Jechalismy w deszczu i ulewie i praktycznie caly weekend wielkanocny
byl mokry, deszczowy i mlglisty a w poniedzialek lunelo tak, ze
zamiast na szlak pojechalismy do pobliskiego miasteczka
Coonabarabran. Za to wtorek i sroda byly pogodne i wowczas
przeszlismy wiekszosc parkowych szlakow. Ale po kolei:
Polozony ponad 400km na polnocny zachod od Sydney, Warrumbungle
National Park jest malym, ale niecodziennym parkiem: powstal na
terenie wygaslego od kilkunastu milionow lat plaskiego wulkanu o
srednicy okolo 50 km, ktory produkowal lawe na tyle gesta, ze
zatykala kanaly, wiec na zboczach tworzyly sie wciaz nowe miejsca
erupcji. Po zwietrzeniu zewnetrznych warstw ukazaly sie bazaltowe
kopuly i czopy, niegdys wypelniajace wnetrza stozkow. Najbardziej
znane z nich i bedace przedmiotem wielu zdjec parku to Belougery
Spire, Crater Bluff i Bluff Mountain (tu widziane z kempingu Camp
Blackman):
My zaczelismy nasza lazege od latwego szlaku dookola Belougery Split
Rock, gdzie zaliczylismy rowniez szczyt mimo znakow ostrzegajacych
ze nie powinno sie nan wchodzic gdy pada. Weszlismy bez szwanku, w
stromych miejscach uzywajac chwytow i ze szczytu zlozylismy przez
komorke zyczenia wielkanocne. Natomiast zejsc nie bylo tak latwo -
rozpadalo sie a ze zaokraglona skala bazaltowa po deszczu staje sie
bardzo sliska i byla na tyle stroma, ze nie dalo sie po niej
schodzic, wiec zsuwalismy sie na boku, sunac po zboczu krawedziami
traperow. Udalo sie bez wypadku, ale przyjemne to nie bylo.

Powyzsze zdjecie Split Rock (ma jakis nieprzyzwoity ksztalt, nie
uwazacie?) bylo zrobione innego dnia, bo kiedy na nia wchodzilismy,
to pogoda byla taka:

To sa te same szczyty co na pierwszym zdjeciu, tylko pod innym katem.
Luiza-w-Ogrodzie
Mówił Kon Fu Tse: Chcesz być szczęśliwy kilka chwil? Upij się. Kilka
lat? Ożeń się. Całe życie? Załóż ogród...