1.jsa
16.04.09, 14:51
Dochodziła pierwsza. Samiec łyski wypłynął gdzieś z nadbrzeżnych krzaków i obserwując mnie z uwagą, szerokim łukiem popłynął w kierunku trzcin rosnących przed pniem zbutwiałego dębu, leżącego w wodzie. Wszystko wyglądało tak, jak gdyby nigdy ich tu nie było. Czułem pustkę w głowie, czułem się zmanipulowany, choć to nie mną manipulowano. Bezsilność przeszła powoli w obojętność. Powlokłem się do góry, oglądając się co jakiś czas w nadziei, że moi towarzysze w stalowym statku powrócą uświadomiwszy sobie błąd i w nagłym olśnieniu ruszą mi z pomocą. Tylko przeciwko komu?
U podnóża schodów zastałem Zygmunta. Z kpiącym uśmieszkiem odprowadził mnie wzrokiem aż do końca schodów. Odwróciłem się.
- Z czego się cieszysz palancie?! - prawie wrzeszczałem. Patrzył na mnie spokojnie.
- Eli jest w wozowni. – starannie wypowiedział każde słowo.
- Skopię jej dupę, jak się przebiorę! – możesz jej to przekazać.
Uśmiechnął się. Wyliniały sfinks.
- Przekażę.
W pokoju runąłem na łóżko. Czułem jak schodzi ze mnie powietrze. Przez chwilę leżałem na brzuchu wpatrując się w otwarte okno, starałem się nie myśleć o niczym. Potem wstałem i zacząłem wpatrywać się przodownika pracy socjalistycznej w kasku i z sierpem. Debilizm. Cudowny heros, bezmyślny ale pewny. Zaślepiony, ale świadomy celu. Jego portrecista jeszcze głupszy i pewny siebie. W co ja się wpakowałem? Dlaczego nie mogę być taki jak oni?
W okolicach wozowni stało stado aut. Głównie skody i toyoty, ale też parę volkswagenów i seatów. Poprzypinane do dachów rowery, sugerowałyby wczasy i urlopowe atrakcje. Zaśmiałem się gorzko w duchu. Przed wejściem stali właściciele aut. Kobiety odziane w letnie odmiany miejskiego luzu stały zbite jak stadko kur, popalając papierochy i obgadując pałac, park i facetów. Faceci zakończywszy grzebanie w bagażnikach i nie wiadomo po co sprawdzanie stabilności rowerów na dachach samochodów, zaczęli grzebać w komórkach, wysyłając małżonkom i przyjaciołom esemesy i zdjęcia z wstępną oceną sytuacji. Po historii z Listkiewiczem i Hryciukiem, mogli się spodziewać wszystkiego. Odgarnąwszy kudły do tyłu posłałem im najbardziej pogardliwe spojrzenie, na jakie było mnie stać i wszedłem do środka.
Wozownia była częścią zabudowań gospodarczych pałacu, na które składały się jeszcze oficyna i stajnia. Całość przeszła gruntowny remont i adaptacje na cele ośrodka. Oficynę i stajnię przerobiono na część sypialno- gastronomiczną, wozownię na coś w rodzaju salki wykładowej. Całość trzeba przyznać, sprawiała dobre wrażenie. Nawet na pierwszy rzut oka dawało się odczuć, że pałac pomimo centralnej pozycji był czymś odrębnym od reszty. Część parku przylegająca do byłych zabudowań gospodarczych była lepiej zagospodarowana ale przede wszystkim w dużo większym stopniu odnowiona . Nowe alejki, nasadzenia krzewów, zadbane klomby, trawa, która była trawą a nie przystrzyżoną mieszaniną chwastów - wszystko to kontrastowało z częścią pałacową utrzymywaną w ryzach za pomocą kosiarki, piły łańcuchowej i kilofa.
Duże, sklepione wąskimi łukami pomieszczenie, doświetlane wysokimi oknami o stalowych ramach - ktoś, kiedyś wymyślił, że będą neogotyckie. Białe ściany, proste funkcjonalne meble z giętej, brzozowej sklejki. Rzutnik i podstawowy sprzęt do prezentacji sugerowały przeznaczenie pomieszczenia. Całość sprawiała bardziej wrażenie skandynawskiego ogólniaka, niż sali konferencyjnej w polskim stylu. W głębi sali, przy schludnym, jasnym stoliczku siedziała Eli przekładając jakieś kartki, czasami nanosząc poprawki drobnymi skrobnięciami ołówka. Ubrana była w podobnym stylu, jak poprzedniego dnia Joanna – długą czarną bawełnianą suknię z wysokim stanem i odsłoniętymi ramionami. Włosy, oprócz jednego pasemka spadającego jej na policzek, spięła w mały kok prawie na czubku głowy. Podszedłem bliżej. Postanowiłem, że będę stanowczy.
- Dlaczego mnie nie obudziłaś?
Nie przerwała pisania, nawet nie podniosła oczu.
- Podobno tak słodko spałeś...
- Dlaczego nikt mnie nie obudził, powinienem być przy rozładunku. - Opanowałem się.
- Wyremontuj zegarek – podniosła na mnie wzrok. – Poza tym nie byłeś w sumie potrzebny… ci panowie z tego tam… Sieradza. – Wyciągnęła rękę za siebie, jakby chciała coś złapać. - I twoi towarzysze. – Machnęła ręką w kierunku rzeki. – Świetnie się spisali. W cztery godziny było po sprawie. A ile huku?– wytrzeszczyła oczy by zademonstrować mi ogrom hałasu.
- Dlaczego?
Odłożyła ołówek i poprawiła suknię opierając się głębiej w krzesełku.
- Mówiłam ci, że sprawa tego słupa, czym on tam nie jest, - dla mnie jest drugorzędna i niewiele znacząca. To wymysł Joanny i Kurtza. To tyle na temat słupa. Jeśli chodzi o ciebie, to o ile wiem, od dzisiaj już nie pracujesz u Kurtza tylko u mnie. – Uśmiechnęła się filuternie. – A ja nie zamierzam gonić moich pracowników do pracy o jakieś chorej porze.
Emocje opadały, ochłonąłem. Chciałem zapalić, ale mimo wszystko nie stać mnie było na ostentacyjne jaranie w tej sali. Przysunąłem sobie krzesło i usiadłem naprzeciwko niej.
- Z tobą się nie dogadałem. Dogadałem się z Joanną, to u niej pracuję. Następna sprawa, - Hryciuk i Listkiewicz. Nie poznali mnie.
- To straszne. – Nawet nie udawała zdziwionej. - I co dalej?
- Jak to dalej? – zaryczałem – Nie poznali mnie!
- I co zamierzasz z tym zrobić? – Była rozbawiona. – Może jakaś psychoterapia?
- Powtarzam, moja droga pani – wycedziłem. – Ludzie, z którymi tu przypłynąłem, z którymi spałem, piłem, jadłem i gadałem, nie poznali mnie. Powiedzieli, że widzą mnie pierwszy raz w życiu!
Wyprostowała się i położyła dłonie płasko na blacie.
- Znam wiele osób, których nie poznano. Ojcowie nie poznawali dzieci, dzieci ojców, znajomi znajomych, często mężowie nie poznają nagle żon lub odwrotnie. Znam człowieka, który pracował dziesięć lat w pewnej firmie, pewnego ranka przyszedł jak zwykle do pracy i nikt go nie poznał, nikt nie wiedział, kim on jest i co tu robi. To są tragedie. Ta twoja tygodniowa znajomość to pestka przy tragediach innych ludzi. Zresztą. – Pochyliła się nad stołem. – Czy to nie ty wyciągnąłeś mnie wczorajszego dnia do Burzenina w poszukiwaniu swych kamratów by następnie zapomnieć o nich na resztę dnia?
Faktycznie, przecież powinni pojawić się w pałacu, wyleciało mi z głowy gdzie się podziali. Popatrzyłem na nią nieprzytomnie.
- Zresztą zostawmy to zapominanie, bo robi się nudno. Interesuje mnie tylko, co ja mam wspólnego z tą sprawą.
- Nie wiem… tak mi się skojarzyło…- zawahałem się. – Wszystkie te opowieści… dziwne zachowania, pomyślałem, że może…
- Że co? Zaczarowałam ich? Znikanie i zapominanie? - Jej oczy zaśmiały się szyderczo.
- No… sam nie wiem… jakaś hipnoza?
- Po co?
Westchnąłem zrezygnowany. Nie trzymało się kupy. Wyszedłem na durnia z tymi oskarżeniami, ośmieszyłem się podejrzeniami, które zbiła jak zawodowy tenisista zbija piłki uczniaka.
Wyprostowała się. Przełożyła kilka kartek i zaczęła dopisywać coś na marginesach.
- Idź na śniadanie, Zygmunt robi świetną jajecznicę . O czwartej. – spojrzała na zegarek – Przynieś kawę, pogadamy o zajęciach na cały turnus.
Nie podniosła wzroku znad kartek. Byłem jej wdzięczny, że nie ciągnęła tematu hipnozy. Palnąłem głupotę i musiałem się z tego wycofać. Wstałem i ruszyłem do wyjścia. Byłem już pod drzwiami, gdy usłyszałem jej głos. Odwróciłem się.
- A czy nie pomyślałeś, że im ktoś zapłacił?
- Zapłacił za nie poznanie mnie?
- Nie wymawiaj tego słowa! – kopnęła nogą w stół. – Bo się porzygam.
Wyszedłem przed budynek. Towarzystwo od terapii wymieszało się, laski i faceci stali w dużym kole. Laski trajkotały a faceci pomrukiwali coś w odpowiedzi. Ciekawie, jak będą wyglądali za tydzień.
Jajecznica była faktycznie ekstra. Ku cichemu zadowoleniu Zygmunta zjadłem z sześciu jaj przygryzając bagietkę z masłem, popijając kawą z mlek