znów dziś się wybrałam. Zawsze strzygła mnie koleżanka, ale ostatnio zawodzi. O ile nie powiem, bardzo ładnie nie ścinają, dobierają kolory pasujące do mnie, do mojej masy ciała i do twarzy, o tyle nie cierpię tego ich układania, modelowania albo prostowania. No sorki, ale zawsze wychodzę od takiego jak debilka. Za pierwszym razem (w innym miejscu) wyglądałam jak 50-letnia babka, dziś mąż nazwał mnie szczurkiem. Już dziś nawet napomknęłam, by nic nie robić to usłyszałam "no jak to, trzeba, nie wypuszczę Cię w takich piórach, toż to prestiż..". Dobra. Wychodzę, kaptur na łeb i szybko do domu... też tak macie, czy tylko ja taki Ątek??