Wczorajszy dzień był koszmarny. Zimno, mokro i ponuro. To się przekładało na nastroje klientów, a w rezultacie na mój nastrój.
Tak marudnych i nie-wiedzących-czego-chcą ludzi jak wczoraj dawno nie widziałam w takim stężeniu.
Przez cały dzień ciągle ktoś pytał o towar, który skończył się miesiąc albo i półtora miesiąca temu (żółte pomidory, węgierki, koper do kiszenia).
Biała kapusta w główkach była dla jednych za mała, dla innych za duża (mam średnią, tak ok. 15 cm średnicy).
To samo z jajkami (mam wielkość L).
Kiszona kapusta była zbyt mało ukiszona, żeby nadawała się na surówkę.
Banany były za mało dojrzałe dla dziecka, ale zbyt dojrzałe dla chorego do szpitala.
Ogórki kiszone
pływały a ogórek jak pływa to już jest niedobry.
Groch miał być łuskany, ale cały.
Papryka miała być bez jednej skazy, bo na leczo. Gdy nieśmiało zauważyłam, że na leczo może być gorsza papryka, dowiedziałam się, że to leczo jest dla dziecka.
Począwszy od godziny 12-ej jedynym nominałem jaki mieli klienci, był banknot 50-ciozłotowy.
Jedna klientka wybierała sobie pół kilo fasolki szparagowej oglądając każdy strączek osobno.
Inna robiąc duże zakupy spytała o fasolę na zupę, obejrzała, stwierdziła że pasuje i że kupi potem, bo teraz nie ma czasu. Nie wiem czy kupno torebki fasoli jest aż tak czasochłonne.
O kliencie, który pytał, czy żwirek dla kota nadaje się do kaktusów, pisałam na Zakątku.
O 16-ej zamknęłam sklep (godzinę przed czasem), bo jeszcze chwila a bym kogoś zabiła. Albo mnie by ktoś zabił.
Dzisiaj wszystko wróciło do normy