scenka rodzajowa - w markecie kupuję maszynkę do strzyżenia dla młodego (niespełna 5 lat). młody golić się nienawidzi szczerze, ale włos ma gęsty i niestety od czasu do czasu trzeba

wkładam maszynkę do koszyka, młody czerwienieje i zaczyna szlochać. siostra go pociesza, ale młody szlocha dalej, że nie lubi, że go boli (wtf?)itp. nie jakaś pokazówa i histeria, tylko tak sobie pod nosem po cichu.
mówię do niego - jak obiecasz, że w domu dasz się ładnie ogolić i przestaniesz płakać to pójdziemy i sobie hot weelsa wybierzesz.
buzia pojaśniała i poszliśmy (młoda też dostała podarek gwoli ścisłości, bo u nas sprawiedliwie zawsze jedno i drugie dostaje).
wróciliśmy do domu zabieram się za golenie, młody zabiera się za szloch

mówię - ejże, masz samochodzik, obiecałeś że płakać nie będziesz.
suma sumarum syn się ogarnął i nie płakał. ja jeszcze zastosowałam kilka chwytów demonstrujących, że golenie nie boli i nie jest groźne i jakoś poszło.
szczęściem nie pałał, ale po fakcie, odwrócił się i z taką łzą na policzku ale miną twardą oznajmił - widzisz mamo, nie płakałem

i teraz pytanie - czy zastosowany przeze mnie chwyt z samochodzikiem to przekupstwo czy metoda wychowawcza?
czy zrobiłam dobrze, próbując nielubianą czynność osłodzić miłym drobiazgiem czy wręcz przeciwnie i moje dziecko wyrośnie na roszczeniowego młodzieńca?
czy jednak większość metod wychowawczych nie opiera się na dobrze zawoalowanym i umiejętnie sprzedanym przekupstwie?
jakie jest wasze zdanie? zapraszam do dyskusji