luzerski
21.04.15, 20:10
*****************************************
Jerzy Sagasz
MARZYCIEL
Wychodząc z domu, nigdy się nie rozglądam. Po cóż miałbym to robić? Od dawna otoczenie nie ma ze mną punktów stycznych. Nie zahaczamy się wzajemnie. To, co ewentualnie mógłbym dostrzec w zasięgu mego wzroku, nie stanowi dla mnie żadnej pokusy, żadnego wyzwania, żadnej tajemnicy. Jest jałowe i bezpostaciowe. Tak naprawdę, to ta wielka przestrzeń, to całe universum z bilionami planet, miliardami galaktyk i mgławic jest dla mnie czymś najzupełniej bezużytecznym. I nie dlatego, że stanowi obiekt zbyt odległy i abstrakcyjny, bym się nim mógł przejąć. Nie. Sfera znacznie bliższa, ta sfera ziemska jest dla mnie równie bezpostaciowa. To, co zawiera się w kwestiach kwitnących kwiatów, zżerających się nawzajem zwierząt czy globalnego ocieplenia nie pozostawia mnie nawet na chwilę zaangażowanym w inkryminowane problemy. Uczestniczę w tym o tyle, o ile muszę. Bo w niektórych aspektach, niestety, muszę. Przygotowując, na przykład, śniadanie, za każdym razem z odrazą myślę o tych wszystkich, niestety niezbędnych, czynnościach tak nierozerwalnie związanych ze spożywaniem posiłków - o gryzieniu, nasączaniu pokarmu śliną, powolnym mieleniu go szczękami na wstrętną, ohydną papę, przełykaniu tejże papy…. I tak na okrągło, bez żadnej rozsądnej perspektywy.
Brzydzę się, ale cóż… Bez tego wszystkiego nie byłoby przecież tej drugiej przestrzeni, przestrzeni, która sprawia, że istnieję, że naprawdę czuję swą egzystencję. Która pochłania mnie wciąż na nowo i bez końca. Która wypełnia mnie od środka i formuje w sensowny kształt. Sen-so-wny. I za każdym razem inny. Ta przestrzeń jest nieodgadniona. Niepojęta. Niewyczerpana. Ilekroć zanurzam się w niej, czuję się taki czysty, niemal sterylny, a z drugiej strony –wgnieciony w nią po czubek głowy, wprasowany… Wtarty. Niemożliwym jest nawet wyobrażenie sobie czegoś bardziej angażującego. Światy, które za każdym razem, od nowa, rodzą się we mnie są bez porównania piękniejsze od tych, jakże odległych mgławic, z którymi przecież absolutnie nic mnie nie łączy. Światy, do których wstępu nie ma nikt, prócz mnie samego i istot, przeze mnie stworzonych. Kręgi podstawowej selekcji. Strefy ścisłej sublimacji. Gdybym był Bogiem, chyba czułbym się usatysfakcjonowany swoim opus magnum. Na szczęście nie jestem Bogiem i nie muszę przyjmować na siebie odpowiedzialności za to wszystko, jak On. Nie muszę trwać, jak On. Ja jestem tylko Marzycielem i zawsze mogę uciec. To moja wielka przewaga nad Bogiem – zawsze mogę się schronić w moim świecie i nikt, absolutnie nikt się o tym nie dowie. Nikt zupełnie. Prócz mnie samego i istot, które stworzyłem. A jeśli nawet one zakłócą mą intymność, to zawsze mogę sprawić, by w jednej chwili zniknęły, a za moment znów powołać je do istnienia. Czy Bóg może coś takiego? Nie sądzę. Konsekwencje boskiego stworzenia są znacznie mniej elastyczne od moich. Ja mogę, w zasadzie wszystko, a Bóg…? Niby też, ale przecież zawsze przygniata go ta straszliwa odpowiedzialność, która powoduje, że w pewnych momentach się wycofuje, zostawiając pole do działania już tylko czystemu przypadkowi.
Ja nic nie muszę. Nic. Ja jestem tylko Marzycielem…