posłuchajcie; w poniedziałek opieprzyłam teścia bo nakarmił moje dzieci
lizakami. tj. wziął je na spacer i kupił im lizaki. nie byłoby w tym nic złego
gdyby nie to, ze moje dzieci są alergikami i nie mogą jeść większości
kolorowych słodyczy (uczulenie na czerwień koszenilową m.in). teść o tym
doskonale wie, ale i tak często kupuje dzieciom słodycze w tajemnicy przede
mną. jest maniakiem słodyczy (żywi się głównie nimi) i nie może przeboleć, że
dzieci nie mogą ich jeść. na dodatek obiecał im, ze następnego dnia pójdą na
prawdziwe lody (?!). młodsza w zyciu takich nie jadła, starsza sporadycznie je
jeden rodzaj.
to nie jest tak, że dzieci nie jedzą żadnych słodyczy, bo prawie codziennie
jest cos słodkiego: piekę im dozwolone ciasta, ciasteczka, zamiast lodów
sorbety itp. zasady jednak są dwie: słodycze po obiedzie i tylko te dozwolone.
tymczasem dziadek łamie wszystkie zasady z premedytacją.
wracając do sytuacji; dziadek po tym jak mu zwrócilam uwagę, obraził się i
nie przyszedł we wtorek. dzisiaj znowu przyszedł, zabrał dzieci na spacer i
znowu kupił im lizaki!! ręce mi już opadają - jak grochem o ścianę

mam ochotę pogonić go na cztery wiatry, ale wtedy nie będę miała żadnej
pomocy. kurczę, nie wiem juz jak z nim rozmawiać