałam ;)

            Julko, skoro się o tej porze budzisz, to będziesz mogła zacisnąć kciuki o 6:00 i
            zasnąć ponownie, bo nie chcę, żebyś się przeze mnie nie wysypiała ;)
            • jul-kaa Re: kciuki beda. i dobra rada :) 18.02.10, 01:02
              mirko, mój mąż zdaje w Łomży - jedzie tam wcześniej tego samego dnia, ma 2h jazd
              (żeby poznać miasto) i potem zdaje. Ale on tak właśnie woli.

              A kciuki mogę trzymać przez sen - zawiążę sobie dłonie w kułaki ;)
              • mirka.zdzirka Re: kciuki beda. i dobra rada :) 18.02.10, 15:33
                Julka, to dobrze, że Twój małżonek bierze wcześniej jazdy na
                miejscu, bo podobno miasto specyficzne (koleżanka zdawała i podobno
                trzeba często ruszać z ręcznego, ale zdaje się przyjemniej niż w
                Warszawie). Ja natomiast jestem zmuszona do zdawania w Warszawie, bo
                tu się uczyłam i będę jeździć. Poza tym, nie chcę specjalnie brać
                wolnego dnia w pracy na egzamin ;)
    • 100krotna MAM CZASEM DOSYĆ KIEROWNICZKI 13.02.10, 14:32
      W pracy oczywiście. Jako przełożona jest super, trochę matkuje, dużo pomaga,
      pozwala na "gorsze dni" i wspiera, żartuje, normalnie z nami rozmawia... ale,
      żeby nie było tak kolorowo, chyba uwzięła się na mój wygląd :) Tzn dokładniej,
      na moje samozadowolenie i pewność siebie. Prawdopodobnie nieświadomie, ale
      usiłuje mnie chyba wpędzić w kompleksy, "utrzeć nosa".
      (Bo ja lubię siebie, lubię swój wygląd, na komplementy odpowiadam z uśmiechem,
      nie peszą mnie... i to jej chyba przeszkadza?)
      Takich kilka przykładowych sytuacji:

      1.Koniec dnia, rozluźnienie od roboty, oglądamy na internecie sukienki
      okazyjno-wyjściowe, pokazuję, jakie mi się podobają, w którym WIEM, że wyglądam
      dobrze. Komentarz: "ładne, ale do takich to trzeba mieć FIGURĘ, nie pasowałyby ci".
      (Nosz kurna, wg mnie mam "figurę". Całkiem chyba niezłą! W każdym razie tak mi
      się zawsze wydawało...)

      2. Komentarze, odnośnie mojej chorobliwej bladości. Bo ja się nie opalam od
      jakiegoś czasu*. Ale różu czasami używam, nie jestem chyba też sino-blada. A
      może to wrażenie od jarzeniówek? No i lubię jasną cerę w połączeniu z
      ciemnoblond włosami (naturalne)
      (*tzn nie uciekam przed słońcem, ale też nigdy się specjalnie nie "wyleguję", a
      jak jeżdżę nad jezioro, to raczej wybieram cień i kremy z filtrem. Moja buzia
      nie opala się prawie wcale, do tego bardzo szybko blaknie . Naturalnie jestem
      dosyć jasna i podoba mi się to, nie wszyscy muszą być żółto-brązowi)

      3. Czasami do pracy się maluję czymś więcej niż tuszem. (jak ubieram coś
      ciemnego przy buzi)
      Niedużo, zwykle jest do podkreślenie powieki neutralnym zestawieniem cieni
      jasne+ciemne (zaznaczenie zewn kącika) i tusz do rzęs. Bardzo rzadko kreski.
      Zwykle wiąże się to z komentarzami, które sugerują, że robię to beznadziejnie,
      że ona (kierowniczka) jak była młodsza to się świetnie malowała i ja do pięt nie
      dorastam... oj, to niech chociaż raz pokaże! Może się czegoś nauczę. Tu akurat
      nie jestem mistrzynią, ale staram się wyglądać jak człowiek - już nawet
      próbowałam pytać kilku obiektywnych osób (w tym siostry, której jeśli się coś
      nie podoba, to powie bezpośrednio), twierdzą że jest ok.

      4. Rozmowa o sporcie, w szerszym gronie. Pada hasło, że biust przeszkadza w
      ruszaniu się. Prostuję, że warto dobrać sobie odpowiedni stanik, najlepiej
      sportowy, unieruchamiający. Komentarz: "Biust to i tak przeszkadza i boli. Ty
      nie możesz nic wiedzieć, ze swoją jedynką wklęsłą"
      No bardzo przepraszam! Co prawda mam najmniejszy biust ze wszystkich dziewczyn w
      pracy - ale jest nas w sumie 4 jednostki, a dwie są jakąś połowę ode mnie
      większe, i nie chodzi mi o wzrost! Poza tym, noszę 65 DD-E (effuniakowe 70D), co
      może nie jest bardzo wybitne i spektakularne, ale przecież kwalifikuję się do
      grupy mniejsze-średnie, na pewno nie płaskie...

      Takich szpileczek jest więcej, większość w konwencji złośliwo-humorystycznej...
      I nawet nie chodzi o to, że mnie to boli, psuje humor czy podkopuje pewność
      siebie - bo mam zwykle własne zdanie na dany temat - Ale zwyczajnie wkurza, i
      jest najzwyczajniej niemiłe, nawet w żartach. Zwłaszcza, że jestem jedyną, którą
      w ten sposób komentuje. Może rzeczywiście ją drażnię? Ale nie będę się uważać za
      brzydką zakompleksioną szarą myszkę! Ani nie będę takiej udawać.

      Grr, wyżaliłam się :)

      • jul-kaa Re: MAM CZASEM DOSYĆ KIEROWNICZKI 13.02.10, 14:54
        Mam czasem wrażenie, że niektóre kobiety już tak mają - jeśli jesteś pewna
        siebie, to można Ci powiedzieć coś "szczerego" (czyli przykrego). I tyczy się to
        zarówno sfery emocjonalnej, jak i wyglądu. Nie wiem, czy celem jest speszenie,
        czy podbudowanie własnego ego, czy co.
        Jeśli przyjmujesz takie teksty na klatę, taka osoba jeszcze bardziej się stara.
        Może jednak się zdarzyć, że nie wytrzymasz - spoważniejesz i powiesz, że Ci
        zwyczajnie przykro słuchać, jak to nie umiesz się malować, masz mały biust,
        kiepską figurę. Nie warto się raczej zagłębiać w sprawę i dodawać, że jesteś z
        siebie zadowolona, bo to byłaby płachta na byka.
        Można też obrócić sprawę w żart, ale to może nakręcić krytykantkę.
        • kotwtrampkach Re: MAM CZASEM DOSYĆ KIEROWNICZKI 13.02.10, 15:12
          jul-kaa napisała:
          > Mam czasem wrażenie, że niektóre kobiety już tak mają - jeśli jesteś pewna
          > siebie, to można Ci powiedzieć coś "szczerego" (czyli przykrego).

          też zauważam takie zachowania u niektórych kobiet. a co ciekawe, kiedy im
          powiedzieć, że ich słowa sprawiają przykrość, są wyraźnie zdziwione, zmieszane,
          zaskoczone. Tak jakby osoby ładne + pewne siebie były bez uczuć? MOze to jakiś
          stereotyp?

          Mój studencki, stary znajomy uwielbiał sobie żartować ze swoich kumpli - kiedy
          powiedziałam mu, ze jego żarty są czasem niesmaczne i przykre, był zaskoczony -
          powiedział mi potem, ze uważał się za "duszę towarzystwa"..
          • jul-kaa Re: MAM CZASEM DOSYĆ KIEROWNICZKI 13.02.10, 15:24
            kotwtrampkach napisała:

            > Mój studencki, stary znajomy uwielbiał sobie żartować ze swoich kumpli - kiedy
            > powiedziałam mu, ze jego żarty są czasem niesmaczne i przykre, był zaskoczony -
            > powiedział mi potem, ze uważał się za "duszę towarzystwa"..

            Miałam kiedyś opinię osoby,której można powiedzieć wszystko, nawet coś najbardziej - nie czarujmy się - chamskiego. Później dowiedziałam się, że byłam postrzegana jako osoba bardzo bezpośrednia. Fakt - miałam kilkoro takich znajomych, z którymi uwielbialiśmy słowne utarczki i nie szczędziliśmy sobie złośliwości, z zewnątrz nawet postrzeganych jako wyjątkowo "mocne". To jednak był/jest pewien styl, przyjęta konwencja, która wbrew pozorom ma dość sztywne reguły. Z tymi osobami łączą mnie silniejsze więzi, znamy się na tyle żeby wiedzieć, na co możemy sobie pozwolić, znamy swoje granice. Postronnym obserwatorom jednak wydawało się, że w takim razie oni też mogą "pojechać", ze nic nie jest w stanie sprawić mi przykrości. A to był błąd. Duży.

            Myślę, że podobnie jest z wyglądem i krytykowaniem go - ludzie uznają, że jeśli jesteśmy z siebie zadowoleni, to nic nas nie rusza.
        • 100krotna Re: MAM CZASEM DOSYĆ KIEROWNICZKI 13.02.10, 15:17
          No cóż, ja zwykle nie reaguję, nie odpowiadam. Obracanie w żart (chociaż sama z
          siebie się często śmieję) zadziałałoby właśnie jak nakręcanie. Czasami bronię
          własnego zdania, jeśli akurat rozmawiamy o gustach, ale to przy bardziej
          neutralnych tematach, niż budowa mojego ciała.
          Na tekst o biuście odpowiedziałam raz coś w stylu: "uważam, że jest w porządku,
          taki jak być powinien", i wtedy nie było odpowiedzi - ale w tym temacie
          usłyszałam coś później jeszcze kilka razy - więc na dłuższą metę nie działa.
          Tekstu o mojej przykrości się boję, żeby tak bezpośrednie wytknięcie błędu nie
          spowodowało gorszego stosunku do mnie na gruncie służbowym - jest to w końcu
          moja przełożona. (Znam kilka kobiet, które lubią się za coś takiego "zemścić") A
          raczej nie uda mi się zrobić smutnej miny i pokazać, że mi smutno - już bardziej
          złość, bo wtedy właśnie się złoszczę.
          Dodam jeszcze, że u nas panuje dosyć luźna atmosfera i dogryzamy sobie
          wzajemnie. Ale raczej w bardziej ogólnikowy sposób, na zasadzie dowcipu i
          chwytania za słówka. (towarzystwo jest damsko męskie z przewagą męskiego, z
          facetami nie ma raczej większych problemów, nawet z szefem ;))
          • agata272 Re: MAM CZASEM DOSYĆ KIEROWNICZKI 14.02.10, 16:56
            100krotna, ja bym jednak radziła Ci powiedzieć, że jest Ci przykro. Miałam taką koleżankę w pracy, która też uważała, że skoro jestem pewna siebie, to można po mnie jeździć (hehe, jestem najbardziej zakompleksioną osobą w tym zestawie, tylko o tym nie mówię ;). Nic nie pomagało, żarty, docinki zwrotne, zwracanie uwagi ze śmiechem itd. jak grochem o ścianę. Też bałam się pogorszenia atmosfery, bo u mnie ważna jest praca zespołowa. Ale się przemogłam, powiedziałam grzecznie parę słów w cztery oczy, pogorszenia w pracy nie ma, za to bardziej mnie szanuje, jako tą asertywną :).
    • wiedzma_kasia Problem z facetem 14.02.10, 07:58
      Dziewczyny kochane, potrzebuje wsparcia z cyklu madre rady i duzo przytulaskow.
      Ostatnio zwiazek mi sie psuje, jest tragicznie, najgorsze jest to ze teraz bede
      musiala ja bardzo mocno popracowac i zmienic kilka przyzwyczajen, zeby wszystko
      znow gralo. Wczoraj uslyszalam cos, co spowodowalo, ze czuje sie jakby mi ktos
      wyrwal pol serca. Po prostu czarna dziura. W tej chwili go kocham i nienawidze.
      Ale wiem, ze chce dalej tego faceta, zwiazku z nim i chce to wszystko naprawic.
      Ale facet siedzi i czeka co bedzie, a ja bym chciala tylko wsparcia od niego w
      tej walce o niego, ale przeciez gdyby mu nie zalezalo to by zwial zupelnie. Chce
      uslyszec ze mnie kocha, zebym miala brac skad sile na walke.
      Baby, ratujcie! Przeciez lobby jest zbiorem takich madrych kobiet, ktore na
      pewno cos poradza.
      • bebe.lapin Re: Problem z facetem 14.02.10, 15:43
        Nic madrego nie umiem powiedziec, ale za to mocno przytulam i zycze powodzenia i
        wytrwalosci, byle nie poza granice zdrowego rozsadku.
      • kizombalover Re: Problem z facetem 17.02.10, 13:30
        Poradzić nie poradzę, bo nie piszesz, w czym problem, ale głaszczę,
        przytulam i całuję. Walcz, jeśli Ci na nim zależy. Czasem trzeba
        przyznać się do błędu.
    • daslicht Zaczyna się rzeźnia! 14.02.10, 12:37
      Od jutra. Szkoła od 8 do 20. Czasem do 21. Najbardziej luzacki dzień do 18.
      Przerwy na tyle długie, żeby przejść z jednego końca miasta na drugi i przy okazji powybijać z rytmu. Jedzenie? Spanie? Święty spokój? Zapomnij!

      Zajęcia kilkukrotnie za długie, bezsensowne, nudne jak flaki z olejem. Odsiadka, nie nauka. Niekiedy tzw. "praca w grupach" (czyli użeranie się z babsztylami, fochy, 90% pitolenia + 10% roboty) - AAAAAAAAAAAA!

      Duszne przegrzane sale, buczące świetlówki prosto w oczy (dużo watów! dużo luksów! białe ściany! w południe!), cuchnące perfumy, niewygodne krzesła, drące japę, gapiące się, obgadujące i spiskujące baburzyce, sfochowane asystentki i ich niejasne pomysły (jak poprosisz o sprecyzowanie, to zacznie drzeć japę). Pięciogodzinne odsiadki nad czymś, co można w godzinę zrobić w domu. Odmóżdżanie, strata czasu. Zero świętego spokoju. Zero naturalności. Sto procent wk...wu.

      Żeby mi się dobrze uczyło, muszę:
      - WYSPAĆ SIĘ! - i tak najlepiej myślę w nocy
      - normalnie zjeść
      - mieć ŚWIĘTY SPOKÓJ! - czyli że mogę sobie pić herbatkę, łazić, śpiewać, bujać się na krześle itepe. Jak mi się nie chce, to robię coś innego. Nie musze robić na tempo w dziwnych godzinach, nie musze zmieniać miejsca. Nikt się na mnie nie gapi, nie pitoli i nie czepia o bzdury. Nikt mi nie świeci w oczy, nie gotuje i nie gada.

      Gratulacje dla idioty, który wymyślił ten plan. Za tydzień będę już mieć "wypalenie zawodowe", a potem zacznę się sypać.
      Jakby nie można było zrobić kilku krótkich zajęć w jednym miejscu plus parę INDYWIDUALNYCH projektów do wykonania. Można. Ale to nie Ameryka, tu się liczy pensum nauczyciela. A że ze studentów zrobi się zombi, które i tak się niczego nie nauczy, to już tam szczegół :/
      • daslicht Re: Zaczyna się rzeźnia! 15.02.10, 21:22
        No cud normalnie! Udało mi się wpaść na godzinę do meliny i coś zjeść! Szok, panie! O_o

        Ale jutro już 8-21.30, wf, meganudy i koło jakieś, matkozcórką!

        Marzy mi się pilot do ludzi, ale tym razem nie do objęcia władzy nad światem ;) tylko zwykłe "subtitles" :)))))
        • daslicht Re: Zaczyna się rzeźnia! 19.02.10, 23:34
          Tja, minął tydzień a nastrój mam jak z "Dnia Świra". Zapieprz taki, ze za 2 miesiace będę wyglądac jakby uciekła z Treblinki. A najgorsze, że prawie nic konstruktywnego :/

          Kurza twarz, jak ja bym chciała mieć problemu z rodzaju "a on mnie nie kocha buuuu! a Ziuta to zołza! a w dzień śpię śpię a w nocy chodzę chodzę ojaaaa!". Jeszcze mi tu na dole dyskotekę zrobili... mówiłam już że marzę o skrzynce granatów? ^^
    • cissnei Moi rodzice 14.02.10, 14:43
      Z zasady nie lubię się zwierzać z bardzo osobistych spraw, wiem, że to nie jest
      raczej w dobrym tonie, staram się nie zamęczać bogu ducha winnych ludzi moimi
      problemami. Ale tym razem muszę, bo czuję, że zwariuję, jeśli tego z siebie nie
      wyrzucę.

      Wróciłam właśnie od moich rodziców. Obydwoje są Świadkami Jehowy i wychowywali
      mnie w tej religii. Ja nigdy nie czułam się w niej pewnie, choć bywały chwile,
      kiedy wydawało mi się, że w nią wierzę. Do tego stopnia, że w wieku 16 lat
      przyjęłam ten ich chrzest. Trzy lata później, zaraz po maturze wyprowadziłam się
      z domu i nasze kontakty z rodzicami znacznie się rozluźniły. Nie chodziłam na
      żadne religijne spotkania, nie dawałam żadnych znaków, że przynależność do
      organizacji mnie interesuje, więc w końcu automatycznie z niej wyleciałam. Od
      tej pory kontakty z rodzicami były jeszcze rzadsze, zresztą w tym czasie
      związałam się z chłopakiem i mieszkaliśmy razem bez ślubu, czego rodzice nie
      akceptowali. Wszelkie spotkania zatem odbywały się u nich w domu i były raczej
      zdawkowe, na zasadzie co tam u ciebie słychać, przyszedł do ciebie list, itd.

      Jakiś rok temu zaczęliśmy myśleć o ślubie (rzecz jasna, cywilnym, obydwoje
      jesteśmy religijnymi sierotami). Mieliśmy wtedy dość wywrotowe poglądy, marzył
      nam się ślub dwuosobowy, bez żadnych gości, rodziny, nikogo, w codziennych
      ubraniach, sama formalność. Powiedziałam rodzicom, że prawdopodobnie nie
      zaprosimy nikogo, nawet ich. Wtedy mojej mamie było przykro, popłakała się nawet
      i mówiła, że czuje się przeze mnie odrzucona. Minął rok i postanowiliśmy
      wreszcie się określić. Zaklepaliśmy sobie termin w urzędzie na maj,
      stwierdziliśmy, że jednak zaprosimy rodzinę, znajomych i podejdziemy do tego
      poważnie, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. Miałam również nadzieję, że
      rodzice zmienią swój stosunek do mnie i mojego chłopaka, bo do tej pory
      przeszkadzało im głównie to, że nie mamy ślubu i żyjemy w grzechu (Świadkowie
      uważają ślub cywilny za wiążący). Decyzja o zalegalizowaniu związku była podjęta
      głównie w tym celu (bo dla nas to nie robi żadnej różnicy), chciałam przede
      wszystkim, żeby nie czuli dyskomfortu, kiedy do nich przyjeżdżamy, żeby po
      prostu odwiedzili nas od czasu do czasu. Pojechaliśmy do nich z tą wiadomością,
      byli bardzo zadowoleni, powiedzieli, że przyjdą, zaczęli nawet rozmawiać o
      jakichś prezentach, podróżach itd. Cieszyłam się, że może wreszcie coś się
      zmieni. A potem mama zadzwoniła do mnie, żebym przyjechała do nich dzisiaj. Sama.

      Przywitali mnie z Biblią i odczytali werset mówiący, że nie można utrzymywać
      kontaktu z bezbożnikami. Powiedzieli, że to dla nich trudna decyzja, ale podjęli
      ją z modlitwą i w zgodzie z własnym sumieniem. Że ta poprzednia decyzja była
      emocjonalna i ludzka, a teraz przemyśleli to na zimno, prosząc Boga o rozwagę. I
      że nie będą na naszym ślubie. I w ogóle nie będą już utrzymywać z nami kontaktu,
      bo muszą bardziej kochać Boga niż ludzi. Usłyszałam, że, ponieważ przyjęłam
      chrzest i oddałam się Bogu, a potem zerwałam tę przysięgę, jestem gorsza niż
      taki, który nigdy nie wierzył. I że, jeśli będę potrzebowała jakiejś pomocy, oni
      oczywiście nie odmówią, ale najlepiej będzie, jeśli wyślę męża, bo z nim mogą
      rozmawiać (on nigdy Świadkiem nie był), a ze mną już nie.

      Najbardziej przykro mi z tego powodu, że czuję ogromne poczucie winy. Bo cały
      czas po głowie tłucze mi się myśl, że wolałabym chyba, żeby umarli niż żeby mnie
      odrzucili. Przypominam sobie teraz te wszystkie nastoletnie problemy, kiedy nie
      chciałam z nimi jechać na ognisko albo miałam nadzieję, że nie będzie ich w
      domu, bo chcę sobie telewizję pooglądać. I teraz to wszystko wydaje mi się takie
      śmieszne, błahe, kiedy sobie uświadomię, że teraz to oni mają mnie gdzieś i nie
      chcą nawet wiedzieć, czy żyję.

      Najgorsze jest to, że ja wiem, że to wcale nie jest ich sumienie i ich pogląd,
      bo nie dalej jak tydzień temu gratulowali mi decyzji o ślubie, rozmawiali ze mną
      normalnie i nie było w nich widać żadnych wątpliwości. Musieli po prostu się tym
      pochwalić w swoim zborze i ktoś im powiedział, że nie wolno im przyjść na ślub.
      Na pewno nie powiedział tego wprost, ale dał do zrozumienia, w ichniejszej
      gwarze to pewnie było coś w rodzaju "to jest wasze sumienie i wasza decyzja, ale
      przeanalizujcie to z Biblią i proście Boga o pomoc, bo takie decyzje są trudne".
      Organizacja Świadków Jehowy kładzie wielki nacisk na "wewnętrzną czystość" i
      każdy, kto jest z niej usuwany, traktowany jest gorzej niż taki, który nigdy w
      niej nie był. Nie wszyscy zrywają kontakt z rodziną, ale ci bardziej
      zindoktrynowani tak.

      Na koniec zasadzili mi jeszcze słowami Jezusa, że kto nie wyprze się matki
      swojej czy jakoś tak, nie wejdzie do królestwa niebieskiego. Nie mogłam tego
      słuchać i po prostu wyszłam, nie żegnając się. Żałuję, że w ogóle miałam
      jakiekolwiek nadzieje, że się łudziłam, że ten ślub coś zmieni. Chciałabym jak
      najszybciej zapomnieć o tym, że oni istnieją, ale to nie będzie łatwe :( Mimo że
      ostatnio nie było między nami wielkiej zażyłości, to jednak są to moi rodzice. A
      wspomnienia powracają...

      Wybaczcie ten słowotok. Pewnie nie powinnam tu pisać o takich sprawach. Zwykle
      się tak nie zachowuję, ale teraz nie myślę racjonalnie. Mam ochotę wyć. Nie
      miałam pojęcia, że odrzucenie może sprawiać taki ból. Nie oczekuję od nikogo
      głaskania po głowie, nikt nawet nie musi tego przeczytać, ale wyrzucenie tego z
      siebie przyniosło mi trochę ulgi.
      • jul-kaa Re: Moi rodzice 14.02.10, 15:13
        Ogromnie Ci współczuję, choć pewnie nawet nie wyobrażam sobie, jak źle musisz się czuć. Nie widzę powodu, dla którego miałbyś tu o tym nie napisać, zwłaszcza jeśli przyniosło Ci to ulgę.
        Teraz dość powszechny jest pogląd, wg którego od rodziny warto się w pełni odpępowić i pogodzić się z jej odmiennymi poglądami. To prawda, choć pewnie bywa trudna do przyjęcia.
        Piszesz, że decyzja rodziców nie była ich własną i pewnie tak właśnie jest - to, jak pozytywnie zareagowali na wieść o Twoich planach, oddaje moim zdaniem ich prawdziwe emocje. To, co zaprezentowali teraz, to niestety skutek indoktrynacji. Z jednej strony to bardzo przykre, że są w stanie dać sobą tak kierować, z drugiej pocieszeniem jest, że w głębi serca czują inaczej.
        Wydaje mi się, że ich stanowisko może się zmienić. Nawet jeśli się o tym nie dowiesz, oni będą za Tobą naprawdę tęsknić.
        Myślę, że musisz dać sobie czas na poradzenie sobie z emocjami. Oni też pewnie bardzo przeżyli to, co zrobili i powiedzieli, choć z zewnątrz ich postawa może wydawać się bezduszna. Mam jednak wrażenie, że z czasem Wasze kontakty mogą się unormować.
        Trzymaj się!
        • cissnei Re: Moi rodzice 14.02.10, 20:53
          Dziękuję Ci za dobre słowo :) Wiesz, problem tkwi w tym, że oni wielokrotnie
          mnie już zawiedli. Już jako małe dziecko nie wiedziałam, czego mogę się od nich
          spodziewać - bywało, że za poważne dziecięce występki nie byłam karana, a
          dostawałam pasem po tyłku za to, że zrobiłam coś, o czym nawet nie miałam
          pojęcia. Wiem, ze to zabrzmi cynicznie, ale teraz przynajmniej wiem, na czym
          stoję. Wolę chyba żyć w świadomości, że już ich nie ma, niż zaufać im po raz
          kolejny i znowu dostać od nich w twarz.
          • kizombalover Re: Moi rodzice 15.02.10, 17:50
            Strasznie Ci współczuję.... Nie wyobrażam sobie zerwania kontaktów z Rodzicami,
            a w przyszłości z dzieckiem, choćby nie wiem co...., Religia religią, moim
            zdaniem zasady jak z kosmosu (żeby nie było - jako katoliczce nie podoba mi się
            też to, że na zmiłowanie ma większą szansę nawrócony grzesznik niż ktoś zawsze
            żyjący w zgodzie z przykazaniami), ale to krew z krwi, uczucia matczyne i
            ojcowskie, więź najprawdziwsza. Chyba dałabym im znać, że gdyby zmienili zdanie,
            to będziesz otwarta na odzew z ich strony. Ale czy tego naprawdę chcesz?
            • cissnei Re: Moi rodzice 15.02.10, 18:48
              Myślę o tym cały czas i wciąż trwam w postanowieniu wyrzucenia ich całkiem ze
              swojego życia. Wiem, że to brutalne i nieludzkie, ale obiecałam sobie, że to był
              ostatni raz, kiedy pozwoliłam na to, by mnie zranili. To nie jest pierwszy raz,
              kiedy odwracają się do mnie plecami. Szukam w tym jakiejś swojej winy, ale
              naprawdę nie wiem, co ja im mogłam zrobić. Cóż, prawda jest taka, że ich nigdy
              nie interesowało to, jak mi idzie w szkole, jakie mam problemy i w ogóle, jakim
              jestem człowiekiem. Najważniejsze były książeczki i czasopisma, religijne
              spotkania i mój stosunek do nich, który nigdy nie był dla nich wystarczająco
              entuzjastyczny. Oni uważają, że Bóg od nich żąda zerwania kontaktu ze mną, więc
              oni muszą ponieść tę ofiarę. Nie wtrącam się do ich wierzeń, ale jaki bóg
              żądałby od rodziców odrzucenia swojego dziecka?

              Nie wiem, jak to wszystko dalej się potoczy, czy będę umiała trwać w swoim
              postanowieniu i czy oni zmienią kiedyś swój pogląd. Będąc z nimi, nauczyłam się
              nie ufać ludziom, opancerzać się wewnętrznie, na razie nie widzę szans na to,
              bym kiedykolwiek mogła im znowu zaufać :(
              • plecha1 Re: Moi rodzice 15.02.10, 20:12
                Obawiam się, że w tej sytuacji nie potrafię napisać nic mądrego, ale za to
                bardzo mocno Cię przytulam i mam nadzieję, że jakoś sobie to wszystko
                poukładasz. Wysyłam dużo Dobrych Uroków.
              • kizombalover Re: Moi rodzice 16.02.10, 09:26
                ale jaki bóg
                żądałby od rodziców odrzucenia swojego dziecka?

                No właśnie, jaki? Żaden, którego chciałabyś uznać za "swojego".
                Skoro Twoi rodzice wybrali jego, a nie Ciebie, chyba musisz się z
                tym pogodzić. I przestań myśleć, czym sobie załużyłaś. Tak jak są
                lepsze i gorsze dzieci, tak są lepsi i gorsi rodzice. Ty miałaś
                wyjątkowego pecha :(.
                Może los sprawi Ci wyjątkowy prezent w postaci najlepszego pod
                słońcem męża i najukochańszych w świecie dzieci? Natura lubi
                równowagę. Trzymaj się! Wierzę, że pozbierasz się i spojrzysz
                optymistycznie w przyszłość, a zamkniesz drzwi za przeszłością.
              • balbina11 Re: Moi rodzice 16.02.10, 16:15
                Sama tego nie przeżyłam, ale mam bliską osobę o podobnych przejściach. Jej
                pomogła terapia, trafiła na bardzo rozsądnego terapeutę i pomału wychodzi na
                prostą. Nie było jej łatwo, bo musiała postawić granice tam, gdzie bolało
                najbardziej. Życzę Ci żeby Ci się udało poukładać własne życie.
              • pierwszalitera Re: Moi rodzice 17.02.10, 11:42
                Wydaje mi się, i tu zgadzam się z opinią Julki, że powinnaś odczekać i dać emocjom czas na uspokojenie się. Reagujesz teraz z pozycji zawiedzionego dziecka i masz naturalnie w tym rację, tylko powolutku powinnaś przejść z rodzicami na relacje dorosły z dorosłym. To polega na tym, że przyjmuje się do wiadomości, nie mylić z akceptacją, że rodzice są osobami z wadami i robią/robili błędy. Te właśnie błędy miały duży wpływ na twoje dziecięce i nastoletnie życie, ale ty dałaś sobie radę i własnymi siłami udało ci się z tego wyciągnąć. Byłaś na tyle odważna, że nie uległaś presji bliskiej ci grupy społecznej i żyłaś życie, które uznałaś dla siebie za odpowiednie. To spore osiągnięcie, z którego możesz być dumna i bardzo dorosła, świadoma decyzja. Teraz też musisz patrzeć dorośle w przyszłość. Nie chować starych żalów. Ślub bez rodziców, to nic strasznego, zrobicie wszystko trochę bardziej na luzie, w końcu aż tak bardzo ci na tym akcie nie zależało. Rodziców nie musisz wyrzucać ze swojego życia, zostaw im dobrodusznie jakąś szansę i furtkę, może kiedyś do niej zapukają. Nie musisz ich też w ogóle darzyć zaufaniem, zapomnij o mitologii kochającej się i poświęcającej się dla siebie rodziny. Czasem łatwiej jest, gdy traktuje się rodziców niezobowiązująco, jako starych znajomych, do których ma się tylko trochę większy sentyment, ale nie oczekuje od nich zbyt wiele. Tak to już jest w życiu, że rodzinę dostajemy w ciemnym worku i musimy się jakoś zaaranżować. Niespełnione nadzieje prowadziły już często do niejednej tragedii i traumy życiowej. Też dlatego, że nie potrafimy wyzwolić się z wyobrażeń na temat rodziny, o tym jak być powinno i nieraz do końca życia pielęgnujemy niezdrowe uzależnienia i pozostajemy w roli małego dziecka. Potraktuj rodziców jako coś, co należy w jakiś sposób do twojego życia, ale nie ma już wpływu na niego, bo przestałaś być tym małym dzieckiem. Już nie mogą cię swoimi wyborami manipulować, bo jako dorosła osoba, wiesz lepiej, co dla ciebie jest dobre i podejmujesz swoje decyzje sama. Ewentualnie z osobami, które lepiej do twojego obecnego życia pasują. Te osoby można sobie wybrać i nazywa się ich przyjaciółmi. :-)
    • justinehh Re: GRUPA WSPARCIA - 3 16.02.10, 22:48
      Nie dość że wywalili mnie z roboty, to jeszcze przysłali PITa z błędnymi danymi...
      • kulka_kulkowa Re: GRUPA WSPARCIA - 3 16.02.10, 23:22
        Przytulam i trzymam kciuki za nową, lepszą pracę :)
        A starego pracodawcę pogonić, niech wystawia korektę.
    • fanka_tomcia mój facet ma tydz. urlopu a siedzimy chorzy osobno 17.02.10, 20:37
      :( myślałam, że wykuruję się chociażby na wtorek, mieliśmy iść do kina,
      widzieliśmy się ostatnio w piątek (u niego w pracy). takie nasze szczęście, jak
      on ma wolne to zawsze coś pójdzie nie tak :((((
      • mirka.zdzirka Re: mój facet ma tydz. urlopu a siedzimy chorzy o 17.02.10, 22:13
        Fanko, współczuję, przytulam i życzę duuużo zdrówka.
        Na pocieszenie mogę Ci dodać, że doskonale wiem, co czujesz ja z moim facetem
        ostatnimi czasy jak widzę się raz w tygodniu, to jest nieźle - najpierw miał
        sesję i siedział przez 3 tygodnie w książkach, potem miał ferie i wyjechał z
        Wawy, a teraz uczy się do innego egzaminu (ja zresztą też zaczęłam się uczyć,
        ale do innego). A mieszkamy oboje w Wawie i to wcale nie tak daleko od siebie :(
        No ale dzięki chwilowej rozłące wspólnie zdecydowaliśmy, że od kwietnia
        zamieszkamy razem :)
        Czasem takie długie okresy niewidywania się dają facetom trochę do myślenia i
        mam nadzieję, że tak będzie i w Waszym przypadku.
        Ściskam
        • fanka_tomcia Re: mój facet ma tydz. urlopu a siedzimy chorzy o 18.02.10, 03:30
          dzięki :> niestety na wspólne zamieszkanie na razie nie ma szans ><
    • plecha1 Stłukłam udo 18.02.10, 01:56
      Byłam dzisiaj pod Poznaniem i musiałam zdążyć na autobus, żeby dojechać na
      dworzec PKP (ostatni pociąg, który mi pasował). Biegłam do autobusu i pojechałam
      na ostatnim kawałeczku lodu, tak, że korpus wylądował już na suchym chodniku.
      Mam spuchnięte udo, robi się siniak i nawet nie ma kto mi jedzenia zrobić :(
      Muszę sama pokuśtykać do kuchni. A dodatkowo jechałam w takiej lodówce, że
      pierwszy raz w życiu w pociągu siedziałam bite trzy godziny nawet w czapce.
      • 100krotna Re: Stłukłam udo 20.02.10, 11:33
        Na udo maść z arniki i leżenie do góry nogami - jeśli zrobi się duży krwiak, to
        do lekarza, po zastrzyki z heparyny, profilaktycznie. Poza tym coś
        przeciwbólowego, ale na to już wpadłaś pewnie :)
        A w ogóle, to przytulam :)
        • 100krotna leżenie z nogami do góry, nie do góry nogami n/t 20.02.10, 11:33

    • amoureuse Nie mam PRACY :((( 20.02.10, 01:06
      Przeczytałam właśnie kilka postów z grupy wsparcia i widzę, że są ludzie, którzy mają gorzej ode mnie, także przepraszam z góry, że zamęczam swoimi problemami, ale nie mam się komu wyżalić, bo ja z tych, co to im trudno się wyżalić...
      No więc od listopada szukam pracy. Ile to już jest? 4 miesiące... Zaraz będzie 5, a zaraz zrobi się z tego pół roku... Może bym i znalazła, ale problemem jest to, że studiuję dziennie. Zajęcia mam 3 razy w tygodniu, ale raz tylko do 12, studia tak w ogóle mało absorbujące. Weekendy z piątkami mam wolne. I za Chiny ludowe nikt nie chce mnie zatrudnić. Byłam na kilku rozmowach, nikt nie oddzwonił. Codziennie wysyłam po 4-5 CV (ile to jest od listopada?), piszę miliony listów motywacyjnych i nic. Naprawdę nie jestem wybredna, mogę kelnerować, sprzedawać, praca w recepcji to już marzenie ściętej głowy... Robię się zdesperowaną ciotką, sytuacja mnie przygnębia, nie mam na nic ochoty, mam problemy ze spaniem i przytyłam chyba z 5kg, bo smutki oczywiście zajadam i oczywiście kalorycznie. Ostatnio wpieprzyłam SAMA dużą paczkę chipsów. Jestem łakomczuchem, ale takie coś do tej pory mi się nie zdarzyło. Na jednej rozmowie kwal. facet nawet spojrzał na moje zdjęcie z CV i wykrzyknął tryumfalnie: już wiem, co się w pani zmieniło! Przytyła pani! :/
      W sumie to nie byłby tak wielki problem gdyby nie jeden szkopuł: przeprowadziłam się od Rodziców, zaczynam "na swoim", a na razie wygląda to tak, że Rodzice płacą mi za czynsz, a ja z różnych zaskórniaków i dziwnych pożyczek staram się wegetować. Dobra, mam kochanych rodziców, pomagają jak mogą (a mogą niewiele, mam jeszcze dwójkę młodszego rodzeństwa, oni sami robią w budżetówce, a na dodatek ostatnie pół roku tata siedzi na zwolnieniu lekarskim), ale jak długo można udawać, że "wpadłam na chwilę", a naprawdę przychodzić do nich na obiad? Tak strasznie chciałabym im się odwdzięczyć, zafundować np bilety do kina, ale za co?!
      W styczniu "wpadałam na chwilę" prawie codziennie, bo zaszalałam i kupiłam sobie spodnie... Za całe 45zł. Musiałam, stare już tak się przetarły w kroku, że nawet długie swetry tego nie zakrywały.
      Wiem, nie jest tragicznie, mam gdzie wrócić, ale jak wrócę, to załamię się całkowicie i chyba zupełnie stracę wiarę w siebie. A poza tym jestem ambitnym typem i aż niedobrze mi się robi jak myślę o konieczności przyznania się do porażki. Dlatego właśnie tu, prawie anonimowo, jest mi łatwiej...
      Dziękuję za wysłuchanie, pocieszeniem będzie dla mnie wirtualny głask od Was, zwyczajnie potrzebowałam zrzucić to z siebie :)

      Ps: wiem, nie mam pieniędzy na jedzenie, a wydaję na chipsy. Wiem. Ale potrzebuję tego, żeby się odstresować, taka już jestem i źle mi z tym, ale co zrobić?
      • fanka_tomcia Re: Nie mam PRACY :((( 20.02.10, 03:01
        ależ... to jest normalne, że nie masz pracy z takich powodów (tzn.
        studia dzienne, nieregularne godziny)... tzn. to Cię nie pocieszy,
        wiem. ale przerabiałam to samo, ostatecznie znalazłam pracę jako
        opiekunka do dziecka, bo akurat komuś pasowały moje nieregularne
        godziny. To oczywiście jest pomysł, jeśli bierzesz pod uwagę pracę
        na czarno, a liczą się tylko pieniądze na "odbicie" się.
        nie załamuj się i nie trać wiary w siebie, bo to nie jest Twoja
        wina, tylko sytuacji na rynku pracy.
      • 100krotna Re: Nie mam PRACY :((( 20.02.10, 09:00
        Wiesz, uważam, że wynajęcie mieszkania i pójście na "swoje" w sytuacji, gdy nie ma się stałego dochodu, to porywanie się z motyką na słońce :) Nie od tej strony trzeba zacząć, niestety, inaczej tak jak w twoim przypadku (jak i wielu innych) będzie klapa.
        Zwłaszcza, znając obecną sytuację na rynku i poziom przeciętnych dochodów, a także wiedząc, że pracując na niepełny etat i studiując, człowiek prawie nigdy w naszym kraju nie jest się w stanie sam utrzymać. (Może jest inaczej, ale opieram się na przykładzie znajomych wśród których się obracam)
        Wg mnie należałoby zacząć od jakichś niewielkich oszczędności, coś odłożyć, uregulować sytuację szkolno-pracowniczą i dopiero przeliczyć, czy Cię stać na wyprowadzkę. Bo chwilowo twoje "swoje" jest tak naprawdę tylko większym obciążeniem finansowym dla rodziców i udawaniem.


        Sama wyprowadziłam się od rodziców jakiś czas temu, jak znalazłam pracę na pełen etat i miałam przerwę w studiach, a mój chłopak akurat znalazł pracę (też studiując, podobnie jak Ty)
        Niestety, zachciało mi się wrócić na studia, więc szybciutko podwinęłam ogonek i przydreptałam do rodziców (i kasę na wynajęcie mieszkania przeznaczyłam na opłaty za studia zaoczne, pracując na szczęście nadal).
        Nie jest tak, że Cię nie rozumiem, bo przeszłam podobną sytuację, nie jest to takie straszne. A wcześniej liczyłam, że spokojnie dam radę na te studia odłożyć, utrzymując się sama ;) nie udało się, mimo wszystko człowiek musi jeszcze żyć, nie tylko oszczędzać.

        > Wiem, nie jest tragicznie, mam gdzie wrócić, ale jak wrócę, to załamię się całkowicie i chyba zupełnie stracę wiarę w siebie. A poza tym jestem >ambitnym typem i aż niedobrze mi się robi jak myślę o konieczności przyznania się do porażki.

        ambitnym, bez wcześniejszego planu? bez przygotowania? to raczej podejście kamikadze ;)
        Przyznać się do porażki? Przecież finansując Cię, rodzice już o niej wiedzą.
        Załamać się? A czym? Że podjęłaś dobrą decyzję, która chwilowo wszystkim wyjdzie na plus? Że popełniłaś błąd, ale naprawiłaś go? I że się dużo rzeczy nauczyłaś? Dasz radę ;)

        Wybacz mi, że Cię nie pocieszyłam :) Rozumiem Cię, wiem, jak się musisz czuć i mimo ostrzejszego tekstu, wysyłam dużo ciepła.

        Jeszcze pytanie, masz mieszkanie, czy wynajmujesz?
        • amoureuse Re: Nie mam PRACY :((( 20.02.10, 12:31
          Plan był. Pracę miałam mieć po znajomości już w grudniu, ale okazało się, że facet, który miał ją załatwić zachorował na raka, poszedł na zwolnienie i w ogóle ma większe problemy niż załatwianie pracy córce znajomej znajomych :] Poza tym mieszkam ze swoim Facetem, on coś tam zarabia, nie za wiele, ale zawsze, też szuka pracy, jednak to już temat na zupełnie inną opowieść.
          No i mieszkanie... Szczerze mówiąc nie zdecydowałabym się na wyprowadzkę, gdybym go nie miała. We wrześniu zmarła mi Babcia i zostawiła mieszkanie z bardzo małym czynszem (teraz, w czasie ogrzewania, to około 300zł). Rodzice chcieli je wynająć i podpisać od razu umowę na 5 lat (!!!), co mi się nie za bardzo uśmiechało. No i podjęłam taką decyzję, wszystko niby było dopięte, a w grudniu, przed świętami, zaczęło się sypać... Ja nie jestm typem podejmującym decyzje na łapu-capu :) Zdecydowanie częściej muszę wszystko przemyśleć i obgadać... Nie chciałam pocieszenia (no, może troszkę ;), chciałam się wygadać :)
          • pitupitu10 Re: Nie mam PRACY :((( 20.02.10, 12:39
            Amoureuse, ja jestem w podobnej sytuacji. Nie poddawaj się, los się do ciebie
            uśmiechnie w końcu.
            A czy rodzice mieszkają w tym samym mieście? Jeśli tak, to zawsze możesz się z
            nimi umówić, że wrócisz do nich na jeden rok.
          • bebe.lapin Re: Nie mam PRACY :((( 20.02.10, 12:43
            Nie wiem, jak duze jest to mieszkanie, ale moze mozecie wygospodarowac jeden
            pokoj i go podnajac. Troche sie podusicie, do czasu ,az nie znajdziecie lepszego
            rzwiazania, ale dzieki temu podreperujecie budzet i bedziecie mogli mieszkac
            razem, a Ty nie bedziesz musiala wracac do rodziecow.

            choc gdybym byla na Twoim miejscu, ale sama, to bez wahania wrocilabym do domu
            rodzinnego, nie ma co udowadniac sobie czegos dla samej satysfakcji
            udowadniania; Za duzo widzialam ludzi, ktorzy probowali "dac sobie rade samemu",
            az do totalnego zadluzenia, popadniecia we wszlkie mozliwe klopoty i zamkniecia
            sobie wszelkich drog awaryjnych.
          • fanka_tomcia Re: Nie mam PRACY :((( 20.02.10, 16:17
            och to lepiej już wrócić na jakiś czas do rodziców, oni mogą nadal wynająć to
            mieszkanie, przecież nie muszą na 5 lat, z atrakcyjnymi warunkami na pewno
            znajdą się jacyś studenci. mam na myśli taką kwotę, która będzie atrakcyjna dla
            obu stron ;) No i to przecież by podreperowało budżet rodziców, nie musiałabyś
            mieć szczególnych wyrzutów, że łożą na Ciebie jak jesteś w domu. w zasadzie to
            dla rodziców chyba taniej wychodzi, jak dziecko jest w domu, niż na swoim ;)
            samodzielność to pokusa no i oczywiście mieszkanie z facetem :PPP
            kiedyś w końcu znajdziesz pracę, możliwe że dopiero po studiach, ja teraz dałam
            sobie siana z szukaniem pracy, po obronie się zobaczy. Nie ma co się szarpać :/
            dodam, że my też mamy mieszkanie i od jakiś 7-8 lat wynajmujemy, a to studentom,
            a to dzieciom znajomych...
            • amoureuse Re: Nie mam PRACY :((( 20.02.10, 19:26
              Fanka_tomcia: przepraszam, nie zdążyłam Ci odpisać poprzednio. Dla mnie siedzenie z dziećmi to fajna sprawa, nie przeszkadza mi, że na czarno, ale najczęściej nianie są na cały tydzień potrzebne... Ze dwa lata temu trafiła mi się rodzina, która potrzebowała niani na 3 dni, udawało mi się to łączyć ze szkołą, ale kasy wielkiej z tego nie było...
              W każdym razie dzięki wielkie za jakiekolwiek zainteresowanie, dla mnie ulgą było opisanie tej sprawy, podzielenie się kłopotem i już od tego mi lepiej :)
              Dałam sobie termin na znalezienie pracy. Jak się nie uda-trudno, wracam na tarczy...
              Aha, jeszcze jedna rzecz, bo wyszłam na pasożyta: Rodzice sami zadeklarowali się już na początku, że będą płacić czynsz dopóki ja studiuję. To nie tak, że się zadłużam u nich czy coś... Ale miło by mi było, gdybym im powiedziała, że dzięki, już nie trzeba :)
              Dziękuję Wam naprawdę, jesteście wspaniałe :)
              • bebe.lapin Re: Nie mam PRACY :((( 21.02.10, 15:57
                jesli nie przeszkadza Ci maloambitnosc wykonywanego zajecia ;) to moze nie
                pilnowanie dzieci, ale sprzatanie u kogos? wtedy masz wieksza szanse, ze
                znajdziesz kogos, komu Twoje godziny beda pasowac. ja sobie tak dorabialam przez
                jeden czy dwa semestry i nie byla to zla praca (choc pewnie zalezy, na kogo sie
                trafi).
                • pitupitu10 Re: Nie mam PRACY :((( 21.02.10, 16:07
                  Albo korepetycje? Odrabianie lekcji z dziećmi?
                  • amoureuse Re: Nie mam PRACY :((( 21.02.10, 18:14
                    Bebe, u nas są ogłoszenia o sprzątanie w stylu: zatrudnię atrakcyjną panią do "sprzątania"... ;) Oczywiście jakby się trafiła okazja na prawdziwe sprzątanie to czemu nie :)

                    Pitupitu: korepetycje absolutnie odpadają, jestem zupełnym antytalentem w kwestii nauczania kogoś i to jest mega, mega frustrujące, bo studiuję język!!! Ale wierz mi, próbowałam i nie umiem :( BTW: będę za Ciebie też trzymać kciuki, jeszcze wyjdziemy na prostą :)
                    • kotwtrampkach Re: Nie mam PRACY :((( 25.02.10, 09:46
                      amoureuse napisała:
                      > Bebe, u nas są ogłoszenia o sprzątanie w stylu: zatrudnię atrakcyjną panią do "
                      > sprzątania"... ;) Oczywiście jakby się trafiła okazja na prawdziwe sprzątanie t
                      > o czemu nie :)

                      sprzątania łatwiej szukac troszke inaczej - np. porozwieszać SWOJE ogłoszenia na
                      osiedlowych słupach (chodzi o okolicę, do której opłaca CI się dojeżdżać), w
                      większych sklepach, osiedlowych sklepickach, na tablicach ogłoszeniowych.
                      POpytać znajomych i nieznajomych, powiedzieć, ze się szuka pracy i potrzebuje
                      pomocy w znalezieniu. To bardzo pomaga..
                      Powodzenia :-)
    • lavaenn Wszystko na raz :( 22.02.10, 18:11
      Mojemu chłopakowi nie przedłużyli umowy, czyli to jego ostatni tydzień w pracy,
      a wynajmujemy razem mieszkanie.
      Tata jest zagrożony zwolnieniem w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach,
      niewykluczone że z pociągnięciem do odpowiedzialności finansowej, a jestem na
      utrzymaniu rodziców + kredyt studencki, moje studia wykluczają jakąkolwiek pracę.
      Do tego dzisiaj dowiedziałam się, że moja i koleżanki promotor nas olała, bo
      "jest zmęczona i dzieci są ciągle przeziębione", właśnie miałam zacząć badania
      do pracy licencjackiej, zmiana promotora na pół roku przed obroną będzie raczej
      trudna, a egzamin na SUM jest na początku lipca więc nie mogę sobie pozwolić
      nawet na minimalne opóźnienie z obroną, bo nie dość że będę miała rok przerwy,
      to jeszcze stracę kredyt...

      Wolę nawet nie myśleć co będzie jeśli to wszystko się jakoś nie poukłada... :(
      • amoureuse Re: Wszystko na raz :( 23.02.10, 22:29
        Jesteś pewna, że egzaminy na SUM są w lipcu? Przecież sporo ludzi jeszcze w lipcu się broni... Na jaką uczelnię będziesz szła? U mnie egzaminy były dopiero we wrześniu...
        Pozdrawiam cieplutko!
        • lavaenn Re: Wszystko na raz :( 24.02.10, 11:30
          jestem na UJ i tutaj planuję zostać, więc jestem na bieżąco - egzamin na SUM
          jest na samym początku lipca (chyba 5), być może to specyfika tylko mojego
          wydziału, co nie zmienia faktu że jest problem i z opóźnieniem obrony i z sesją
          poprawkową...
          • bebe.lapin Re: Wszystko na raz :( 24.02.10, 11:32
            A moze jest tak, ze egzamin egzaminem, a papiery mozna doniesc do konca wrzesnia?
          • amoureuse Re: Wszystko na raz :( 24.02.10, 23:49
            No to przepraszam, ale rozwiązali to do rzyci. Po raz pierwszy słyszę, że coś jest gorsze niż na mojej uczelni :P
            A na poważnie: nie tylko Wy będziecie ubiegać się o miejsca. Podejrzewam, że przyjdą jeszcze ludzie z innych uczelni, a jeśli kierunek masz popularny, to i z masy uczelni prywatnych. I oni przecież mogą bronić się dopiero w połowie lipca! Różne są przecież terminy... Ja np broniłam się w zeszłym roku 4 lipca i były to pierwsze obrony na mojej uczelni w tamtym semestrze! Może powinniście się skrzyknąć i napisać do dziekana? Termin jest trochę niepoważny...
      • metia Re: Wszystko na raz :( 24.02.10, 12:03
        Możesz sprecyzować, co znaczy "olała"? Nie miała dla Was czasu w danym tygodniu, czy wogóle odmówiła prowadzenia pracy? Jeżeli to pierwsze, to wydaje mi się, że nie ma co się aż tak bardzo przejmować. Może miała gorszy dzień po nawale pracy w sesji? Mój promotor też czasem otwarcie mówi, że nie miał czasu/ochoty czytać moich wytworów, bo tak mu studenci młodszych lat w kość dali. Ja też mu czasem otwarcie mówię, że nie chciało mi się nic napisać ;) Więc go rozumiem, zwłaszcza odkąd jestem po drugiej stronie biurka. I umawiamy się na kolejny tydzień. Trzecią pracę już tak funkcjonujemy (licencjat, magisterka, a teraz doktorat) :)
        A jeżeli to drugie, to cóż... Jeżeli ktoś zdecydował się prowadzić seminarium licencjackie, to ma to wliczone w godziny dydaktyczne i nie może mu się tak po prostu odwidzieć, bo nie będzie miał pensum. Nie wydaje mi się, żeby dało się to odwłować w środku roku akademickiego. Więc bądź dobrej myśli i rób swoje, tak żebyś od razu mogła zacząć pisać/robić badania, jak tylko sytuacja się wyklaruje. Będę trzymać kciuki, żeby wszystko się ułożyło :)
      • turzyca Re: Wszystko na raz :( 25.02.10, 01:02
        Metia ma racje.
        Ale jesli sa watpliwosci, to warto postawic sprawe jasno, wymoc na pani
        rezygnacje i czym predzej znalezc sobie nastepce. Nie jest do nie do wykonania,
        pare razy sie u nas zdarzylo, ze wypadki losowe (ze smiercia wlacznie)
        uniemozliwily promotorowi poprowadzenie pracy i zawsze dalo sie to zrobic sprawnie.
        • lavaenn Re: Wszystko na raz :( 03.03.10, 15:29
          Dzięki dziewczyny :) Jakoś to się rozwiązało - pogadałam z nią jeszcze raz na
          spokojnie, przyznała że faktycznie ma za dużo obowiązków i jest przemęczona, ale
          zgodziła się na to co zaproponowałyśmy (we dwie robimy dokładnie to samo tylko
          na innym transkrypcie, do tego używamy technik którymi zajmuje się cały zakład
          więc może nam pomóc dosłownie ktokolwiek).
          Niemniej na magisterkę poszukam innego opiekuna ;)
    • milstar Zmęczona :(( 06.03.10, 20:46
      Potwornie się czuję zmęczona od jakiegoś czasu. Trochę jest pewnie
      winne przesilenie wiosenne. Oprócz tego zaczęłam dodatkową pracę
      (super jest, ale to coś nowego dla mnie, wymaga wysiłku psychicznego
      i przygotowań - prowadzę zajęcia ze studentami). W tygodniu, w którym
      tę pracę zaczynałam miałam też w domu wymianę kanalizacji - więc rano
      hydraulicy, po południu praca, a do tego wiadomo - bałagan i pył
      wszędzie.
      Ostatnio mam problemy ze spaniem, nawet leki mniej działają, i z
      jedzeniem - tak fajnie chudłam ostatnio i nie chcę znów przytyć.
      Zaczynam się trochę bać, bo w ten sposób, czyli zmęczeniem zaczęła
      się u mnie depresja depresja, którą zresztą ciągle leczę. Powiedzcie,
      że to nie to :(((
      • estreno Re: Zmęczona :(( 06.03.10, 21:06
        A badalas sie pod katem tarczycy? Bo zmeczenie, stany depresyjne, czesto oporne
        na leki, problemy z waga, to moze miec zwiazek z chora tarczyca. Ja mam
        zdiagnozowana niedoczynnosc od sierpnia i troche na ten temat czytam, moze byc i
        tak, ze wszedzie teraz widze niedoczynnosc :) Na forum Choroby tarczycy i
        Hashimoto jest test na niedoczynnosc.
        Zadbaj o siebie, moze jakas relaksujaca kapiel? I gratuluje nowej pracy :))
        • justinehh Re: Zmęczona :(( 06.03.10, 22:00
          Może brakuje ci żelaza? albo snu?
          • milstar Re: Zmęczona :(( 06.03.10, 23:59
            Żelazo zbadam, skierowanie już mam. Snu faktycznie trochę brakuje, ale
            to jest nieco inny rodzaj zmęczenia.
        • milstar Re: Zmęczona :(( 06.03.10, 23:58
          Tarczycę badam regularnie, bo kiedyś chorowałam - jest w porządku.
          Kąpiel by pomogła, tylko wanny nie mam w mieszkaniu.
          I dzięki :)
    • plecha1 Jestem chora :( 04.04.10, 09:13
      Nocą strasznie rozbolało mnie gardło. Z bólu nie mogłam spać. Nie mam żadnych
      leków na gardło, nie mam podbitego poświadczenia ubezpieczenia, żeby iść do
      lekarza. Jest początek świąt, nawet nie mam jak go podbić, już nie mówiąc o tym,
      że nie mam bladego pojęcia, gdzie są jakieś dyżury lekarzy. Przytulcie mnie,
      proszę :(
      • anka-ania Re: Jestem chora :( 04.04.10, 10:24
        Współczuję bardzo i przytulam mocno.
        A teraz kilka rad:
        1. zawsze jest jakaś apteka dyżurna, a w niej farmaceuta, który może doradzić
        coś doraźnego, co pomoże przetrwać święta;
        2. brak poświadczenia ważności ubezpieczenia nie jest powodem do odmówienia
        leczenia. Możesz dokument potwierdzający prawo do świadczeń przedstawić w ciągu
        30 dni od przyjęcia lub w ciągu 7 dni po zakończeniu leczenia (co prawda dotyczy
        to leczenia szpitalnego, ale imo można się na te terminy powoływać i gdzie
        indziej - zawsze to jakiś argument ;).
        3. może internet pomoże ci w zorientowaniu się, gdzie jest najbliższy dyżur
        lekarski?

        Na twoim miejscu najpierw zlokalizowałabym aptekę dyżurną (też przez internet) i
        kupiłabym coś na ten nieszczęsny ból gardła (świetnie działa Tantum Verde) i
        może coś przeciwbólowego/przeciwzapalnego (ibuprom?).
        • plecha1 Re: Jestem chora :( 04.04.10, 11:03
          Dziękuję :) Udało mi się dopaść leki w czynnej aptece (niedaleko domu była :D),
          ugotowałam sobie ziemniaki i szpinak bez soli. Po zmiksowaniu papka przeszła w
          miarę gładko i przestało mnie mdlić z głodu :) Świat wygląda nieco lepiej.
          Jeszcze raz dziękuję za rady i wsparcie.
          • milstar Re: Jestem chora :( 04.04.10, 12:35
            tanie i skuteczne na gardło: płukanka z wody z solą - na szklankę wody
            łyżka soli. Paskudne, ale działa, no i dostępne od ręki ;)
            • plecha1 Re: Jestem chora :( 05.04.10, 12:56
              Dziękuję za radę. Mam nadzieję, że nie będę musiała zbyt szybko wykorzystać rady
              o płukankach z soli.

              Sen to Dobro. Przespałam przez ostatnie 24 godziny jakieś 19 godzin. Budziłam
              się żeby zjeść papkę, wziąć leki, poodpisywać na smsy, pomachać rodzicom, żeby
              widzieli, że żyję. Czuję się względnie żywa :D
              • pierwszalitera Re: Jestem chora :( 05.04.10, 13:35
                Jeżeli zauważysz na migdałkach ropne, białawe naloty, to wybierz się lepiej po świętach do lekarza, bo może będziesz potrzebowała antybiotyku. Takie rzeczy niewyleczone lubią się potem powtarzać, w niekorzystnych przypadkach wredne bakerie atakują inne organy, czasem nawet serce. Jeżeli gardło masz w miarę czyste, to może być tylko wirus. Sen, płukanie letnią wodą z solą, oszczędzanie się wtedy pomagają. Dobry jest też rosół z kury. To autentycznie naukowo sprawdzone. Są w nim jakieś tam związki białkowe, które pomagają systemowi immunologicznemu.
    • marta_monika Re: GRUPA WSPARCIA - 3 17.04.10, 19:57
      Siedze i rycze ze zlosci i zalu bo moje wymarzone wakacje wlasnie legly w
      gruzach przez chmure pylu wulkanicznego. Jetair odwolal nasz lot bo lotnisko w
      Brukseli jest zamkniete do jutra do 14 a moze i dluzej. A mialo byc tak pieknie
      - Wyspy Kanaryjskie, plaza, basen, slonce i wspanialy kochany facet. Mam taki
      sliczny nowy kostium Frei i piekny plazowy kapelusz. Nie mozemy przelozyc
      wakacji bo oboje musimy byc z powrotem 29 kwietnia. Nie znajdziemy juz nigdy
      terminu, ktory pasowalby nam obojgu. Buuuuuuuu
      • jul-kaa Re: GRUPA WSPARCIA - 3 18.04.10, 13:06
        marto_moniko, ogromnie Ci współczuję! To musi być strasznie frustrujące...
        • bebe.lapin Re: GRUPA WSPARCIA - 3 18.04.10, 16:47
          och, ogromnie wspolczuje!! a nie uda sie Wam wyleciec za dwa-trzy dni, jak juz
          troche opadnie (dzis slyszalam na euronews, ze w niemczech lufthansa zrobila
          probne loty i bylo ok, a belgia koniecznie chce jak najszybciej otworzyc lotniska)?
    • cat_woman_in_black Matura- trzymajcie kciuki 03.05.10, 17:27
      W końcu i mnie dopadła matura <ratunku>. Trzymajcie kciuki za mnie, bardzo Was
      proszę :) Kopniaki na szczęście też mile widziane ;)
      • anette_29 Re: Matura- trzymajcie kciuki 03.05.10, 18:00
        Eeeeee,maturę da się przeżyć.Wszystko będzie dobrze,przytulam serdecznie(kopniaczek drobny też się znajdzie:D)
        Palce ściskać obiecuję:)
        • elftherinii Re: Matura- trzymajcie kciuki 03.05.10, 18:07
          hehe:) To ja potrzymam za Ciebie, a Ty za mnie, co?:D
          • cat_woman_in_black Re: Matura- trzymajcie kciuki 03.05.10, 18:12
            Ok Elfthe ;) Powodzenia Ci życzę :)
            • zireael00 Re: A za mnie ktoś potrzyma? :( n/t 03.05.10, 18:27

              • anette_29 Re: A za mnie ktoś potrzyma? :( n/t 03.05.10, 18:33
                Jasne,że tak:)Baaardzo mocno:*
                • elftherinii Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 19:31
                  Ej wiecie co? Dowiedziałam się dzięki maturze, że mam na kompie: pasjansa,
                  freecella, pasjansa-pająka i sapera. Musze jeszcze sprawdzić kierki i pinball :D.
                  Bo w zasadzie to uczyć się nie ma i tak sensu teraz, nie? ^^
                  • cat_woman_in_black Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 19:58
                    Ja właśnie teraz wszystko powtarzam :D
                    Pinball jest fajny, kiedyś dużo w niego grałam, jak nie miałam nic innego na
                    kompie ;). Teraz tylko czekam, aż skończy się matura i wrócę do moich ukochanych
                    Simsów ;)
                    • elftherinii Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 20:11
                      Aaa ja powtórzyłam lektury wczoraj:P Poezji chyba nie ma sensu? Bo i tak całości
                      nie ogarnę, a szansa, że trafie to co będzie jest mała:D.
                      • cat_woman_in_black Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 20:22
                        Ja właśnie kończę powtarzać epoki literackie :P Zakładam, że lektury i tak
                        żadnej nie wybiorę, tylko jakiś wiersz do interpretacji. Chciałabym, żeby był
                        jakiś Tren Kochanowskiego :D
                        • elftherinii Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 20:32
                          Żerooooooooomski xD Przerobiliśmy go chyba na wszystkie możliwe strony.
                          Ew skoro rocznica Katynia, to może jakiś Borowski lub Grudziński?
                          Wiersz to zależy jaki. Mogłaby być satyra... :)
                          • cat_woman_in_black Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 20:39
                            U mnie w szkole poloniści obstawiają, że będzie właśnie Żeromski, Reymont,
                            Nałkowska albo Sienkiewicz. Oby tylko wena twórcza mnie nie opuściła :D Zresztą
                            polski da się (chyba) przeboleć. Ciekawe jak będzie wyglądał język obcy, tyle
                            godzin pisania, masakra :( A przy ustnych największy stres mnie pewnie dopadnie :(
                            • elftherinii Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 20:49
                              Byle nie Potop, prooooooszę :( Nom;/ średnio widze dwa długie teksty z
                              niemieckiego:P
                              • cat_woman_in_black Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 20:57
                                Też nie chcę Potopu, dołączam się do sprzeciwu ;). Właśnie przeglądam jakie
                                teksty były w ostatnich latach i Potop był bodajże w 2005r, więc chyba nie
                                powtórzą. W sumie jak pisaliśmy egzamin gimnazjalny też była jakaś wtedy
                                rocznica, a dali coś o ogrodach, więc raczej na to nie patrzą :).
                                • elftherinii Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 21:01
                                  A szkoda, bo Borowski łatwy. Poza tym wojennej jeszcze chyba nie było?
                                  • cat_woman_in_black Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 22:17
                                    Chyba nie było... Borowski mógłby być, tym bardziej, że przeczytałam te
                                    opowiadania :D
                      • turzyca Re: maturalna nuda :P 03.05.10, 20:40
                        Poezji chyba nie ma sensu? Bo i tak całośc
                        > i
                        > nie ogarnę, a szansa, że trafie to co będzie jest mała:D.

                        Ja w tym momencie czytalam ksiazki okolomaturalne, ale nie czysto naukowe.
                        Akurat w kwietniu dorwalam taki fajny tom z interpretacjami poezji wspolczesnej,
                        podpatrzylam warsztat.
    • indigo-rose praca licencjacka 03.05.10, 22:20
      no nie mogę skończyć cholerstwa, a terminy gonią...
      jeszcze wkopali nas wszystkich w jeden wspólny temat, więc nie mam żadnej frajdy
      z pisania o czymś, co mogłoby mnie interesować... jedyną motywacją może być
      kalendarz :| niech ktoś mnie kopnie w zadek.
      • elftherinii Re: praca licencjacka 03.05.10, 22:23
        <kop>.
        :)
        • indigo-rose Re: praca licencjacka 05.05.10, 19:05
          Dzięki. Powoli się zbieram :)
    • indigo-rose niech ktoś... 31.05.10, 19:17
      ...wyłączy mi karaoke
      odetnie internet
      pozabiera rzeczy do biżu
      schowa gitarę
      i zabierze ode mnie te wszystkie staniki ;_;
      ... a na końcu kopnie w zad, żebym się uczyć zaczęła
    • mokta Umarł mi króliczek... 02.06.10, 23:56
      dziś, pół godziny temu, umarł mój 6 letni króliś Misiek. jeste, załamana. kto mi
      teraz bedzie kable przegryal, lizal mnie po rece, skakal po łózku i tlukł sie o
      4tej nad ranem... chce go z powrotem
      • elftherinii Re: Umarł mi króliczek... 03.06.10, 00:30
        :* <przytula>
        mi weterynarz zabiła małego króliczka rok temu, wiem co czujesz:(
    • justinehh Re: GRUPA WSPARCIA - 3 24.06.10, 16:26
      Mam dosyć. łażę na rozmowy kwalifikacyjne, a potem i tak słyszę tylko
      "wybraliśmy innego kandydata". Praca za darmo, za motywację, a tak, bardo
      chętnie, akwizycja- nie ma problemu. Nie stać mnie nawet na dentystę. Po prostu
      mam tego dosyć.
      • edhelwen Re: GRUPA WSPARCIA - 3 24.06.10, 16:41
        justinehh ---> a jak u Ciebie ze statusem bezrobotnego? Tzn masz taki status czy
        miałaś? Ja się ostatnio dowiedziałam, że jako osoba długotrwale bezrobotna mam
        prawo do stażu do ukończenia 30 r.ż. ;) Nawet dali mi propozycję, ale jak
        poszłam do wskazanego miejsca pracy, to oczywiście szef powiedział, że
        nieaktualne :/
        W każdym razie dobrze wiedzieć, że mogę się starać o staż...
        • edhelwen Re: GRUPA WSPARCIA - 3 24.06.10, 16:42
          * tzn UP dał mi propozycję, ale na zasadzie jeśli szef firmy uzna mnie za
          odpowiednią osobę na stanowisko. Nawet nie miałam szansy się dowiedzieć :/
        • justinehh Re: GRUPA WSPARCIA - 3 25.06.10, 15:47
          Statusu bezrobotnego jako takiego nie mam, wczoraj się dowiedziałam, że na staż
          został wybrany ktoś inny. A po 30 roku życia, to co, człowiek przestaje się
          nadawać do pracy i tylko grób mu zostaje?
    • jul-kaa Weszłam do strefy J+ 07.08.10, 11:45
      Chciałam się poskarżyć. Byłam ostatnio mierzyć staniki i obwód 38 jest dobry,
      ale 36 pewnie po kilku dniach byłby lepszy. ALE!!! 38J jest ZA-MA-ŁE w misce.
      idę się pochlastać :(:(
      • ariadna007 Re: Weszłam do strefy J+ 07.08.10, 13:38
        oj tam pochlastać ;) małe jest piekne ale... duży może więcej ;)
        • jul-kaa Re: Weszłam do strefy J+ 07.08.10, 13:47
          Duże też jest piękne (przynajmniej moje), ale ładniej wygląda odziane :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka