Pewnie dla kogoś są to normalne czynności, ja jednak czuje się jakbym odkryła Amerykę. No i ułatwiam sobie życie. A panią domu nie jestem nawet wystarczająco dobrą

1. Cebulę do sosu zamiast kroić w kostkę ścieram na grubych oczkach tarki (nie wiem jak wartości odżywcze i witaminy, ale czas oszczędzam)
2. Wyciskanie cytryny: obieram na cząstki, ściągam białą skórkę i wyciskam wyciskarką taką jak do czosnku (jw. nie wiem jak witamina C w zetknięciu z metalem)
3. Mój mąż kupuje bułki w ilościach niemal hurtowych, po czym ich nie zjada. Suszę je i zużywam. Moja mama i teściowa mielą w maszynce do mięsa, ja takowej nie posiadam, więc trę na tarce.
4. Marchewkę, pietruszkę, selera obieram, ścieram na grubych oczkach tarki, wkładam do woreczków porcje na jedną zupę i do zamrażarki. Później nie muszę się już babrać z warzywami, tylko od razu do garnka. Oczywiście tych porcji nie wystarcza do końca zimy, ale na miesiąc, dwa wystarcza.
5. Sposób mojej teściowej: buraki gotuje, obiera, ściera na grubej tarce, wkłada do słoików i pasteryzuje. Ma buraki na barszcz albo do obiadu. Nie wiem tylko czy zakwasza i soli, ale w smaku nie wyczuwam żadnych przypraw.
Pochwalcie się swoimi odkryciami. Takimi ułatwiającymi życie drobiazgami.