Normalnie zgłupiałam...prawie 3 msce temu u mojego 2.5letniego synka wyszły w kale jaja glisty ludzkiej (w pierwszej próbce). W sumie się ucieszyłam, że po rocznym jego kaszlu wreszcie jest diagnoza i wiemy co leczyć! po lekturze tego forum poszłam do pediatry z gotowym schematem leczenia

mały wziął w sumie 3 razy pyrantelum i 5 razy zentel (wszystko w odpowiednich odstępach czasowych). W trakcie odrobaczania widziałam jak objawy sie zwiększały (tj kaszel, katar i liszaje na nogach), po czym była poprawa i po tygodniu od nowa wracały te obajwy. Zrobiliśmy kontrolne badania kału i w 2 próbce znów jaja glisty. Pediatra rozłożył ręce, kazał szukać specjalisty, tj parazytologa. Pojechaliśmy do Instytutu Medycyny Tropikalnej i Chorób Parazytologicznych w Gdyni, gdzie przyjmują najlepsi specjaliści w Polsce w dziedzinie robaków i tam dr mnie załamał: Glisty prawdopodobnie nie ma i nigdy nie było!!! Powiedział, że po tylu ilości leków jakie wziął mój syn glista MUSIAŁABY zdechnąć i wyjść z kałem w całosci! Nie ma możliwości żeby organizm ją strawił (za gruby ma pancerz) i nie ma możliwości żeby wyszła w kawałkach...Normalnie szok! dodam, że nigdy w kale nic nie znaleźliśmy...Dr kazał przywozić do nich kał do badania (tu laboranci się NIE mylą) i dopiero jeśli u nich będzie wynik pozytywny da leki! No i cóż robić, będę tę kupę do nich wozić chyba tak długo aż coś znajdą

W pierwszej próbce BRAK PASOŻYTÓW! Zgłupieć można, bo przecież np Ozimek mówi, że są glisty "zenteloodporne" ale on parazytologiem przecież nie jest! I komu tu wierzyć, ehh...