trzy.14
13.09.26, 19:46
Jak zwykle będę drążył temat języka polskiego w nauce. Jako ścisłowiec, mam do tego prawo. A Pan Toranaga, jako humanista, będzie bronił języka angielskiego,. Tego się spodziewam. To czyni dyskusję ciekawą.
Otóż Google zaproponował mi fantastyczną rozmowę dwóch panów znających się na rzeczy - redaktora, tfu! prof. Marcina Zaremby i profesora Błażeja Brzostka, którzy "sprawdzają, co ukrywa „Lalka” Bolesława Prusa". (kto to widział, by rozmowa sygnowana szyldem "Polityki" odbywała się bez redaktora? :-) )
No i w tej rozmowie jest wiele rzeczy, o których wiedziałem (np. że Warszawa była zasadniczo drewniana), ale wiele otwierających akurat moje oczy. A to np., że Żydów pod koniec XiX w. aktywnie wypychano z Rosji do, nazwijmy to, Polski, i że oni nie znali języka polskiego i byli częściowo zrusyfikowani (ci bogatsi). Albo o tej eksplozji demograficznej Warszawy. O jakichś placach, fontannach, świątyniach i dworcach kolejowych, zapachu końskiego łajna. I tak sobie pomyślałem, że bez tego rodzaju szczegółów nie da się zrozumieć polskiego i środkowoeuropejskiego międzywojnia.
No i teraz, Panie Toranaga, jak o takich sprawach, dla nas ważnych, pisać po angielsku? Czy Pan myśli, że angielskie tłumaczenia terminów "samowar", "rosyjski lodziarz", "oficyna", "trzecie podwórko", "włoski kataryniarz", będą w moje wyobraźni rezonować równie dobrze, jak polskie oryginały?
Ja się będę upierał przy stanowisku, że tego rodzaju historię należy uprawiać po polsku dla Polaków, a po angielsku od czasu do czasu pisać przeglądówki, żeby jedynym źródłem wiedzy świata o Polsce nie był Norman Davies.
I co Pan na to?
A dla pozostałych dyskutantów ciekawa może być informacja, że "Uniwersytet Warszawski w czasie I Wojny Światowej przeniósł się do Rostowa nad Donem i tam pozostał" - cokolwiek to może znaczyć. Choć chyba dobrze się domyślam. To był Uniwersytet "Cesarski", z kadrą rosyjską, która po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nie miała czego szukać w Warszawie.
Kogo na Zachodzie takie smaczki interesują?