Dodaj do ulubionych

Serdle i kiełbachy dla ludu

23.01.11, 17:02
się rozczytałam w tekście o eleganckich restauracjach, mniej eleganckich knajpkach Warszawy przedwojennej i o tym, co jedzono tam.
palcelizac.gazeta.pl/palcelizac/1,110783,8982782,Smaki_dawnej_Warszawy.html

taki w opisie różnych jedzonek fragment jest :

Wykwintne restauracje zaspokajały podniebienia elit. Śniadaniem szerokich mas (ale nie tylko) była w latach międzywojennych kajzerka z serdelkiem. Bezkonkurencyjne były serdelki i kotlety wieprzowe podawane pod Ryjkiem przy Marszałkowskiej 42. Właściwie nie był to bar, lecz wędliniarnia prowadzona przez dobrego świniobójcę i mistrza cechowego Jana Jabłońskiego. Nazwa wzięła się od szyldu nad wejściem - świńskiego łba. Od frontu był tu sklep, za nim zaś dwie sale, duża i mała. W jednej znajdowała się wędliniarnia z bufetem, w drugiej - knajpka. W knajpce stało kilka marmurowych stolików, które przykrywano szarym papierem pakowym. Przy tych stolikach można było zjeść golonkę, gorące serdelki lub parówkę i szynkę "z łezką". Dania były tu proste, ale dobrze przyrządzane. Na początku lata smakosze przychodzili tu na raki gotowane w koprze. Jan Kruszewski w książce "Przed półwiekiem w stolicy" pisał z kolei, że daniem firmowym Ryjka była nie tylko świńska golonka, ale też kotlet wieprzowy. W bufecie wrażenie na bywalcach robiła surowa szynka litewska. Wielu autorów wspomnień zachwycało się też roladami z prosiąt. Arcydziełem firmy miały być wielkie, dwumetrowej długości laski salami. Wisiały one nie w bufecie, lecz w sklepie na ścianach, bo tam lepiej schły.

no i a propos parówek się mi przypomniało, jak to będąc mocno małą lubiłam łazić z mamą na obchody Pierwszych Mai. Albo też Pierwszych Majów.
i jak to, będąc mocno niejadkiem, się jednak lubiłam raczyć bułami z serdlami, które rozdawano ludowi za darmo w Szczecinie, od Zamku Książąt Pomorskich niedaleko.
no i się siadało na trawie między Zamkiem a Basztą Siedmiu Płaszczy i jadło ze smakiem serdle te.
nie wiem czemu - czyżby dlatego, że za friko były ?
one jeszcze, o ile mnie pamięć nie myli, bywały za darmo tam też w czasie obchodów Dni Morza.

P.S. pragnę zwrócić uwagę tutejszym na piękną nazwę ni to baru, ni wędzarni z serdlami : "Pod Ryjkem".
Obserwuj wątek
    • damakier1 Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 23.01.11, 17:52
      No i wychodzi na to, żeśmy w dziecięctwie te same buły z parówą, w tych samych miejscach spożywały. A mnie z parówką nieodmiennie jeszcze sie kojarzy fakt taki, że choć swego czasu przyszło mi spędzić w pierdlu wszystkie święta jakie są w kalendarzu, jedynie 1. Maja był uczczony i na śniadanie właśnie parówkę dali.
      • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 23.01.11, 18:16
        Widzisz sama, jaka "władza" była dobra dla ludu wszelakiego internowanego albo co. Ludzka była!
        Nie to, co tu > ###
      • olga_w_ogrodzie Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 23.01.11, 18:46
        od czasu napomknięcia na FdW o piedlu owym, jestem bardzo ciekawa co i jak,
        ale nie wiem czy rozpytywać publicznie można o to jak dla władzy niebezpieczną byłaś i aż z pomocą pierdla spacyfikować zamiarowała.
        • damakier1 Żadna tajemnica 23.01.11, 19:47
          Jak to się mawia "trochę działałam" , ale nie tak, żeby być kimś w podziemiu bardzo ważnym. A przyskrzynili mnie tak: szłam po pracowym dyżurze wieczorem 16. grudnia 1983. roku do babeczki, której niosłam pełną torbę różnych wrażych treści do dalszego rozprowadzenia. A tam był kocioł. Gdybym szła jak normalny człowiek, to bym zauważyła stojący na chodniku samochód z dwoma panami w środku i do domu bym nie weszła. Ale ja, jak zwykle polazłam na skróty, samochodu nie zobaczyłam i ledwo weszłam za furtkę, wypadło na mnie dwóch osiłków, ręce mi wykręcili, do muru mnie przyciśli niczym w jakim "Kojaku" no i do domu dotarłam po pół roku i sześciu dniach.
          W akcie oskarżenia miałam "działanie w zmowie i w porozumieniu w celu obalenia ustroju PRL, co jest czynem zagrożonym karą pozbwienia wolności do lat 10."
          Ale zanim skończył się proces, była amnestia.
          • olga_w_ogrodzie Re: Żadna tajemnica 23.01.11, 20:50
            jestem dumna, że znam Damę, która była działaczką co to w zmowie i porozumieniu obalała ustrój PRL.
            przez internet to jeszcze onegdaj Jurę poznałam, ktory też kiblował z powodu, iż obalał.
            ale on nie to, że raz a dobrze, tylko był dołkowany wciąż na 48.

            a w tym więźniu, to dużo pań w celi było ?
            za co przymknięte ?
            jak znosiłaś to zamknięcie ? a mąż jak ?
            było co jeść, co czytać, coś inne czym się można było zająć ?
            /jeśli tu takie pytania niestosowne, to przepraszam i zadam inną drogą./
            • damakier1 Re: Żadna tajemnica 23.01.11, 23:10
              Wiesz, w żadnym razie nie chciałabym tu robić za bohaterkę-kombatantkę i mam opory żeby epatować swoimi pzejściami. Z drugiej strony myślę sobie, że dobrze by było dać świadectwo temu, jak to wyglądało. Bo z jednej strony oburza mnie, gdy ktoś, kto rzeczywiście przeszedł i długie więzienie i inne prześladowania uważa, że w imię tego wszystko mu teraz wolno i ma się za jakiegoś nadludzia, z drugiej strony boli mnie, gdy słyszę pogardliwe uwagi typu "Internownie? - to wakacje", albo: "Siedział tylko miesiąc?".
              No to sobie myślę, że skoro już mnie zapytałaś, to pokrótce odpowiem, a jakbyście chcieli tu na forum szerzej na ten temat pogadać, to co wiem opowiem.
              Ten więzień to był właściwie areszt śledczy w Szczecinie przy ul. Małopolskiej. Przez pierwszy miesiąc byłam sama w takiej malutkiej celi, gdzie była tylko prycza i taki żeliwny kubeł z pokrywą w charakterze kibla. Pod koniec tego miesiąca dosadzili mi "pod celę" babkę z bardzo głośnej ówcześnie sprawy kryminalnej. Przez pierwsze trzy tygodnie nie miałam widzeń, ani paczek ani nic w ogóle. Po miesiącu przenieśli mnie do innej celi, gdzie były trzy inne panie, też "polityczne". Z nimi to juz było dużo lżej. A w połowie lutego przewieźli mnie do Kamienia Pomorskiego. Tu to juz było takie "prawdziwe więzienie" - ze stosownym regulaminem, mundurkami więziennymi, składaniem meldunków itd. Bo w Szczecinie, to jest tylko areszt na krótkie pobyty i po prostu się siedzi i wychodzi tylko na przesłuchania. Do tej pory nie wiem, czemu byłam tam tak długo, nawet klawisze sie dziwili. W Kamieniu też byłyśmy we cztery (ale inne niż w szczecinie), same polityczne. Bardzo nas izolowli od reszty.
              Co dzień był półgodzinny spacer, była biblioteka (obczytałam się Kraszewskiego).
              Ale się rozpisałam! Się mi otworzyła pewnie jakaś klapka. Przerywam, bo zamęczę wszystkich na smierć.
              • olga_w_ogrodzie Re: Żadna tajemnica 23.01.11, 23:43
                mnie tam na pewno nie zamęczysz, bo ciekawi mnie jak to było.
                kiedyś przez miesiąc miałam w więzieniu praktykę.
                to było chłopskie więzienie.
                pamiętam jak mnie zaskoczyło, że oni w celi mają kibel bez żadnych drzwi.
                no ale Ty nawet nie kibel, a wiadro.

                to chyba okropne było miesiąc całkiem samej ?
                jak to psychicznie można znieść ?
                co robiłaś całe dnie ?
                w nocy spać mogłaś?
                rodzinę jak prędko powiadomili i co ona na to ?
                o co óne Ciebie wypytywały w czasie przesłuchań tych ?
                byli spokojni czy niemili i awanturujący się ?
                przez ten miesiąc z nikim poza nimi nie rozmawiałaś ?
                a co dawali jeść ?
                pozwalali się wyprysznicować ?
                a gdy Cię zwinęli z ulicy, a potem nie dali nawet paczki podać,
                no to Ty wielu chyba rzeczy potrzebnych nie miałaś ?
                choćby szcoteczki do zębów czy szczotki do włosów albo chustki do nosa.
                to jak sobie radziłaś ?
                a te inne panie polityczne też tak długo trzymali ?
                jak one obalały ustrój ?
                izolowano Was, by ktoś Was nie skrzywdził czy byście szkodliwymi poglądami nie zarażały ?
                czy ktoś Cię za to kiedy przeprosił ?
                • damakier1 Aleś mnie nazapytotywywałaś! 24.01.11, 00:25
                  Tak sobie pomyślałam, że poczekam trochę i jesli sie jeszcze ktoś zainteresuje, to powolutku poodpowiadam. A jak nie, to Ci na priv napiszę. Aż się sama dziwię, bo mało wlasciwie o tym myślę i tak mi sie jakoś o tej majowej parówce skojarzyło i napisało, a jak zapytałaś, to uruchomiłaś we mnie jakąś taką potrzebę, żeby to wszystko z siebie wywalić.
                  A teraz idę spać.
                  Dobrej nocy!
                  • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 24.01.11, 00:35
                    to ja będę tu przytupywać niecierpliwie albo na poczcie swojej.
                    śpij chwacko, Damo.
                  • blind_as_a_bat Mnie interesuje, bardzo. Proszę o cd. 24.01.11, 07:27
                    • kanciasta Re: Mnie interesuje, bardzo. Proszę o cd. 24.01.11, 07:38
                      Mnie też bardzo interesuje.
                      • ave.duce Re: Mnie interesuje, bardzo. Proszę o cd. 24.01.11, 10:05
                        Mnie takoż.
                        • ewa9717 Re: Mnie interesuje, bardzo. Proszę o cd. 24.01.11, 10:09
                          Też! Też!
                  • ta Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 24.01.11, 12:09
                    Wal, damo :)
                    • scoutek Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 24.01.11, 13:04
                      dawaj, jedzieeeesz......
                      :))))
                      • tojajurek Towarzystwo prosi 24.01.11, 16:09
                        (kto pamięta skąd ten cytat?) i ja też proszę. Taka relacja, nie tylko przybliża wizerunek osoby, którą lubimy i która budzi nasze zainteresowanie, ale jest bardzo ważna, aby prawdziwy obraz tamtych czasów nie rozmywał sie w niepamięci.
                        Mnie dla naprzykładu zamykał niejaki Adolf H., ale niewiele pamietam i z relacji nici. A zresztą tamte czasy to wykopalisko. Ważne są lata, które wszyscy (no, prawie wszyscy) pamietamy i działania, dzięki którym mamy to co mamy (wyszło dwuznacznie? Trudno.).
                        A więc proszę mnie dopisać do subskrybentów i czytelników.
                        • ploniekocica Re: Towarzystwo prosi 24.01.11, 16:19
                          Dodam: "Towarzystwo prosi; a nie, to samo weźmie!". Siłom weźmie, że o godności osobistej nie wspomnę :)
                        • olga_w_ogrodzie Re: Towarzystwo prosi 24.01.11, 18:56
                          tojajurek napisał:

                          A zresztą tamte czasy to wykopalisko. Ważne są lata, które wszyscy (no,
                          > prawie wszyscy) pamietamy i działania, dzięki którym mamy to co mamy (wyszło d
                          > wuznacznie? Trudno.).

                          tamte lata dawniejsze ważne bardzo też.
                          mnie interesuje i to, o czym Dama pisze,
                          i to, co Ty o okupacji opowiadasz.
                          siedzenia w kiciu nie przeżyłam, okupacji takoż.
                          a inaczej, gdy się o tym czyta przez nieznane osoby,
                          inaczej, gdy z ręki pierwszej.

                          bardzo żałuję też, że byłam za mała, by Ś.P. Babcię dopytywać,
                          jak to całą rodzinę bolszewicy wygnali z Rygi, potem z Wilna,
                          o AK, o Dziadku, którego na Sybir, o zasiedlaniu Ziem Zachodnich.
                          • scoutek Re: Towarzystwo prosi 24.01.11, 19:15
                            a mnie żal, że nie miałam odwagi ani czasu na szczera wspominkową rozmowę z sąsiadką rodziców, która urodzona w Łucku, rewolucję październikową przeżyła w Leningradzie, powstanie warszawskie oczywiście w Warszawie, z tym, ze na dodatek miała małego synka u piersi....
                            żal człowiekowi, że głupi był i nie dopytał, bo miał ważniejsze, kurcze, sprawy na głowie
                            za to na własnych zdjęciach ślubnych tę panią mam w pierwszym rzędzie, bo się spóźniła i nie chciała się wpychać dalej, a fotograf wynajęty był przekonany, że to rodzina i obfotografował dokładnie, moją rodzona matkę pominąwszy dokumentnie...
                      • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 24.01.11, 16:28
                        No to zawieźli mnie z tego kotła na Małopolską, wprowadzili do jakiegoś pokoju, gdzie dwóch facetow czekało i zaczęli rozpytywać, co i jak. Trwało to i trwało, ja nic nie gadałam, to zaprowadzili mnie do innego pokoju z innym facetem i tak sie powtarzało, ile czasu nie wiem, bo zegarek zabrali mi zaraz na wejściu. W końcu, późną już nocą zaprowadzili mnie pod celę i zarygrowali te wszystkie zasuwy. Nie miałam pojęcia, gdzie się znalazłam, bo ciemność była absolutna. Wymacałam tylko drewnianą pryczę i usiłowałam zasnąć. Trochę może i się zdrzemnęłam,ale zaraz znowu mnie wyprowadzili i tak do rana jeszcze parę razy. Z tego całego przesłuchania to tylko jednego sk.syna pamiętam, starego, w mundurze pułkownika, który patrząc mi w oczy z uśmieszkiem mi tłumaczył, że córka moja (wtedy dziesięcioletnia) chodzi do szkoły, przez jezdnię przechodzić musi, a wypadki sie zdarzają... (no, tego to do końca życia nie zapomnę).
                        Przyszedł ranek i mogłam obejrzeć moją celę - był to mały prostokąt, na wprost drzwi w odstępie dwóch kroków był obudowany bocznym ścianami drewniany podest pełniący funkcję pryczy, nad pryczą było okno, obok drzwi był okratowany kaloryfer i w kącie kubeł w charakterze kibla. Wszystko.
                        Całe ściany pokryte były napisami: nazwisko, imię i data od - do. Te "od -do" były różne; dzień, dwa, czasem trochę ponad tydzień. Załamałam sie i przeraziłam. Nie wyobrażałam sobie, żebym mogła tu tyle samotnie wytrzymać. Okazało się, że wytrzymałam najdłużej. Moje "od -do" wyniosło miesiąc.

                        Mój mąż i cała rodzina o całej sprawie dowiedzieli sie błyskawicznie. Jeszcze zanim mnie z kotła wywieżli do aresztu, juz w domu była cała ekipa i przekopali wszystko od piwnic po strych. Wszystkiego nie znaleźli, ale jednak trochę sie uzbierało.
                        • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 24.01.11, 18:47
                          no to, jak widzisz, nie czekam, ale czekamy na ciąg dalszy.
                          można to będzie skleić potem, by była całość.
                          bardzo obrazowo, jak zwykle, opowiadasz.
                          mnie się ten miesiąc samotny najgorszym wydaje.
                          a jak było faktycznie ?

                          /na Małopolskiej często patrzałam na komendę MO z okien mieszkania cioci mojej.
                          może i wtedy, gdy Ty tam byłaś./
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 24.01.11, 21:35
                          Na drugi dzień zawieźli mnie do prokuratury, gdzie prokurator przyklepał mi sankcję na trzy miesiące i zaczęło się normalne kiblowanie. O szóstej rano zaświecała sie żarówka,trzeba było wstać z pryczy, oddać dwa koce, które dawali na noc, przeciągnąć kibel przez długi korytarz, na końcu którego była łaźnia, wylać to, co się w kiblu przywlokło i ewentualnie obmyć sobie trochę twarz przy zlewie. Ta łaźnia to były dwa pomieszczenia, otwarte, w jednym był długi zlew z wieloma kranami, a w drugim dwa prysznice i taka ubikacja, jaką czasem spotykało się na starych dworcach: zamontowana w podłodze płyta z dziurą do kucania. Wszystko "otwarte", żadnej intymności. Ciężki ten kubeł był potwornie, bo żeliwny i mocno się mordowałam żeby go przez cały korytarz przeciągnąć. Ale zadowolona byłam, że mam taki kawał drogi, bo cela była na trzecim piętrze, okna wychodziły na przepiękny Park Żeromskiego i mogłam sobie przy okazji na świat popatrzeć.
                          O ósmej dawali śniadanie i potem albo mnie brali na przesłuchanie, albo nie. Początkowo brali codziennie na parę godzin, a potem różnie. Teraz to już przesłuchiwał mnie juz zawsze ten sam esbek, "przydzielony do sprawy". Muszę przyznać, że jak na esbeka dość przyzwoity. W każdym razie nie starał się mnie gnębić bardziej niż było konieczne.
                          Należał mi sie też codzienny półgodzinny spacer, ale jak nie chciałam wychodzić, nie było przymusu.
                          Ten areszt na Małoplskiej jest dość nieduży i jedzenie było po prostu z tego, co zostało z esbeckiej stołówki, więc na ogół bardzo dobre. Tyle, że jak na przykład pozostowały im różne zupy, to robili z tego ogólną sałamachę i nieraz wychodziło dziwnie. Dla mnie wielkim problemem było picie - do śniadania i kolacji dawali herbatę albo czarną kawę zbożową z wielkiego kotła, który stał na korytarzu. Jak się w ciągu dnia chciało pić, to waliło sie w drzwi, przychodził klawisz i przynosił. Ta kawa czy herbata w poniedziałek była jeszcze dość pijalna, ale potem dolewali po prostu do kotła wody i pod koniec tygodnia to już właściwie była sama woda. Ale ja i tak tego nie mogłam pić, bo było potwornie słodkie, a ja w ogóle żadnych słodzonych napoi nie uznaję. Dogadałam się w końcu z klawiszami, żeby mi dawali to picie zanim posłodzą i bez problemu sie zgodzili. Powiedział mi klawisz, że pierwszy raz się spotkał, że osadzona nie chce cukru, bo wszyscy zawsze wołają, że mają za mało.
                          Najtrudniejsze dla mnie było to, że w ogóle nie miałam pojęcia co dzieje się w domu ani co mnie czeka. NIe wiedziałam co, jeśli w ogóle, mi się tam należy i co się będzie działo dalej.
                          W tej łaźni czasami był kawałek mydła, a czasem nie. Prysznic można było wziąć raz na tydzień, a tak to tylko ten zlew. Nie miałam bielizny na zmianę. Twarz mnie nieustannie piekła, bo mam bardzo suchą cerę, a żadnego kremu nie miałam. Któregoś razu, jak prowadzili mnie na przesłuchanie, przypadkowo spojrzałam w wiszące na korytarzu lustro i przestraszyłam się samej siebie.
                          Jedyne, co mnie uratowało to fakt, że gdy mnie złapali miałam świezo zakupiony zapas papierosów - dwa wagoniki Ekstra-Mocnych. Te papierosy mi zostawili i one podtrzymywały mnie na duchu. Też z nimi cudowałam - paliłam po połówce, kipy chomikowałam za kaloryferem, bo ciągle się bałam, co będzie, jak mi papierosów zabraknie. Potem się okazało, że niepotrzebnie, ale to potem.
                          A w ogóle to popadłam w jakąś apatię. Noce przesypiałam, a i całe dnie, jak tylko nikt ode mnie niczego nie chciał, uwalałam się na pryczy i pół drzemałam, pół leżałam bezmyślnie.
                          I tak dokiblowałam do Świąt.
                          • gat45 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 24.01.11, 21:44
                            Kucęliśmy wszyscy półkolem przed Twoim fotelem i bez szmeru czekamy....
                            • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 24.01.11, 21:49
                              właśnie tak.
                          • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 25.01.11, 00:10
                            Przyszła Wigilia. Zbroiłam się na nią, jak żołnierz na wojnę. Ja niespecjalnie jestem wierząca, a już na pewno nie religijna, ale Wigilia to dla mnie najważniejszy dzień w roku. Wszystkie moje dotychczasowe Wigilie były piękne, dawały mi takie poczucie rodzinnego szczęścia, bliskości, że nie wyobrażałam sobie, jak tu sama, bez męża, córki, bez rodziców przeżyję ten dzień. A kiedy Wigilia nadeszła, wszystko w pierdlu było tak, jak zawsze - aż zwątpiłam, czy to na prawdę dziś i spytałam klawisza. I okazało się, że w ogóle mnie ta cała Wigilia nie rusza i nie miałam się czego bać. Dopiero o północy.... Okienko mojej celi wychodziło na plac z pobliskim kościołem i kiedy o północy zaczęły bić dzwony na pasterkę, siadłam pod oknem i jedno o czym marzyłam, to żebym sie potrafiła rozpłakać. Ale nie udało mi się uronić ani jednej łzy. Nigdy, ani wcześniej, ani później nie byłam aż tak nieszczęśliwa.
                            Świąteczne dni przeszły już bez specjalnych emocji, a w pierwszy dzień poświąteczny dostałam paczkę z domu. Były świąteczne pyszności, nareszcie mogłam sie przebrać w świeże ubranie, miałam na noc piżamę, była gazeta - "Głos Szczeciński" - taka ówczesna gadzinówka, ale nic innego nie pozwolili. Czytałam ten "Głos" w tę i z powrotem, od tytułu po stopkę redakcyjną tak byłam złakniona czytania. Ale przede wszystkim w paczce była herbata... Dobry klawisz pozwolił mi wyjść na korytarz poczekać aż się woda zagotuje, nasypałam herbaty do kubka, zalałam wrzątkiem i wreszcie miałam wymarzoną prawdziwą, pachnącą herbatę. Zrobiłam sobie tę herbatę taką mocną, aż klawisz zerknąwszy do kubka zapytał -pani na pewno pierwszy raz siedzi?
                            Wróciłam na pryczę, rozłożyłam gazetę, zapaliłam papierosa, popijałam herbatę i byłam tak szczęśliwa, aż popełniłam wiersz:

                            Tutaj dopiero się nauczę
                            cieszyć najmniejszą radością świata
                            mam papierosy, są zapałki,
                            w blaszanym kubku jest herbata

                            a dzisiaj dali mi gazetę -
                            "Głos", ale to jest bez znaczenia
                            każda literka przeczytana
                            może dać chwilę pocieszenia

                            mogę więc czytać albo siedzieć -
                            rozmyślać lub o domu marzyć
                            i cieszyć się, że tak przyjemnie
                            kubek z herbatą w usta parzy
                            • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 25.01.11, 01:11
                              to ja dalej koło fotela Twego cicho sza będę uszu nadstawiać.
                              • gat45 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 25.01.11, 07:57
                                A ja tu zaraz obok Ciebie cupię cichutko. I nasłuchuję.
                                • ave.duce Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 25.01.11, 12:47
                                  W wicewersji :)

                                  I też oczekiwam.
                          • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 25.01.11, 19:49

                            Rozpisałam się o tej herbacie, a przecież w paczce najważniejszy był list od męża. Na początku jak mnie złapali, powiedzieli mi, że byli w domu i męża też zabrali. Potem na tych dalszych przesłuchaniach “mój” esbek ciągle kręcił, raz mówił tak, a raz siak. Zamartwiałam sie tym strasznie, bo myśl, że córka nagle została bez nas obojga, choćby pod najlepszą opieką dziadków, była przejmująca. Gdzieś tak po tygodniu, z różnych półsłówek i niedopowiedzeń zaczęłam się domyślać, że to podpucha i że raczej męża nie wsadzili. Zwłaszcza, jak mi zaczęto mówić, że mąż mój podpisał deklarację, że wyjedziemy za granicę i teraz wszystko w moich rękach - jak podpiszę, to mogę zaraz wychodzić i możemy wyjeżdżać do Kanady, RFN, albo Szwecji do wyboru. Tyle, że w jedną stronę. Pewna byłam, że mąż by nigdy w życiu bez uzgodnienia ze mną takiej deklaracji nie podpisał i nie wierzyłam im ani trochę. Mówiłam, że niech pozwolą mężowi na widzenie, to porozmwiamy i może się zdecydujemy, ale na to absolutnie nie szli. No to trwały takie przepychanki czas jakiś, a potem im przeszło i juz tematu więcej nikt nie poruszył.
                            Potem okazało się, że taka sama gadka była w drugą stronę, tzn, mężowi mówili, że ja podpisłam i teraz od jego decyzji wszystko zależy.
                            No i jak w paczce znalazłam list, to już miałam czarno na białym, że mąż jest w domu i sto kamieni mi z serca spadło.List był dość lakoniczny co i nie dziwota zważywszy, że przez całą stronę ostemplowany był wielką pieczęcią “ocenzurowano”.
                            Pytałaś mnie, Olgo, jak wszystko to znosił mój mąż? - w ciągu pierwszego miesiąca schudł 15 kilo.
                            On nie za bardzo miał głowę do “znoszenia”. Jak mnie złapali, to musiał wszystkich,którzy do nas do domu przychodzili jakoś uprzedzić, bo pod domem dzień i noc stał samochód z obstawą. Nie była to sprawa łatwa. Poza tym nieustająco poruszał niebo i ziemię,żeby dostać zgodę na widzenie i żeby mi choć tę paczkę wysłać. No i choć zaopiekowaniem się córką, wiktem i opierunkiem, zajęli się dziadkowie, to przecież nie mógł jej samej sobie zostawić.
                            Co by nie mówić sprawdził mi się w tym czasie chłop znakomicie i wile mu teraz przewin wybaczyć mogę za to, jak mnie wtedy wspierał na duchu.
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 25.01.11, 21:46

                          Śledztwo miało się ku końcowi, na przesłuchania prawie mnie już nie brali czego nawet żałowałam, bo zawsze to była jakas odmiana w monotonnym życiu. Już sama droga na przesłuchanie całkiem spory kawałek dnia potrafiła zająć i sporo atrakcji dostarczyć. Najpierw klawisz otwierał drzwi i odczytywał: nazwisko, imię, córka [...] - tak wyczytana musiałam stanąć przy drzwiach i powiedzieć “jestem”, choć byłam sama jedna i jak wół było widać, że ja to ja i że jestem.
                          Wtedy klawisz mówił “wezwana na przesłuchanie!” i wychodziłam z celi. Klawisz odprowadzał mnie do drzwi korytarza, a tam już czekał następny i prowadził do pokoju przesłuchań. Szło się najpierw schodami w dół do piwnic, potem długo krętymi piwnicznymi korytarzami do drzwi klatki schodowej, potem znów w górę i korytarzem do pokoju, gdzie urzędował mój esbek.
                          Przed każdymi mijanymi drzwiami, na każdym zakręcie korytarza prowadzący mnie strażnik walił kluczami w poręcze schodów albo w kraty drzwi. Było to na wypadek gdyby z przeciwka prowadzili innego aresztanta. Rzadko bardzo, ale jednak się zdarzało, że rzeczywiście z kimś szli,wtedy trzeba się było zatrzymać i odwrócić twarzą do ściany, aż przejdą. Oczywiście i tak zawsze się odwracało głowę żeby popatrzeć. Raz się zdarzyło, że minęłyśmy sie w ten sposób z tą moją koleżanką, u której w domu mnie zwinęli. Ze dwa dni nie mogłam ochłonąć z emocji, choć przecież mogłam się spodziewać, że i ją przymknęli.
                          Przesłuchania to już właściwie nie były żadne przesłuchania. Tak sobie myślę, że ten esbek też musiał wyrobić jakieś normy i zdarzało sie, że i z pół godziny coś tam sobie czytał w papierach, a ja gapiłam sie w okno, potem cos tam pogadał, nieraz wrócił do dawno zadanych pytań, ale bez żadnego zapału i nadziei na odpowiedź. Podpisywałam protokół, na którym godziny przesłuchnia niekoniecznie się zgadzały i czas był znacznie wydłużony i strażnik zabierał mnie w drogę powrotną. Dzień z takim przesłuchaniem był bardzo urozmaicony.
                          • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 00:24
                            te korotarze, piwnice, walenie kluczami, stawanie twarzą do ściany z gestapowcami mi się skojarzyło.
                            zimno na sercu aż.
                            nie wypada komentować.
                            cicho będę czekać.
                          • tojajurek Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 00:36
                            Czytam z ogromnym zainteresowaniem. Bardzo prawdziwie i żywo opisane, prosto i bez emfazy. Robi wrażenie. Współczuję, Damo, a równocześnie doceniam, że chcesz nam to opisać. Do takich wspomnień nie za często człowiek chce wracać.
                            • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 00:53
                              Cieszę się bardzo, że spotykam się z taką dobrą reakcją. Naprawdę bardzo sie whałam, zanim zdecydowałam sie pisać. Ale teraz wdzięczna jestem Oldze, że mnie namówiła, bo okazało sie, że było mi to jakos potrzebne. Siłą rzeczy wspominamy tez ten czas z mężem, bo nie wszystko dokładnie pamiętam, na przykład, kiedy mnie pierwszy raz odwiedził itp. No i jak już się zacznie wspominać to jakos tam sie młodość wspomina...
                              Bardzo Wam dziękuję za komentarze, bardzo mi pomagają i zachęcają do pisania.
                          • ta Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 01:00
                            Cóż tu powiedzieć, przejmujące. Sobie cicho siedzę, czytam i tak jakoś, mnie, łagodnej kobicie chciałoby się coraz bardziej palnąć pewnego pana bez łeb....

                            Lepiej w kiciu gorączka,
                            niż z ubekiem smak pączka.
                          • maniasza Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 06:40
                            Brrr, dobrze, że na noc tego nie czytałam, bo bym nie zasnęła chyba...zaraz mi się obraz Jandy przed oczami...
                            Jeśli mogę dopytać jeszcze , Damo, co czułaś, kiedy wychodziłaś, jak pamiętasz moment, że Cię zwalniają i co czułaś potem, za jakiś czas, kiedy już było po.? Czy tamta koleżanka, u której Cię zwinęli wyszła? Miałyście okazję czy ochotę rozmawiać o tym?
                            • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 11:04
                              No, z tą Jandą w "Przesłuchniu" to gruba przesada! To już zupełnie inny czas. Przede wszystkim nie tylko w żadnym momencie nie bałam sie o swe życie, ale nawet przez moment nie miałam stracha, że mi kto przyleje. W ogóle, nie ma co porównywać.
                              Do zwolnienia to jeszcze daleko. Opiszę w swoim czasie. O koleżankach i o tym co wiem o ich dalszych losach też, ale założyłam sobie pewien plan i się go trzymam. Musisz czytć do końca :)
                              • scoutek Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 11:23
                                Damo, tak w ogóle to zastygłam w tym wątku i boję się oddychać, bo a nuż się rozmyślisz i dalszego ciągu nie będzie..... odpukuję w niemalowane i cichutko czekam....
                              • maniasza Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 18:59
                                No nie wiem czy aż taka przesada. Wiadomo, w filmie wszystko skoncentrowane ma być, a parę obrazków przedstawiłaś takich, że dreszcz mnie przeszedł. Dla mnie to wszystko jedna swołocz.

                                Trzym się planu w takim razie. Będę podczytywać .
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 17:06

                          Czas płynął swym monotonnym rytmem, skończył sie rok, minął sylwester i jakoś tak wkrótce po tym miałam pierwsze widzenie z mężem. Szłam na to spotkanie na miękkich nogach, wytęskniona przeokropnie, złakniona jego widoku, wieści z domu, no... wiadomo. A jednocześnie miałam świadomość, że tak przeokropnie wypaskudniałam, że aż słabo mi się z żalu nad samą sobą robiło.
                          Wprowadzili mnie do jakiegoś pokoju, za biurkiem siedział jakiś gruby oficer, mąż siedział na krześle przy stoliku. Na mój widok poderwał się, udało nam się na chwilę przytulić, ale oficer zaraz kazał siadać po przeciwnych stronach stołu. Siedliśmy, a on rozsiadł sie za biurkiem, wgapił sie w nas i powiedział: no, rozmawiajcie.
                          Tyle by się chciało opowiedzieć.... siedzieliśmy bezradnie trzymając się za rękę.
                          Widzenie trwało pół godziny. Mąż przyniósł mi paczkę – same rarytasy normalnie nie do zdobycia w tamtych czasach – słodycze i wędliny z pomocy zagranicznej, jaka była organizowana przez Biskupi Komitet Pomocy, który miał siedzibę w kościele pod wezw. św. Krzyża przy ulicy Wieniawskiego. Znaleźli nas i przyszli z pomocą sami choć nie mamy ślubu kościelnego i nie braliśmy żadnego udziału w życiu parafialnym.
                          Dowiedziałam się też na tym widzeniu, że mam adwokata – pana mecenasa Jerzego Chmurę, późniejszego senatora, wspaniałego człowieka. Mecenasa Chmurę polecił mojemu mężowi “podziemny” kolega. Pan mecenas nie tylko bez problemu podjął się mojej obrony, nie tylko stanowczo odmówił przyjęcia jakiegokolwiek honorarium, ale i później, kiedy byłam juz w Kamieniu Pomorskim i jeździł do mnie w różnych sprawach, nigdy nie zgodził się na zwrot pieniędzy za benzynę, czy chociażby na przyjęcie kartek na wyjeżdżoną benzynę.
                          I dla mnie, i dla mojego męża był prawdziwą podporą.

                          Jak już się mną pan mecenas zajął, życie stało się znacznie lżejsze.Mogłam pisać i dostawać listy. Pisałam do córki, do rodziców, tylko do męża nie – nie wyobrażałam sobie, żeby to, co chciałam mu napisać mógł czytać jakiś obcy urzędnik ze stemplem “ocenzurowano”. Jemu tez powiedziałam, żeby do mnie nie pisał.
                          Przekonałam sie też, że pilnujący “klawisze” są zupełnie w porządku. To byli na ogół starsi faceci, którzy chcili mieć spokój i tyle. Na ile mogli, na tyle pomagali. Jeden, który mi kiedyś z westchnieniem powiedział - “żeby pani chociaż coś ukradła...” przyniósł mi nawet w tajemnicy obcinacz do paznokci, bo pazury miałam już potworne, a do paczki nie pozwolili dać niczego ostrego. Ryzykował bardzo, bo jakbym była świnia i go podkablowała, kłopoty miałby straszne.
                          Były też następne paczki i widzenia. Na tych widzeniach też bywało różnie, zależy kto pilnował.Parę razy trafił sie ktoś porządny, to i nachwilę przytulić i pocałować sie udało.

                          A gdzieś tak w połowie stycznia dali mi pod celę Grażynkę.
                          • gat45 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 17:18
                            Damo, my tu nie wiemy, co robić, jak się zachować. Siedzimy ciasnym półkolem wpatrzeni w Twoje wargi i zamienieni w uszy. Tu i ówdzie komentarz się ciśnie, pytanie jeszcze częściej, ale strach, żeby Cię nie wybić z rytmu, przeważa i siedzimy na ogół cichutko. Ale to nie jest zwykła cisza, tylko taka aż gęsta.

                            Dziękuję, Damo.

                            A teraz znowu - cicho-szaaaaaaaaaaa
                            • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 17:48
                              Zachowujecie się fantastycznie! Komentarze bardzo mnie radują i mi pomagają. Bardzo mi zalezy na tym, żeby to nie był monolog, tylko rozmowa z Wami.
                              • scoutek Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 18:20
                                kiedy nie chcemy Ci przerywać, a tylko słuchać, słuchać, słuchać......
                              • gat45 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 18:22
                                No to masz komentarzyk : opowiadasz dokładnie to, czego ja się tak strasznie bałam i czego miałam szczęście uniknąć. Przy każdym przekraczaniu granicy z trefnym towarem bałam się tak, że tego opisać nie potrafię. I byłam głęboko przekonana, że nie wytrzymam w zamknięciu trzech godzin, że będę walić w drzwi, płakać, błagać, podpisywać, co tylko zechcą... Dlatego tak strasznie dbałam, żeby jak najmniej wiedzieć o stronie polskiej, bo nie ufałam sobie. Bałam się, że natychmiast ze mnie wszystko wyciągną, nawet bez zbytniego wysiłku. Rezultat : moja mała "działalność opozycyjna" łączy się w moich wspomnieniach z gorzkim przekonaniem o własnym tchórzostwie. Na szczęście nie udowodnionym, ale ja to realnie przeżyłam. Mam nadzieję, że rozumiesz, co ja tu niezbyt zręcznie opisuję. Ja też po raz pierwszy wyrzuciłam to z mózgu na słowo pisane.
                                • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 21:04
                                  No jakie tchórzostwo, skoro woziłaś trefny towar przez granicę?! że się bałaś, to dlatego, że było czego i miałaś wyobraźnię. I byłaś bardzo mądra, że dbałaś, by nie wiedzieć zbyt dużo. Tak naprawdę nigdy się nie wie ile jest się w stanie wytrzymać i jak sie zachowa w sytuacji krytycznej. Mnie się udało przejść przez to wszystko tak, że spokojnie patrzę w lustro, ale gdyby mi tak wpuścili do celi ze dwie myszy, to kto wie?
                                  bardzo serdecznie Cię pozdrawiam
                                  damakier
                              • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 00:19
                                Gat, po raz kolejny w tym wątku, opisała dokładnie to, co i ja myślę sobie.
                                w miarę cicho nam być trzeba, by opowieści Twej nie przerywać.
                                a opowiadasz pięknie.
                                takie, jak ToOnJurek powiedział jest pisanie Twe.
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 20:01

                          Grażynka był prześliczna - młoda postawna blondynka, błękitne oczy, anielska buzia. Jej mąż, przywódca głośnej wtedy bandy siedział w więżieniu na Kaszubskiej, a Grażynka przychodziła na przesłuchania w charakterze świadka. Któregoś razu charakter świadka zmienili jej na charakter podejrzanej i Grażynka zamiast w domu, wylądowała w mojej celi. Ta banda napadała w domach na samotne starsze osoby,o których miała rozeznanie, że mają pieniądze i różne kosztowności. Makabrycznymi torturami wymuszali wskazanie, gdzie co jest schowane. Przypalali ludzi żelazkiem, kobietom do pochwy wkładali elektryczne grzałki – no, potworność! Mnie Grażynka opowiadała, że ona tylko przechowywała w domu zrabowane rzeczy i nie miała pojęcia o tym wszystkim, a jej mąż stał tylko na czatach. Ale mój esbek mówił mi, że to właśnie Grażynka była główną prowodyrką i to właśnie ona wymyślała te wszystkie tortury,a jej mąż osobiście to wszystko robił. Nie wiedziałam komu wierzyć, ale niestety potwierdziła się najokropniejsza wersja .
                          W każdym razie, kiedy Grażynka do mnie trafiła, zanim dowiedziałam się tego wszystkiego, wydawała mi się aniołem i była, jak anioł. Pocieszała mnie najserdeczniej, jak mozna sobie wyobrazić, w nocy opatulała mnie kocem, bym nie marzła, nie dawała mi ciągnąć ciężkiego kibla, żebym się nie przemęczyła. Po tak długiej samotności taka współczująca, serdeczna towarzyszka to było, jak wybawienie. Powoli, półsłówkami odkrywała przede mną o co jest oskarżana, ale zawsze mówiła o sobie jak o nieświadomie wciągniętej w to wszystko ofierze. Miała ze sobą plik listów od męża, pisanych z więzienia na Kaszubskiej. Listy naprawdę piękne i wzruszające. Prosił ją w nich przede wszystkim by się zajęła ich dwiema małymi córeczkami (5 i 8 lat), by dała im dobry dom, żeby je wychowała na dobrych ludzi.Płakałyśmy nad tymi listami obydwie.
                          Po tygodniu Grażynkę wywieźli do Kamienia, a jej mąż popełnił samobójstwo waląc z rozpędu głową w mur na więziennym spacerniku.
                          Grażynkę spotkałam przelotnie raz jeszcze w Kamieniu. Sprawa całej tej bandy ciągnęła sie bardzo długo i jakoś przegapiłam jej zakończenie i nie wiem ostatecznie jak sie zakończyła.
                          W każdym razie, choć znam tę całą historię, nie umiem spojrzeć na Grażynkę, jak na zbrodniarkę i ciepło ją wspominam. Sama nie wiem, czy świadczy to o mnie źle, czy niedobrze.
                          • ta Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 21:49
                            Może Grażynce obiecano złagodzenie kary, gdyby "coś" od ciebie wyciągnęła i jej dobroć nie była w związku z tym bezinteresowna?
                            Przepraszam, jeśli mącę ci we wspomnieniach, ale takie scenariusze jw są w więziennictwie rozgrywane, przy czym postraszona opowiadaniem o okrucieństwie tej pani, mogłabyś ulec z uzasadnionego strachu.
                            Przepraszam, jeśli mącę ci we wspomnieniach, zawsze chcemy zobaczyć w człowieku jak najwięcej człowieka - nie oceniaj siebie źle, że i w Grażynce.
                            Cichutko czekam na cd
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 22:14


                          Zabrali Grażynkę, a mnie przenieśli wreszcie do celi wieloosobowej. Były tam juz trzy dziewczyny, ja doszłam jako czwarta. Jedna z Bydgoszczy, już po jednym politycznym wyroku, teraz w recydywie. Bardzo to była dzielna i bardzo nam wszystkim pomocna dziewczyna, bo już wcześniej swoje odsiedziała, umiała sie poruszać w rzeczywistosci więziennej, a poza tym tak pełna humoru i radości życia, że wszystkie nas swym optymizmem zarażała. Druga, sporo od nas starsza, ze Szczecina - znaleźli u niej w pracy jakieś trefne materiały. Dużo później się okazało, że mieli na nią jakieś haki i była wetknięta w charakterze kabla. Trzeciej za nic nie mogę sobie przypomnieć. Pamiętam tylko, że siedziała za jakieś przekręty gospodarcze i nie wadziła nikomu. Nic więcej, nawet imienia, ani jak wyglądała.
                          Ja zostałam przyjęta z wielkim entuzjazmem. Z bardzo prozaicznego powodu: moja najlepsza przyjaciółka pracowała w szpitalu milicyjnym i stamtąd “orgnizowała” mi watę w wielkich pakach.
                          Jak weszłam do celi niosąc dwie wielkie paki waty, kobietom wprost dech zaparło.
                          Młodszym czytelniczkom, “z pewną taką nieśmiałością” wyjaśniam, że wtedy nie tylko o żadnych
                          skrzydełkach i nadzwyczajnej chłonności nie było mowy, ale i zdobycie paczki waty było wyczynem. Nie wiem co by to było, gdyby nie moja przyjaciółka, ale dzięki niej ani ja, ani żadna babka, która ze mną kiblowała przynajmniej tego problemu nie miała.
                          Po mojej malutkiej dziupli ta cela była ogromna – pod oknem duża prycza, kubeł w kącie przy kaloryferze, po drugiej stronie bardzo duży stół i przykręcone do podłogi cztery taborety.
                          Pod jedną ścianą była nawet jakaś szafka z półkami.
                          No, teraz to żyło się cudnie. Przede wszystkim dogadałyśmy się z klawiszami, że będziemy codziennie wieczorem myć korytarz i zmywać miski z całego oddziału. Za to, kiedy juz to wszystko porobiłyśmy, mogłyśmy codziennie, dowolnie długo siedzieć w łaźni pod prysznicami.
                          Chlapałyśmy się tam jak foki wyśpiewując na golasa przemiennie sprośne i wywrotowe piosenki.
                          Byłyśmy wykąpane, robiłysmy sobie nawzajem wymyślne fryzury i nareszcie znowu byłam kobietą
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 22:16


                          Miałyśmy też przepyszne jedzenie, o jakim na wolności próżno wtedy by marzyć. Przepyszne szwajcarskie i niemieckie czekolady w różnych gatunkach, wędliny próżniowo pakowane, jakie wtedy widziałam po raz pierwszy, a teraz ich pełno w każdym markecie, dobra herbata, a nawet kawa, która zasadniczo była zabroniona, ale moj esbek przymykał oko i pozwalał mężowi daćmi też kawę. Działał wtedy intensywnie jakiś “Komitet solidarności”, chyba z Francji (nie możemy sobie z mężem teraz przypomnieć dokładnie) i mąż dostawał od nich takie paczki. Chyba z jakiegoś rozdzielnika, bo nie starał się specjalnie o nic takiego, a po prostu przychodziły pocztą do domu.

                          Z tego wspólnego pobytu zapamiętałam jeszcze niesamowity seans spirytystyczny, który urządziła nam ta dziewczyna z Bydgoszczy – przy myciu naczyń zakosiłyśmy jeden płaski blaszany talerz,
                          na kartonie z jakiejś paczki było powypisywane, co tam wypisac należy, trochę się chichrając położyłyśmy ciasno przywierające do talerza i do siebie nawzajem ręce, zadałyśmy pytanie, czekałyśmy chwilę zdystansowane i wyluzowane i nagle, jak tym talerzem szarpnęło, jak nie zaczął
                          szaleńczo wirować po papierze! Najdziwniejsze, że odpowiedzi były całkiem sensowne, a pytałyśmy o sprawy, których pozostałe nie znały i żadna z nas nie mogła sterować odpowiedziami dla drugiej.

                          Tak to trwało mniej więcej dopołowy lutego, a potem pojechałam do Kamienia Pomorskiego.
                          Już na wolności starałam sie odnaleźć tę dziewczynę z Bydgoszczy, ale bezskutecznie.
                          O tej ze Szczecina dowiedziałam sie wielu nieciekawych rzeczy, ale nie spotkałam jej nigdy.
                          Ta gospodarcza zupełnie mi wyparowała z pamięci.
                          • tojajurek Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 22:49
                            Czytam z napięciem kolejne odcinki wspomnień. Bardzo są niezwykłe w swojej pozornej zwyczajności. Dziekuję za już i czekam na więcej.
                            A z tym talerzykiem to ciekawa sprawa. Nie wierzę w takie rzeczy, ale to naprawdę działa. Bawiliśmy się w to przed wielu laty przez dłuższy czas i eksperymentowaliśmy aż się nam znudziło. Przed wojną był szał na takie seanse - nazywało się to, nie wiedzieć czemu, "ekierka". Ale o tym ewentualnie przy innej okazji, bo nie chcę mącić odbioru najważniejszego.
                            Pozdrawiam, Damo, cieplutko.
                            Jurek
                          • ta Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 26.01.11, 23:00
                            Dziewczyno z Bydgoszczy odezwij się. Niechby twoje pisanie cudem jakimś dotarło do niej. To by było!
                            Pisz, pisz :)
                          • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 00:41
                            to, co piszesz, Damo, to najlepiej napisany, najciekawszy tekst, jaki ostatnimi czasy się mi trafił.
                            lubię wieczorem późnym go czytać, gdy spokój i mogę całkiem wsiąknąć w tamten Twój świat.

                            wiem doskonale, iż Ty nie jesteś z tych, które chciały kiedykolwiek epatować, skarżyć się
                            i to w tekście też widać bardzo wyraźnie.
                            niemniej, choć miałam już ochotę, gdy się dowiedziałam dawno temu, że byłaś w tym pierdlu, prosić Cię o opowieść, to sobie myślałam, że to może będzie z mej strony niedelikatne -
                            że właśnie może nie zechcesz, bo będziesz się obawiała posądzeń o użalanie się
                            albo też, że będzie to dla Ciebie zbyt trudne wracać w tamten czas.
                            natomiast teraz, to sobie myślę, iż Twoja opowieść jest skazana.
                            na to samo, na co już dawno mówiłam, także Twoje opowiadania o zwierzętach.
                            też skazane.
                            na wydanie.
                            • tojajurek Yes! Yes! Yes! 27.01.11, 01:50
                              • ave.duce Yes! Yes! Yes! Yes! Yes! Yes! 27.01.11, 08:59
                            • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 10:48
                              Nie będę kokietować i udawać, że nie korciłoby mnie zobaczyć w księgarni książkę z moim nazwiskiem na okładce. Jak mnie Olga przy okazji opowieści o zwierzakach zaczęła podpuszczać, to juz nawet zdrukowałam sobie wszystko, com pisała i wytypowałam zdjęcia zwierzakowe do ilustracji. Ale szukać jakiegoś wydawnictwa, pisać tam do nich, jaokoś sie zareklamować - wszystko to mnie przerasta. Chyba za stara i za gamoniowata na to już jestem.
                              • ave.duce Trzeba pomyśleć o Wyd. "Forum ze Dworum", a co! 27.01.11, 13:42
                                Forum ze Dworum/Freedom @ nie chce mi się @
                              • scoutek Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 21:49
                                damakier1 napisała:

                                damo, zajrzyj proszę na @
                                • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 22:54
                                  Zajrzałam, ale nie znalazłam niczego od Ciebie.
                                  • scoutek Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 23:38
                                    Dziwne....
                                    • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 00:04
                                      Już sie pojawiło, odpisałam.
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 13:03

                          Któregoś popołudnia zaprowadzono mnie do pokoju, gdzie czekał juz prokurator, kóry podpisywał mi pierwszą sankcję i który konsekwentnie złatwiał odmownie liczne prośby o uchylenie aresztu słane przez mego adwokata. Była też esbeczka – wredne babsko, najgorsze ze wszystkich podczas pilnowania nas na widzeniach z mężem. Nienawidziłam jej serdecznie, bo mi zabrała piękne zdjęcie córki, które przyniósł mi mąż na widzenie.
                          Na biurku leżała dość gruba teczka – spisane wszystkie przesłuchania, protokoły z rewizji w domu i w ogóle wszystko, co dotyczyło sprawy. Śledztwo było skończone. Dali mi to wszystko do czytania, a sami zaczęli opowiadać sobie głośne żarciki, zaśmiewli się i mizdrzyli do siebie ignorując mnie ostentacyjnie jakbym była meblem, czy jakimś wpadniętym przypadkowo do pokoju śmieciem.
                          Z tych całych akt dowiedziałam się, że w “mojej” sprawie siedzi jeszcze jeden mój kolega i jest też jakaś babka, ktorej nie znałam, a od której nieopatrznego podania jednego nazwiska otworzyła sie ścieżka, po której doszli do całej malutkiej grupki, jaką stanowiła Danusia (u którj był kocioł), ten kolega i ja. Ta babka odpowiadała z wolnej stopy. Wynikało z tego, że gdybym wtedy tam nie wlazła i tak by po mnie przyszli.Jakoś mnie to pocieszyło, bo do tej pory było, że “to wszystko przez to moje ciągłe chodzenie na skróty”.
                          Przeczytałam, podpisałam wszystko, co mi kazali – i odesłali mnie z powrotem. Na drugi dzień, zaraz po śniadaniu wyprowadził mnie klawisz na korytarz, tam czekał juz jakiś inny i zaprowadził mnie do pokoju, gdzie leżały na stole wszystkie rzeczy, ktore zabrali mi na wejściu.
                          Przyprowadzili za chwilę Dankę, wzięłyśmy swoje rzeczy, podpisałyśmy pokwitowania i wyprowadzili nas na dziedziniec. Wsadzili nas do milicyjnej suczki i powieźli do Kamienia Pomorskiego do Aresztu Śledzczego dla Kobiet.
                          Droga przeszła nam bardzo szybko – opowiedziałyśmy sobie wszystko, co działo się z nami na Małopolskiej, porównywałyśmy, o co pytali nas na przesłuchaniach, zastanawiałyśmy, co czeka nas w Kamieniu.Miałyśmy stracha, ale też i nadzieję, że będzie lżej niż dotychczas.

                          Przejechałyśmy więzienną bramę, zaprowadził nas straznik do jakiegoś malutkiego, obskurnego pokoiku, gdzie stała tylko jedna długa drewniana ława – zamknął drzwi i sobie poszedł. Kilka godzin nic się nie działo. W końcu otworzyły się drzwi i pokazała się strażniczka. Wysoka, postawna tleniona blondyna. Króciutko ostrzyżona, zaciśnięte usta. Typ enerdowski. Ledwo na nią spojrzałam, odrazu wiedziałam, że cały ten Kamień jest nie dla mnie. Najpierw wzięła Dankę, po jakiejś godzinie mnie. Następny pokój był juz przyzwoity, czysty i zadbany. Nawet jakieś kwiaty stały na parapecie. Enerdówka siadła przy biurku, na stoliku leżała złożona pościel, obok spora sterta ubrań – drelichowych spodni, bluz i chustek na głowę. Na podłodze stał duży kosz.
                          Baba kazała mi się rozebrać do naga, wrzuciłam ubranie do przygotowanego kosza, stanęłam, a ona przeiskała mi głowę w poszukiwaniu wszy. Potem musiałam zrobić kilka przysiadów, żeby wypadło to, co ewntualnie “w tym miejscu” usiłowałabym przemycić. Po tym całym obrządku stałam goła pośrodku pokoju, a klawiszka pogrążyła sie w wypełnianiu jkichś papierów leżących na biurku. Trwało to i trwało, zmarzłam trochę i w końcu spytałam – “może pani pozwoli mi się ubrać?” W babę jakby grom strzelił! Zerwała się i się wydarła: “do mnie się mówi OBYWATELKO ODDZIAŁOWA!!!”.
                          “W życiu żadnej babie nie powiem tu obywatelko oddziałowa” postanowiłam w myślach i powiedziałam - “przepraszam panią, nie wiedziałam”. Zmierzyła mnie wzrokiem i warknęła: “ubierać się!”.
                          Z moich rzeczy wolno mi było tylko załozyć majtki, biustonosz i bawełnianą podkoszulkę. Ze stery dopasowałam sobie granatowe drelichowe spodnie, bluzę khaki z granatowym kołnierzykim, granatową kieszonką na piersi i ogromnymi granatowymi literam ZK na plecach. Wystrojona w to wszystko wzięłąm pod pachę naszykowany komplet pościeli i wyruszyłam na Oddział.
                          • ta Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 13:58
                            Gdzie te kobiety ( z drugiej strony) teraz są, jak żyją, jak radzą sobie ze wspomnieniami ?
                            Ten babon enerdejowski na ten przykład ?
                            Ech....to nagie stanie...

                            (Damo, zrobię ci przepierkę, albo inne, jeśli pozwolisz, będzie to dla mnie zaszczytem :) )
                            • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 14:07
                              Ha, ha! Przepierkę, jak teraz każdy ma automatyczną pralkę...:))
                              Nie przesadzajcie z tymi pochwałami, bo mi się robi strasznie głupio.
                              A ta enerdówa to się potem okazała całkiem w porządku.
                              pozdrówka, dk
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 19:36


                          W celi była już Danka i jeszcze dwie kobitki – Teresa i Alina. Wszystkie “solidarnościówy”.
                          Danusia, Terenia i ja byłyśmy mniej więcej w jednym wieku, Alinka dobrą dychę starsza.
                          Teresa wpadła na jakimś kolportażu, Alinę zapuszkowali właściwie za męża. Jej mąż, żołnierz AK, więzień stalinowski, stoczniowiec, organizator strajków w roku 1970. i 1980., prześladowny był od zawsze. Alina twierdziła, że wzięli ją chyba dlatego, że juz im zabrakło pomysłów, co by mogli wyrządzićjej mężowi.
                          Cela była malutka: wzdłuż lewej ściany mieściły się kibel, umywalka i piętrowe łóżko,
                          wzdłuż prawej – stolik z czterema taboretami i znowu piętrowe łóżko. Mnie przypadło dolne łózko po lewej. Między łóżkami było okno. Nad stolikiem szafka na blaszane talerze i miski, sztućce i drobiazgi toaletowe. Wszystko bardzo czyste i aż pachnące świeżością. Zwłaszcza położenie się w bielusieńkiej, świeżej pościeli na miękkim materacu, w porównaniu z legowiskiem szczecińskim - z drewnianą pryczą i kocem tak brudnym, że rano wstawało się z “żałobą” po paznokciami – dawało poczucie niebywałej przyjemności. Ale gdybym tylko mogła, wróciłabym kiblować na Małopolską.
                          Po pierwsze, na cztery kobiety ta cela była stanowczo za mała. W żadnym momencie żadna z nas nie miała najmniejszej chwili intymności. Dzień się zaczynał apelem o 6. rano i od tego momentu łóżko musiało być pościelone i nie wolno się było na nim położyć ani przysiąść aż do wieczornego gaszenia świateł o 21. Do dyspozycji miałyśmy taborety wokół stolika i wąski skrawek podłogi między łóżkami. Jeśli któraś chciała zrobić siku albo rozprostować kości i przejść parę kroków po podłodze – pozostałe musiały wstać z taboretów aby ją przepuścić.
                          Dawałyśmy radę, ale były chwile, że tęskniłam za moją obskurną i smierdzącą celą pojedynką.
                          Po drugie, na Małopolskiej było się jednak osobą cywilną. Nie było żadnego stawania na baczność, meldowania się, poza oficjalnym wzywaniem na przesłuchania, zwracano się do mnie przez “pani”.
                          Tutaj – od otwarcia oczu do zaśnięcia czuło się, że jest się tylko “osadzoną”.
                          Po pobudce trzeba było natychmiast wstać z łóżka, dyżurna klawiszka otwierała celę i zabierało się wystawione na noc taborety z ubraniami. Myłyśmy się, ubierałyśmy i ustawiałyśmy pod drzwiami do apelu – otwierały się drzwi, za którymi stał dowódca zmiany i dyżurna oddziałowa, a Tereska, którą wrobiłyśmy w funkcję “starszej celi” meldowała coś takiego: “obywatelko oddziałowa, melduję celę gotową do apelu: stan cztery, obecne cztery”. Potem ścieliłyśmy łóżka (o ścieleniu łóżek będzie oddzielny rozdział), a kiedy na korytarzu zaczynał się hałas, z talerzami i kubkami w ręku ustawiałyśmy się pod drzwiami. Śniadanie pod kontrolą klawiszki rozwoziły dyżurne aresztantki. Klawiszka pilnowła żebyśmy w żaden sposób nie porozumiały się z dziewczyną nakładającą na talerz śniadanie, ale podstawowe informacje, skąd się jest, za co, kogo nowego dowieźli na oddział zawsze udawało sie wymienić. Tą drogą dowiedziałam sie pod którą celą jest Grażynka i że cały więzień wie, że my tu jesteśmy bohaterki, i że Grazynka wspomina mnie i pozdrawia. Ja też przekazałam Grażynce serdeczne pozdrowienia.
                          Myśmy nigdy do żadnych takich prac nie były brane, bo bardzo starannie izolowano nas od całej reszty.Po śniadaniu czekało się na spacer. Spacer był codziennie, trwał półgodziny i był obowiązkowy.Na ogół odbywał sie przed obiadem, ale o różnych porach zależnie, jak się oddziałowym ułożyło.Kiedy przychodziła na nas kolej, wychodziłyśmy na korytarz, ustawiałyśmy się na baczność w szeregu, oddziałowa obmacywała skrupulatnie od stóp do głów każdą z nas i przy akompaniamencie pobrzękiwania kluczami o kraty prowadziła nas na spacernik.
                          Spacernik to był olbrzymi dziedziniec, otoczony wysokim murem. Na narożnikach muru były wieżyczki ze strażnikami pod bronią. Dziedziniec był podzielony na duże prostokątne place, ogrodzone wysokim siatkowym płotem i przykryte siatka również od góry.Na tych placch po środkach były jakieś rabaty (wiosną okazało się, że obsadzone różami) i dookoła alejki spacerowe.
                          Było tez ustawionych kilka ławek, ale nie pozwalali nam usiąść. Wolno było tylko chodzić w kółko.
                          W drodze na spacernik i na samym spacerniku nie mogłysmy tez rozmawiać.
                          • maniasza Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 22:05
                            Damo, może znów wyprzedzam niepotrzebnie, ale brakuje mi czegoś w każdej z tych sytuacji opisywanych.
                            Co czułaś? Co myślałaś? Czy pamiętasz co czułaś i co myslalaś? Na pewno tak. Np. przecież nie wiedziałaś, jak długo Cie będą trzymać, bo jakbys wiedziała, to byś umiała się jakoś zaprogramować, jakiś min. schemat przetrwania sobie przygotować np - na miesiąc, rok, pięć - i wiem , że wychodzę. Jest gdzieś ten kres. Mozna sie nastawić. A Ty z tego, co rozumiem, nie miałaś pojęcia - jak długo, gdzie Cie będą przerzucać, z jakiego do jakiego więzienia i czym to się skończy..
                            Oczywiście, jeśli nie chcesz/nie możesz, to nie pisz.
                            • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 22:40
                              Z tym pytaniem to trafiłaś w samo sedno. W akcie oskarżenia miałam napisane, że "mój czyn" jest zagrożony pozbawieniem wolności do lat 10. Na przesłuchaniach ciagle slyszałam, że dycha to może nie, ale jak nie będę wspólpracowac, to 8 lat mam jak w banku. I żyłam w przeświadczeniu, że z tego aresztu to mnie poślą do prawdziwego pierdla na dugie lata.
                              Najgorszym moim zmartwieniem, które prześladowało mnie nieustannie było to, że wyliczyłam sobie, że kiedy wrócę do domu, to córka moja będzie juz dorosła i wszystkie jej pierwsze randki, całe wchodzenie w dorosły świat przejdą beze mnie.
                              Dopiero kiedy przyjechał do mnie mecenas Chmura i powiedział o prawdopodobnej amnestii i w ogóle powiedział mi wiele pocieszających rzeczy, zaczęłam nabierać nadziei, że nie będzie tak tragicznie.
                              Ja tu skupiam się żeby w miarę najdokładniej opisać, jak wyglądało nasze życie. Nasze - to znaczy zwyczajnych kobiet, nie żadnych bohaterek ani jakichś przywódczyń. Bo wydaje mi sie, że powszechnie utrwalił się taki obraz, że owszem, ci wielcy typu Michnik czy Kuroń cierpieli i byli prześladowani, ale w końcu wiedzieli na co sie porywają i sami sie pchali, ale reszta mogła sobie żyć spokojnie i w ogóle nie było tak źle. A ja chcę pokazać co mogło spotkac każdego, kto spróbował tylko pomóc innym prześladowanym albo chciał przeczytaćc niedozwolona książkę.
                              • maniasza Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 27.01.11, 22:51
                                Właśnie to rozumiem i czuję, od jednego z pierwszych Twoich postów, kiedy napisałaś:
                                Bo z jednej strony oburza mnie, gdy ktoś, kto rzeczywiście przeszedł i długie więzienie i inne prześladowania uważa, że w imię tego wszystko mu teraz wolno i ma się za jakiegoś nadludzia, z drugiej strony boli mnie, gdy słyszę pogardliwe uwagi typu "Internownie? - to wakacje", albo: "Siedział tylko miesiąc?".

                                I niech to nie zabrzmi jakoś nie tak i nie w takt, ale o faktach, takich czy innych, ale bardzo podobnych przecież, można przeczytać w książkach. O odczuciach, uczuciach, myślach - tak naprawdę bardzo rzadko. A to jest najcenniejsze, moim zdaniem. Tym niemniej, wdzięczna jestem za to , co piszesz. Pisz.
                                • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 02:24
                                  a mnie się właśnie to podoba w tej opowieści, że Dama daje mówić głownie faktom.
                                  szczególnie to właśnie działa, iż w relacji z pobytu w areszcie, więzieniu nie ma niczego, co by mogło wyglądać na żałość nad sobą.
                                  uczucia, emocje są do odgadnięcia, gdy czyta się o samotności w tej celi najpierw, niepewności, niewiedzy co będzie dalej, co z rodziną, czy o tym, że nie pisali do siebie z mężem, bo zapewne nie chcieli ujawniać osobistych uczuć, nie chcieli, by czytali to cenzorzy, bo to by było jak kalanie tych uczuć przez nich.
                                  albo to o Wigilii - strach, że będzie okropnie, a potem wręcz niepewność i pytanie czy to aby na pewno dzień wigilijny.
                                  łatwo odczytać - musiało być strasznie, gdy taka radość z kawałka herbaty, papierosa, nawet "Głosu Szczecińskiego", ktory był wtedy partyjną trąbą.
                                  czy radość z innych rzeczy, jakby były z nieba gwiazdką - wata, krem do twarzy, która pierzchła, bo sucha skóra...
                                  albo, na przykład czuję to upokorzenie, gdy kazano się rozbierać jej i koleżance do naga, robić przysiady.
                                  tak osobiście, prywatnie całkiem, to pewno bym o uczucia dodatkowo pytała, ale dla całości tekstu, jego odbioru, wg mnie, jest dobrze właśnie tak, jak jest.
                                  • gat45 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 06:49
                                    Tak, Olgo. Ja też tak to czytam. Dama pisze wspaniale - jej własne odczucia są w "dość łatwym domyśle", a przesunięcie w ich stronę dałoby chyba nie to, co Dama chce nam przekazać.

                                    Poza tym ten dyskretny pod względem osobistym "rysunek bez legendy" zmusza każdego (pozwala każdemu ?) z nas wejść w jej położenie.

                                    Ja czytam z zaciśniętymi zębami.
                                    • maniasza Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 07:24
                                      Oczywiście, że w domyśle.
                                      Ale nie o odczucia odbiorców mi chodziło.
                                      • gat45 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 07:36
                                        A mnie - że Damy odczucia są w tekście. Bez nawału konkretów, bez czułostkowości, ale czytelne. Dama jak to dama, deskretnym urokiem pisze:))
                                        • maniasza Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 07:50
                                          Nie przeczę :)
                                        • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 11:24
                                          gat45 napisała:

                                          > A mnie - że Damy odczucia są w tekście. Bez nawału konkretów, bez czuło
                                          > stkowości, ale czytelne. Dama jak to dama, deskretnym urokiem pisze:))

                                          gat45 napisała:

                                          > A mnie - że Damy odczucia są w tekście. Bez nawału konkretów, bez czuło
                                          > stkowości, ale czytelne. Dama jak to dama, deskretnym urokiem pisze:))

                                          właśnie mnie o to też chodziło - one są.
                                          nazywanie ich wszystkich, rozpisywanie się, popsułoby tę właśnie dyskrecję.
                                          uczucia domyślne przez opis sytuacji.
                                          jesli ja czuję to upokorzenie i ból, to co Dama
                                          czuć musiała ?!
                                          też zaciskam zęby, Gat.
                                          i po raz enty jestem dumna, że znam takich ludzi, jak Dama, jak Ty.
                                          w ogóle uważam, ze cale to forum jest z ludzi piszących świetnie.
                                          i mocno czujących.
                          • tojajurek Damo 27.01.11, 22:37
                            Zainteresowanie i sympatia z jaką czytam kolejne fragmenty Twoich wspomnień, wywołały we mnie nieodpartą potrzebę składania odcinków Twojej relacji w jeden tekst. Dokonałem jedynie minimalnych korekt redakcyjnych, głównie "literówek".
                            Całość - mam nadzieję, że będzie ciąg dalszy - trzymam w najbardziej prywatnych czeluściach komputera i oczywiście bez Twojej zgody nie pokażę nikomu (no chyba, że Kiciusiowi). Ale czuję się zobowiązany napisać o tym.
                            Na razie jest tego pełnych 7 stron drobnego druku.
                            Pozdrawiam, i czekam na kontynuację.
                            • damakier1 Re: Damo 27.01.11, 22:45
                              Dziękuję bardzo. Skoro już zdecydowałam sie na to publiczne pisanie, to nie mam nic przeciwko temu żebyś pokazał ten tekst, komu uznasz za stosowne. A Kiciuś to nawet chcę, żeby przeczytał, bo ja bardzo lubię Kiciusia.
                              Pozdrówka!
                              • gat45 Re: Damo 28.01.11, 06:59
                                Muszę się przyznać, że ja także mam Twoje fragmenty wklejone na oddzielny arkusz Worda. Dla łatwości czytania po raz wtóry, trzeci i tak dalej. Damo, pomagasz mi trochę wypędzić mojego własnego demona. A przynajmniej uciszyć go małe conieco.

                                Tubylcowi nie pokazuję, bo on po polsku czyta tylko o ptakach. Ale mu czytam na głos co wieczór kolejną dawkę Damy.
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 00:02


                          Po spacerze procedura powtarzała się – strażnik odprowadzał nas do budynku, tam przejmowała nas oddziałowa, ustawiałyśmy sie w szeregu, obmacywanie – i wracałyśmy do celi. Tam zastawałyśmy rozwaloną na podłodze pościel zrzuconą z łóżek.
                          Nie było w pierdlu ważniejszego i ambitniejszego zadania niż prawidłowe pościelenie łóżka.
                          Prześcieradło musiało być idealnie naciągnięte, na nim w wymyślny sposób złożony koc, na to idealnie równo wywinięte brzegi przescieradła. Już nawet dokładnie nie pamiętam, jak to wszystko się składało, ale było tyleż skomplikowane, co bezsensowne. Tłumaczyły nam klawiszki, jak osiągnąć maestrię w ścieleniu, opowiadały jak to “kryminalne” cierpliwie moczą brzegi prześcieradła wodą i naciągają na drewnianych bokach łózka aby osiągnąć idealne rozprasowanie materiału, pokazywały jak rozłożyć prześciaradło tak, aby wykładane na koc brzegi były idealnie równe. Słuchałyśmy cierpliwie, a potem ścieliłyśmy normalnie – wygładzałyśmy prześcieradło, przykrywałyśmy w miarę porządnie kocem i już. No to nie dziwota, że gdy wracałyśmy ze spacernika zastawałyśmy pościel na podłodze. Zbierałyśmy to wszystko i ścieliłyśmy od początku tak samo, jak poprzednio. Przychodziła oddziałowa, zwalała pościel z łóżek i zabawa zaczynała sie od nowa. Nieraz i parę razy. Kłopot polegał na tym, że to nie oddziałowa, a my miałyśmy dużo czasu. Któregoś razu po spacerze zamiast do naszej celi, zaprowadziła nas klawiszka do pustej celi “kryminlnych”, żebyśmy zobaczyły,. jak te łóżka mają wyglądać. Weszłyśmy i szczęki nam opadły – wszystkie osiem łóżek idealnie wygładzone, równiuteńko przykryte – no, dzieła sztuki! Popatrzyłyśmy na łóżka, popatrzyłyśmy na oddziałową, potem na siebie: no pięknie powiedziałyśmy – tak jak u nas!
                          Trwała ta przepychanka parę tygodni i w końcu im sie znudziła. Już tylko gdy któraś naprawdę przesadnie nonszalancko pościeliła, zastawała pościel na podłodze.
                          Druga zabawa, to była zabawa w składanie ubrania w przepisową kostkę. Co wieczór, przed położeniem się do łóżek musiałyśmy ułożyć na taborecie całe dzienne ubranie ścisle według instrukcji i wystawić taborety przed drzwi celi. Kładłyśmy sie spać, na korytarzu odbywał sie wieczorny obchód funkcjonariuszy, słychac były ich kroki, a kiedy docieralili pod naszą celę, rozlegało sie kopnięcie w taboret, otwierały sie drzwi i całe układanie było do poprawki.
                          I znów czas i cierpliwość były naszą najlepszą bronią. Po niedługim czasie kopali nam w taborety najwyżej raz na tydzień.
                          • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 02:36
                            to ja już teraz wiem czemu w niektórych szpitalach, niektórym pielęgniarkom odwala totalnie z tym sposobem ścielenia łóżek, zwłaszcza przed poranną wizytą lekarską.
                            musi takie pielęgniarki robiły kiedyś za więzienne klawiszki.
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 12:58


                          Rozwalanie łóżek, ubraniowych kostek, obmacywanie przy każdym wyjściu z celi, stanie na bacznośc przed każdym podaniem talerza zupy – to wszystko było uciążliwe, ale powiedziałam sobie, że “oni nie mają zdolności honorowej” i to nie mnie to wszystko upokarza.
                          Prawdziwą dolegliwością było to, że widzenia z mężem stały się już bardzo rzadkie. W Szczecinie mąż niezmordowanie nachodził prokuratora i prowadzącego śledztwo esbeka. Wyrzucony jednego dnia pojawiał sie w dniu następnym, naprzykrzał się, groził i prosił i w rezultacie udawało mu się te widzenia dość często wywalczyć. Tutaj nie było zmiłuj, widzenie przysługiwało raz w miesiącu i koniec. Nie było odwołania. Licznik bił od momentu przybycia do Kamienia i cały pierwszy długi miesiąc tęskniłam przeokropnie i zamartwiałam co się w domu dzieje.Listów do siebie nie pisaliśmy z założenia i wiedziałam tyle, co mi dziecko napisało, że tatuś całuje i pozdrawia.
                          Widzenie, jak już przyszło, było za to bardziej prywatne niż na Małopolskiej. Tutaj był specjalny pokój widzeń, z kilkoma stolikami i krzesłami dla odwiedzających. Śledztwo już było zamknięte, więc nikt nie pilnował i nie nasłuchiwał, co mówimy. Była tylko jedna osoba pilnująca, żeby nie doszło do jakichś ekscesów fizycznych, albo podania czegos niedozwolongo. Bywało, że kilka stolików było zajętych i można sobie było wyobrazić, że jest się w jakiejś kawiarence. Tym bardziej, że odwiedzający przynosili zwykle jakieś łakocie, rozmawiając się pojadało i robiło się naprawdę miło. Nie wolno było dawać nam w paczkach kawy i bardzo marzyłam o choćby maciupeńkiej filiżance z gorącą, pachnącą kawą. No i na kóreś widzenie mąż przyjechał z termosikiem i w ciągu tej króciutkiej pół godzinki wyżłopałam wszystko do ostatniej kropelki. Nie pomyśleliśmy, co znaczy paromiesięczny odwyk. Już w drodze powrotnej uginały sie nogi pode mną, serce trzepotało mi jak oszalałe i ledwo dolazłam do celi. Nie wolno było się kłaść, więc pół siedziałam pół leżałam na taborecie przy stoliku i ledwo dotrwałam do wieczornego apelu. W nocy fruwałam na moim łóżku wysoko pod sufitem i poważnie myślałam, że wykorkuję.
                          Bardzo tęskniłam za córką, ale nie wyobrażałam sobie jej prowadzonej przez te wszystkie kraty i zasieki, oglądającej mnie w tym ohydnym więziennym mundurku i zdecydowałam, że lepiej będzie tego wszystkiego jej oszczędzić. Pisałam za to do niej długie listy. Tu już w ogóle nie dbałam o cenzurę, pisałam szczerze i starałam się ją pocieszyć i dodać jej sił najlepiej jak potrafiłam.
                          Raz odwiedzili mnie rodzice. Bardzo się ucieszyłam, ale to było okupione tym, że z mężem nie widziałam się całe dwa miesiące.
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 19:00
                          Skończyły się częste widzenia, skończyły się też częste paczki. Paczka przysługiwała jedna w miesiącu, niezbyt duża (zdaje się 1,5 kg, ale nie pamiętam dokładnie).Później nasi mężowie dogadali się ze sobą i wysyłali paczki tak, żebyśmy je dostawały w odstępach jedną po drugiej i żebyśmy zawsze jakieś wsparcie jedzeniowe miały. Tutaj to było ważne, bo jedzenie było marne.
                          Na śniadanie najczęściej zbożowa kawa, chleb, kawalątko margaryny i plaster marmolady. Ja ani margaryny, ani wstrętnej marmolady przełknąć nie byłam w stanie i jadłam sam chleb z kawą.
                          Nieraz zdarzało się, że był jakiś kawałek wędliny. Na obiad była zawsze zupa, ziemniaki z proszku (z ropy naftowej, jak mówi mój mąż), jeśli jakaś jarzyna lub surówka, to w śladowej ilości. Czasami był kompot. Na kolację herbata i chleb z wędliną albo żółtym serem. Porcje były skąpe, nieraz zastanawiałyśmy się, jak radzą sobie te dziewczyny, które nie dostają paczek z domu.
                          Najbardziej mi brakowało jakiegoś zielska. Tereni z dawniejszej paczki zostało parę cebul. Uprosiłyśmy oddziałową żeby nam dała dodatkową miskę, nalałyśmy wody, wsadziłyśmy w nią cebule i rozpoczęłyśmy uprawę szczypioru. Marzył mi się ten szczypior, jak największy skarb.
                          Wszystkie miały ochotę, ale mnie żądza szczypioru wprost opętała. Stałam pod oknem i wgapiałam sie w miskę, jakby od tego szczypior mógł wyrosnąć prędzej. Kiedy na cebulach pojawiły sie pierwsze zielone wypustki, co chwilę liczyłam ile ich jest i skrupulatnie przeliczałam po ile wypadnie na głowę. Potem opowiadałam dziewczynom jakie to najwymyślniejsze frykasy pooddaję im z mojej paczki, jeśli oddadzą mi swój przydział szczypioru. One z kolei wymyślały jakich robót będę musiała za nie się podjąć – ścielic im łóżko, składać kostkę, szorować kibel – za każdą podarowaną łodyżkę. Kiedy szczypior podrósł na tyle, że już nadawał się do jedzenia, ale jednak był jeszcze malutki, robiłyśmy jego codzienną inwentaryzację a ja wysłuchiwałam barwnych opowieści, co ze mną zrobią, jeśli ośmielę się przed czasem skubnąć choć ociupinkę. To oczywiście były wygłupy bardziej dla zabicia czasu, ale coś z prawdy w tym było. Kiedy przyszły żniwa, dziewczyny hojnie dały mi największą porcję, a ja się nie oparłam...
                          Wreszcie przyszła do mnie paczka. Same pyszne rzeczy i ucztę miałyśmy wspaniałą, ale zamiast pysznej niemieckiej czekolady jaką dostawałam na Małapolską, znalazłam w paczce czekoladopodobny “wyrób z masy tłustej”, jaki wtedy występował w sklepach. Zawiedziona i trochę zła wrzuciłam dwie tabliczki tego świństwa do szafki. Dziewczyny też były złe, bo za wszystkimi już ta czekolada “chodziła”. Gdzieś tak po dwóch dniach Danusia skusiła się i odpakowała tabliczkę, a tam.... pyszna orzechowa czekolada w całej krasie!
                          Opowiadał mi później mąż, że gdy przywiózł pierwszą paczkę do Kamienia, została ona dokładnie przejrzana i wszystkie rzeczy “z Zachodu” zostały zakwestionowane jako nie mające polskich atestów sanitarnych i mogące spowodować ciężkie zaburzenia zdrowotne. Zabrał więc pakunek, wsiadł w samochód i wrócił do Szczecina wszystko przeorganizować. Kupił to czekoladopodobne nieporozumienie, starannie zdjął opakowanie i przepakował groźną niemiecką tabliczkę tak pięknie, że nikt się nie poznał na podmianie. Patent ten był stosowany aż do końca odsiadki.
                          • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 19:10
                            teraz to ja już uwielbiam nie tylko Pana Mecenasa Chmurę, ale Twego Męża bardziej, niż dotąd, za jego pomysłowe dobromirstwo.
                            • gat45 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 20:25
                              A mnie wciąż w głowie siedzi dziesięcioletnia dziewczynka, pisząca długie listy do mamusi-więźniarki.
                              • dorola13 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 22:52
                                Dzieci mają lepiej, własciwie prawie niczego już nie pamiętam. Chociaż dopuszczam hipotezę, na usprawiedliwienie moich licznych niedociągnięć, że to miało na mnie negatywny wpływ :)
                                • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 23:09
                                  fajnie.
                                  jestem bystra niczem woda we w muszli klozetowej w czasie, gdy PWiK dopływ wody odecina.
                                  się dopiero teraz zorientowałam, bo sprawa bigosu mię częściowo umkła była.

                                  Dobry wieczór, Dorolko.
                                  miło Cię poznać.
                                  Twoja mama, to wielce zmyślna laseczka jest.
                                  dobrze, że dostawała listy Twe, ale faktycznie, sytuacja wtedy i dla Ciebie łatwą nie była.
                                  pozdrawiam
                                  • dorola13 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 23:15
                                    :) własnie ponaglam damę na gg, bo z nasłuchu wiem, że gada, zamiast pisać ;). Swoją drogą, a propos bigosu i innych takich świątecznych, przepis na rybę w grzybach to własnie z pierdla jest....
                                    • tojajurek Łomatko! 28.01.11, 23:19
                                      Jak fajnie. Życie rodzinne to nowa jakość na naszym zblazowanym forumie.
                                      Witaj, dziecko.
                                      Buziaczki.
                                      Jurek
                                      • dorola13 Re: Łomatko! 28.01.11, 23:29
                                        jaka nowość, już przecież pisałam, że mój bigos lepszy!
                                        ps. z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że "się pisze"
                                        • olga_w_ogrodzie Re: Łomatko! 28.01.11, 23:33
                                          no proszę jak te geny działają.
                                          się wdała w mateńkę i już zaraz pierś do medalu za bigos wypchnie.

                                          jak się pisze, no to poczekam jeszcze tu.
                                    • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 23:28
                                      no proszę.
                                      ryba pierdlowa.
                                      • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 23:59
                                        Dorota, zaprzestań, bo mi z wątku zrobisz latynoską telenowelę!
                                        • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 29.01.11, 00:08
                                          tej, się odczep od dziecka !
                                          myślisz, że jak masz medal za bigos i jesteś Autorka, to możesz się na dzieciach wyżywać ?!
                                          • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 29.01.11, 00:21
                                            Medale mam dwa! - jeden za bigos, a drugi od Ave za komsomolską czujność.
                                            • dorola13 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 29.01.11, 00:49
                                              ej, dzieci się nie bije! To jest zabronione ustawą!
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 28.01.11, 23:53


                          Główne oddziałowe na naszym piętrze były dwie. O “Enerdówie” juz pisałam. Druga – młoda dziewczyna była jeszcze gorsza. Wydzierała się niemiłosiernie, poszturchiwała przy rewizjach, co zajrzała do celi to o coś się przyczepiała. Stoczyłam z nią wielką batalię i wygrałam! Było tak: na ścianie obok drzwi wisiał REGULAMIN – godziny pobudki, apelu, ciszy nocnej. Było o obowiązku spacerów, o meldowaniu się i wszystkie zwyczajowe duperele oraz punkt absolutnie absurdalny i groteskowy w sytuacji kobiet, które 12 godzin na dobę spędzają siedząc na taborecie:
                          “godz. 16 – 17: ZAJĘCIA WŁASNE”. Ubawiło mnie to nieprzeciętnie, ale okazało sie przydatne. Bardzo nam dokuczał zakaz leżenia w ciągu dnia. Chodzić po celi się nie dało, bo jedna o drugą się potykała, zostawało więc siedzenie na twardym taborecie.Dodatkową dolegliwością było, że taboret nie ma oparcia i po paru dniach kręgosłupy bolały nas niemiłosiernie i nieustająco. Od czasu do czasu któraś nie wytrzymywała i kładła się na łóżku, a pozostałe starały się zasłonić judasza we drzwiach. Ale jak tylko judasz był dłużej zasłonięty zaraz wpadała oddziałowa, robiła awanturę i groziła zabraniem widzenia.
                          Przestudiowałam regulamn i jak tylko wybiła szesnasta wzięłam książkę, wetknęłam sobie pod głowę paczkę waty i wyciągnięta na podłodze między łóżkmi spokojnie sobie leżałam.Jak tylko oddziałowa zerknęłą przez judasza, zaraz wleciała do środka. Baczność! Co wy tu wyczyniacie?!
                          A ja nonszalancko wyciągniętym paluchem wycelowałam w regulamin i wyrecytowałam: zajęcia własne. No to się narobiło... zakaz wizyt, zabranie zezwolenia na paczki, czym mi tam jeszcze nie groziła, a ja: paluch w regulamin i “zajęcia własne”. Na drugi dzień zaprowadzili mnie do pedagożki od zadań specjalnych, potem do samego naczelnika, a ja byłam twarda jak opoka!
                          Tym regulaminem ich ograłam. Dumna byłam niesłychanie i satysfakcję miałam ogromną.
                          I teraz już spokojnie, jak którą bardzo bolały plecy, kładła się między łóżkami i odbywała przez nikogo niepokjona swoje zajęcia własne.
                          • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 29.01.11, 00:02
                            przecudne.
                            wywalczyć takie coś, to jest Coś.
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 29.01.11, 14:26
                          Gdzieś tak na początku marca wyszłyśmy na dwór przekonane, że idziemy na spacernik, tymczasem pod drzwimi czekała “Nyska”, zapakowali nas i usłyszałyśmy, że jedziemy do przychodni miejskiej na badania kontrolne. Dziś do internisty, a pojutrze do ginekologa.
                          Zajechałyśmy pod przychodnię, weszłyśmy do środka, a tam masakra – długaśny korytarz zatłoczony zbitymi w tłum ludźmi, wszystkie oczy na nas, a my w burych chusteczkach na głowach, w paskudnych drelichach z tym wielkim “ZK” na plecach. W dodatku Dance odbiło, wyciągneła w górę rękę z charakterestycznym “V” i zawrzasnęła “Niech zyje Solidarność!”
                          Tłum zafalował, zaszemrał, ciężar spojrzeń czułam niemal na każdym centymetrze skóry.
                          Prowadzący nas strażnik nerwowo przepychał się między ludźmi. Może i ta Danka miała rację, może właśnie należało pokazać ludziom, że więźniowie polityczni to nie wymysł solidarnościowej propagandy, zburzyć ich spokój, ale psychicznie zupełnie nie byłam gotowa do wstępowania na trybuny i manifestowania. Podobnie pozostałe dziewczyny wolały raczej pod ziemię się zapaść niż wystawiać na te wszystkie spojrzenia. Był to jedyny raz, kiedy pokłóciłyśmy sie wszystkie przeokropnie. Myśmy wyzywały Dankę od idiotek i prowokatorek, ona nas od tchórzy, a jak już się zaczęło, to tama puściła – wygarnęłyśmy wszystko, która co której powiedziała, która zostawia włosy w umywalce, która zżarła coś sama ze swojej paczki i nie podzieliła się z resztą – a jak już wykrzyczałyśmy z siebie cały żal i siły zaczęły nas opuszczać, nie bacząc na wszelkie zakazy, siadłyśmy na łóżku całą czwórką i ciasno objęte długo, długo płakałyśmy niczym małe dziewczynki. Co ciekawe, w celi było naprawdę głośno i nie ma siły, żeby klawiszka nie zaglądała przez judasza. Nikt jednak nie zareagował, drzwi się nie otworzyły i nikt nie zrobił awantury za siedzenie na łóżku.
                          Przy wieczornym apelu oświadczyłyśmy stanowczo, że jeśli nie wydadzą nam cywilnych ubrań, do żadnego ginekologa nie pojedziemy. Oddziałowa powiedziała, że przekaże wyżej, a rano powiedziała, że niestety, regulamin tego nie przewiduje i zawiozą nas tak, jak było.
                          Nie ma takiej możliwości – odpowiedziałyśmy – położymy się na podłodze i będziecie nas nieść na siłę. Minął wyznaczony termin i nigdzie nas nie zabrali. Jeszcze parę dni się denerwowałyśmy, czy jednak nie będą nas ciągnąć, ale nic się działo. Do ginekologa nie pojechałyśmy.
                          • tojajurek No, nieeee! 29.01.11, 15:55
                            Do licha! Ja, stary zgred, spłakałem się czytając to, co wyżej napisałaś.
                            Potraktuj to, Damo, jako hołd z mojej strony.
                            Buziaczki.
                            Jurek
                            • damakier1 :))) 29.01.11, 16:43

                              • dorola13 Re: :))) 29.01.11, 20:55
                                swoją drogą, ludzie w poczekalni to niezłe leszcze- dobrze to obrazuje stan tzw. społeczeństwa, kiedyś i teraz. Ludzie to jednak generalnie głupki.
                                • ta Re: :))) 29.01.11, 23:06
                                  Witaj Doroto :) Bardzo miło widzieć cię na tym wątku. Pilnuj, by mama pisała dalej i ołówki miała natemperowane ( łojejku, jakie strodawne słowo się mnię nasunęło )
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 29.01.11, 23:14
                          Kończyła się zima. Dzień się wydłużał. Na spacerniku, gdy zadarło się głowę, widziało się wysoko nad murem korony drzew z otaczającego areszt parku. Czy to ta zapowiedź wiosny, czy to leciutka, ledwo widoczna zieleń na drzewach za murem spowodowały, że swoje zamknięcie zaczęlam odczuwać ze zdwojoną intensywnością. Cela działała na mnie klaustrofobicznie, nie moglam sobie znaleźć miejsca.Potwornie męczyło mnie wczesne chodzenie spać. Leżałam bezsennie długo w nocy nasłuchując odgłosów z korytarza. Równie ciężkie było ranne wstawanie.
                          Pocieszające było to, że wyraźnie zmalał rygor z jakim nas traktowano. Powoli, powoli nasze oddziałowe miękły i zaczynały pokazywać ludzką twarz. Najpierw zauważyłyśmy, że przy codziennych rewizjach już nas nie szarpią i właściwie nie obmacują, tylko markują rewidowanie paroma ruchami rąk. Potem zorientowałyśmy się, że gdy jest ładna pogoda spacer trwa dłużej, niż regulaminowe pół godziny. Gdy w celi było bardzo duszno, klawiszki na trochę zostawiały otwarte drzwi. Poprawiło się też z paczkami, gdy któraś z naszych oddziałowych przyjmowała paczkę, pozwalała wsunąć do niej zabronioną paczuszkę kawy (co prawda drugą się wsuwało jej do kieszeni) i nie pilnowała zbyt skrupulatnie ustalonej wagi. Tak to się jakoś porobiło, że starszej nie nazywałyśmy już Enerdówą, tylko ciocią Wiesią, a młodszą również nazywałyśmy jej imieniem (jakie to było imię wyleciało mi z głowy).
                          Myślę, że początkowo były takie okropne ze zwykłego strachu. Byłyśmy pierwszymi więźniarkami politycznymi w kamieńskim areszcie. Na pewno na nasze przyjście były jakoś przygotowywane
                          .Indoktrynacja wtedy była taka, że o “politycznych” mówiło sie przeróżne rzeczy.One nie były pewne, co z nas za kobiety i na wszelki wypadek przybrały pozycję “twardej” władzy. Po pewnym czasie przekonały się, że nie jesteśmy takie straszne. Wprawdzie niechętnie stajemy na baczność, nie meldujemy się i nie mówimy “obywatelko oddziałowa”, nasze łóżka są beznadziejnie ścielone, a ubrania na taboretach złożone niedbale, ale w celi jest zawsze czysto, nigdy nie odzywamy się do nich po chamsku, nie wydzieramy się, nie tniemy, nie robimy połyków. I tak powoli strach i niechęć przekształciły się w cień współczucia i leciutkiej sympatii. Niewielkiej, nawet bardzo malutkiej, ale zawsze...
                          A kiedy przyszła Wielkanoc, okazało się, że ta sympatia i współczucie może nawet nie są takie malutkie.
                          • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 30.01.11, 09:09
                            o jak ta Damka ciekawość podsyca.
                            jakby film w odcinkach oglądać wielce interesujący
                            i kończący się w momencie najbardziej interesującym.
                            ciekawe co z tą Wielkanocą i okazywaniem współczucia przez klawiszki owe.
                            lezę do roboty, może, gdy przylezę, to już będzie ciąg dalszy.
                            • ave.duce Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 30.01.11, 09:48
                              Trzymam kciuki ... :)
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 30.01.11, 18:36

                          W 1984. roku Wielkanoc wypadła pod koniec kwietnia, ale już w końcówce maja stała się głównym tematem naszych rozmów i wspomnień. Szczegółowo omawiałyśmy wszystkie świąteczne potrawy, podawałyśmy sobie przepisy na domowe specjały, opowiadałyśmy rodzinne anegdotki związane ze świętami.
                          Terenia i Alinka kiblowały od połowy stycznia i Święta Bożego Narodzenia spędzały jeszcze w domu, ale we mnie i Danusi, pod wpływem tych wielkanocnych rozmów odezwło się przemożne rozżalenie za tę pierdlową Wigilię. Teraz dopiero zaczęłyśmy sie użalać nad sobą i rozpamiętywać, jak strasznie było w tę wigilijną noc. No i stopniowo z tematów wielkanocnych nasze wspominki przeszły na Wigilię i Boże Narodzenie. Jak to baby, najwięcej czasu poświęcałyśmy żarciu.
                          I wtedy Ala powiedziała o rybie w grzybach. Ta ryba to w gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego, przepis bardzo prosty: robi sie rybę tak, jak po grecku, tylko zamiast “po grecku” dodaje się gotowane suszone grzyby duszone na oliwie z cebulą. Rozmawiałyśmy o różnych potrawach i jedzeniowych tradycjach wigiljnych. Mówiłyśmy o sporządzanej na różne sposoby kutii, o grzybowych zupach, barszczu i uszkach, ale to właśnie ryba w grzybach poruszyła nasze serca i wyobraźnię. Godzinami wypytywałyśmy Alę o najdrobniejsze detale, o wszystkie szczegóły przyrządznia, a potem o smak, zapach i niemal wszystkie odczucia przy konsumowaniu.Kiedy leżałyśmy już wieczorem w łóżkach, niczym małe dzieci o bajkę, prosiłyśmy Alę, żeby opowiedziała nam o rybie.Opowiadała, a my słuchałyśmy zaślinione niczym psy Pawłowa.
                          W końcu Ala wymyśliła, że poprosi rodzinę by na widzenie wielkanocne zrobili jej tę rybę i przynieśli nam na spróbowanie.

                          Nadeszły święta. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od aresztu szczecińskiego, w Kamieniu nie były zignorowane. Nic nadzwyczajnego, ale jedzenie było wyraźnie lepsze, do obiadu na deser po kawałku jakiegoś ciasta, a na śniadanie jajko na twardo było więc czym się podzielić przy składaniu życzeń. Przy porannym apelu “ciocia Wiesia” powiedziała, że widzenia będziemy miały w drugi dzień świąt.

                          Już pierwszym zaskoczeniem było, że na widzenie zawołali nas wszystkie razem. Poszłyśmy do sali widzeń – a tam nasi mężowie i nikogo więcej! Pilnować nas miała pedagożka, miła młoda kobieta, która od samego początku na miarę możliwości starała się nas wspierać na duchu. Złożyła nam życzenia, podzieliła się ze wszystkimi jajkiem i sobie poszła. Zsunęliśmy stoliki w jeden wielki świąteczny stół, po środku królowała wigilijna ryba w grzybach, wędliny, mięsa, domowe ciasta, mazurki i przepiękne kolorowe pisanki – wśród nich, najpiękniejsza, zrobiona przez dorolkę.
                          Popoznawałyśmy nawzajem naszych mężów, wycałowałyśmy się ze swoimi. Zajadaliśmy się wszyscy pysznym świątecznym jedzeniem, oni opowiadali, co w domach i na świecie; my o naszym codziennym życiu. Było miło, świątecznie, uroczyscie i szczęśliwie. Minęło przepisowe pół godziny i nic się nie działo. Minęło drugie i dalej nikt nam nie przerwał. Podarowali nam dobre dwie godziny prawdziwych świąt! W końcu widzenie się skończyło. Do celi wracałyśmy z żalem, ale szczęśliwe i naprawdę bardzo pokrzepione na duchu.
                          • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 30.01.11, 18:40
                            PS. A ryba w grzybach jest u mnie co roku na wigilijnym stole. Najpierw robiła ją ja, a teraz dorola.
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 30.01.11, 22:35
                          Pod koniec kwietnia przyszło pismo urzędowe, że na początku maja będzie pierwsza sprawa w sądzie.
                          Moja, Danki, Ryśka - tego kolegi, którego trzymali na Kaszubskiej, a teraz był w więzieniu w Goleniowie i Barbary - tej, której coś nieopatrznie się wypsło i odpowiadała z wolnej stopy. No i od razu miałyśmy z Danką temat do gorących dyskusji, bo ona zamierzała na rozprawę jechać w mundurku, jeszcze kombinowała żeby ją w kajdanki zakuli, a ja uważałam, że mamy być piękne, eleganckie i pachnące i niech ich wszystkich szlag trafi, że nas nie złamali. Ta dyskusja była nam bardzo potrzebna, bo pomagała nie myśleć, jak sprawa będzie wyglądać, jak się będziemy trzymać przy składaniu zeznań i, przede wszystkim, ile lat nam dowalą.
                          W końcu przekonałam Danusię i postanowiłyśmy wystąpić po cywilnemu. Przez parę nocy przeglądałam w myślach całą moją szafę, a potem napisałam mężowi, jaki kostium, jaka bluzka, bielizna, buty, bransoletka.
                          Jednym słowem wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Chyba nawet na bal maturalny nie szykowałam się z takim przejęciem.
                          Wyznaczonego dnia z samego rana przyniosła klawiszka zamówione rzeczy, ubrałam się i z miejsca nabrałam odwagi i pewności siebie.
                          Wieżli nas takim małym busikiem na tylnych siedzeniach, oddzielonych od kabiny gęstą siatką. Szyby były mocno przyciemnione, ale przez siatkę widać było przednią szybę i drogę przed nami. Kiedy mnie zgarniali pod domem Danusi, na ulicy leżał śnieg. Teraz maj był w zielonym rozkwicie! Mniej więcej w połowie drogi przystawiłyśmy twarze do siatki i zaczęłyśmy błagać eskortujących nas konwojentów - panowie, zatrzymajcie się na chwilę, wypuśćcie nas na siku. Przecież nigdzie nie uciekniemy, chociaż na malutką chwileczkę... I usłuchali! Samochód zatrzymał się przy skrzyżowaniu z jakąś polną drogą obsadzoną topolmi i konwojent otworzył drzwi. Wyskoczyłyśmy i pobiegłyśmy drogą aż do zakrętu skąd nie było widać naszej więźniarki. Było pięknie, pachniała trawa, śpiewały ptaki. Oparłam się plecami o pień topoli i przez krótką chwilę byłam wolnym człowiekiem...
                          Przywieżli nas do Sądu przy ulicy Kaszubskiej w Szczecinie i zaprowadzili “na dołek”. Coś potwornego! Najbardziej zasyfiona dworcowa toaleta publiczna z tamtych czasów wydawała się pałacem w porównaniu z tym, w czym się znalazłyśmy. Ściany, malowane ostatni raz jeszcze “za Niemca”, pokryte obrzydliwymi,wulgarnymi rysunkami i napisami, pomazane jakimiś nieczystościami. Podłoga, która kiedyś była parkietem, jak klepisko. Czarny, wżarty w każdą szparę i deskę brud, większość klepek dawno powypadała. Zakratowane z zewnątrz i zasiatkowane z wewnątrz okno ledwo przepuszczało dzienne światło. Za oczkami siatki pełno kipów, ogryzków, i nie wiadomo czego. Pełno śmieci na podłodze. Po środku duży ciężki drewniany stół i ławka, na której brzydziłyśmy sie usiąść. Był tam jeszcze maleńki korytarzyk, na końcu którego była ubikacja, ale tam to już nie odważyłam sie zajrzeć.
                          Nie wiem, ile czasu spędziłyśmy na dołku. Upiorne otoczenie, strach przed tym, co nas czeka spowodowały, że zupełnie straciłam poczucie czasu. Może to była godzina, może dwie. W każdym razie w końcu zjawiło się dwóch milicjantów i poprowadzili nas do sali rozpraw.
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 31.01.11, 23:35

                          Szłyśmy długimi korytarzami Sądu Okręgowego, a z daleka słychać było coraz głośniejszy szum rozmów. Pod wyznaczoną na rozprawę salą stał tłum. Rodziny, przyjaciele, koleżanki i koledzy z pracy, a i sporo nieznanych mi osób (wśród nich też paru tajniaków).
                          Witano nas entuzjastycznie, na wszystkie możliwe sposoby – wołano “trzymajcie się!”, “jesteśmy z wami”- ściskano nam ręce...Sala rozpraw była zamknięta, milicjanci starali się odgrodzić nas od przybyłych ludzi, ale przyjaciele i tak stanęli bliziutko i wspierali nas serdecznie. Zauważyłam stojącą przy drzwiach Barbarę – tę, od której nieostrożnego zeznania wszystko sie zaczęło. Stała z mężem bliziutko nas, otoczona maleńką grupką przyjaciół. Pochylona, ze spuszczoną głową. Podeszłam, podałam jej rękę, za mną podeszła Danka – przywitały się, a potem na króciutką chwilkę przytuliłyśmy się serdecznie.
                          Przyszła jakaś sądowa urzędniczka, otworzyła drzwi i okazało się, że wyznaczona sala jest malutka i absolutnie nie pomieści zgromadzonej publiczności. Rozległy się głośne protesty, zrobiło się wielkie zamieszanie, a gdy pojawił sie sędzia protesty jeszcze się nasiłiły. Sędzia i cała reszta weszli do sali, naradzali się chwilę przy zamkniętych drzwiach i urzędniczka oznajmiła, że rozprawa odbędzie się za kwadrans w sali numer [...] (nie pamiętam,jaki to był numer).
                          Z eskortującymi nas milicjantami na czele ruszyliśmy.
                          Ta sala była bardzo duża, posadzili nas na ławie oskarżonych (milicjanci na końcach ławy, my trzy między nimi), publiczność pozajmowała miejsca i wtedy wprowadzili naszego kolegę Ryśka – w więziennym mundurku, skutego kajdankami. Przez moment bardzo głupio się poczułam w mojej eleganckiej garsonce....
                          Rozpoczęła się sprawa. Sądził sędzia Lesław Barcew, oskarżał prokurator Kazimierz Maroński, mnie bronił mecenas Jerzy Chmura. Staliśmy w ławie oskarżonych, a prokurator odczytywał akt oskarżenia. Trwało to bardzo długo, bo było to siedem bitych stron maszynopisu pełnego danych osobowych każdego z nas, wyszczególnionych przestępstw, jakie popełniliśmy wszyscy razem i każdy z osobna i wykaz wszystkich paragrafów, jakie połamaliśmy oraz wykaz dowodów rzeczowych znalezionych przy nas i w naszych domach. Potem siedliśmy i zaczęły się kolejne przesłuchania każdego z nas. Trzeba było znowu wstać, tym razem pojedynczo, wysłuchać ponownie odczytanych z aktu oskarżenia “swoich” zarzutów i odpowiadać na pytania. Stałam w tej ławie oskarżonych, myślami byłam właściwie daleko i od tych zarzucanych mi przestępstw i od zadawanych mi pytań, bo dopadło mnie nagle takie potworne poczucie krzywdy i taka wielka żałość nad samą sobą, że skupiałam sie tylko nad tym, żeby się tu przed wszystkimi nagle nie rozbeczeć. I wtedy spojrzałam na mego męża. Siedział dokładnie naprzeciw mnie i z takim swoim charakterystycznym, kpiącym uśmieszkiem pracowicie przykładał na różne sposoby swe zwinięte w pięści dłonie...
                          Był wtedy popularny taki kawał o tym, jak Kowalskiego wyrzucali z partii. Zebrała się egzekutywa, każdy towarzysz występuje i wygłasza swą mowę.Jeden mówi, że Kowalski po kryjomu do kościoła lata i właśnie ochrzcił dziecko - a Kowalski siedzi, głowę spuścił i pracowicie przykłada zwiniętą pięść do pięści. Drugi mówi, że Kowalski nie jest taki zły, bo składki płaci regularnie i żadnego zebrania nie opuścił – a Kowalski kombinuje, jak złożone pięści do siebie dopasować.
                          W końcu I sekretarz mówi: Towarzyszu, my tu dyskutujemy o waszym losie, a wy zupełnie nie uważacie. Może macie coś na swoją obronę albo chcecie zadać jakieś pytanie? - Podniósł Kowalski głowę, spojrzał jeszcze raz na bezradnie niedopasowane pięści i spytał: towarzyszu, JAK te żółwie się pierdolą?
                          Spojrzałam na pięści mego męża, popatrzyliśmy sobie w oczy, oduśmiechnęłam mu się i wszystko ustawiło mi się we właściwych proporcjach. Zobaczyłam cały absurd tej rozprawy, bezsens wszystkiego, co się tu działo i już byłam pewna, że dobrnę do końca przesłuchania.
                          Nie pamiętam już, czy w tym dniu zostali przesłuchani wszyscy, w każdym razie rozprawa ciągnęła się bardzo długo i została odroczona na czas nieokreślony.
                          Nasze wyjście z sali rozpraw przekształciło się w malutką manifestację, wszyscy nam gratulowali,
                          wyściskałam się i wycałowałam z mnóstwem ludzi, dostałyśmy kwiaty i, mimo że czekała nas droga powrotna, zrobiła sie taka jakaś optymistyczna atmosfera.
                          Wróciłyśmy do Kamienia wymęczone, ale podniesione na duchu. Dumne weszłyśmy na Oddział niosąc nasze piękne bukiety kwiatów.
                          Jeszcze długo w nocy opowiadałyśmy Alince i Tereni o wszystkich przeżyciach tego dnia.
                          • gat45 Damo, nie zdziw się, jeżeli któregoś dnia 01.02.11, 08:45
                            obudzi Cię wrzask zgromadzonego pod Twoim domem tłumu "Uwolnić Damę ! Uwolnić Damę !". To będziemy my. A ja mam z młodości gwizdek policyjny, świetny na wszelkie manifestacje.
                            • ave.duce Jestem niezła w transparentach :) 01.02.11, 10:21
                              • ave.duce Może być? :) 01.02.11, 10:42
                                https://bi.gazeta.pl/im/5/4031/z4031055Z,Wloskie-zakonnice-na-dzis-przygotuja-transparent--Santo.jpg
                                • damakier1 Re: Może być? :) 01.02.11, 10:46
                                  Jak dla mnie, to chyba raczej SANTO KOBITO?
                                  • ave.duce Re: Może być? :) 01.02.11, 12:57
                                    Santa Kobita > tak będzie, to było na szybko na wzór.
                            • damakier1 Re: Damo, nie zdziw się, jeżeli któregoś dnia 01.02.11, 10:44
                              Ale ja tego nie piszę z pierdla. W końcu mnie wypuścili.
                              A we w ogóle, to w całym moim domu grypa. Jak sie dłużej nie odezwę, to będzie znaczyło, że sobie zdechłam.
                              • scoutek Re: Damo, nie zdziw się, jeżeli któregoś dnia 01.02.11, 10:46
                                damakier1 napisała:

                                > Ale ja tego nie piszę z pierdla. W końcu mnie wypuścili.
                                > A we w ogóle, to w całym moim domu grypa. Jak sie dłużej nie odezwę, to będzie
                                > znaczyło, że sobie zdechłam.

                                nie ma znaczenia czy wypuścili czy grypa
                                protestować będziem
                                i nielzja zdychać sobie
                                NO! (jak mówił Dyzma)
                                • ave.duce Re: Damo, nie zdziw się, jeżeli któregoś dnia 01.02.11, 12:58
                                  Popieram. NO!
                                  • scoutek Re: Damo, nie zdziw się, jeżeli któregoś dnia 01.02.11, 13:40
                                    tak myślałam. NO!
                              • tojajurek Ooooooooooooooo, nie! 01.02.11, 16:36
                                Najpierw pisanie
                                potem zdychanie.
                                • ave.duce Re: Ooooooooooooooo, nie! 01.02.11, 16:44
                                  Bardzo słuszna kolejność.
                                • scoutek Re: Ooooooooooooooo, nie! 01.02.11, 18:20
                                  NO!
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 05.02.11, 00:22

                          Rozprawa minęła, ale jeszcze długo rozpamiętywałam każdy szczegół tego dnia – wszystkich znajomych, którzy byli w sądzie, każde ich słowo, uśmiech, uściśnięcie ręki. Przepowiadałam sobie jak zeznawałam, zastanawiałam sie nad każdym swym słowem. Zapełniałam tym rozpamiętywaniem pustkę i beznadzieję mijających dni, które robiły się coraz dłuższe i dłuższe...
                          W naszej sprawie nic się działo, nikt nie wiedział kiedy można spodziewać się jej dalszego ciągu.

                          Drzewa otaczające mur wokół spacerniaka okazały się kasztanowcami, najpierw porozchylały się palczaste liście, a wkrótce pojawiły się piękne białe kwiaty. Na spacernikowych rabatach zakwitły czerwone róże. Im było piękniej, tym większy rósł we mnie żal. Najchętniej w ogóle nie wychodziłabym na spacernik, zaszyłabym się w najciemniejszym kątku celi i tak bym już została.
                          Któregoś razu wróciłyśmy po spacerze, oddziałowa jak zwykle przesunęła rękoma wzdłuż naszych boków, otworzyła celę i ustawiła się w drzwiach, by nas przepuścić. Wchodziłam jako ostatnia, gdy mijałam ją w progu szepnęla mi do ucha: “dziś wychodzicie” - i zamknęła drzwi.
                          Jakby grom we mnie strzelił! Sama nie wierzyłam w to, co usłyszałam. Aż nie byłam pewna, czy sobie tego nie wymyśliłam. Powiedziałam dziewczynom - “wychodzimy”, a one rzuciły się do mnie wypytując, co, jak, kiedy i, najważniejsze – czy wszystkie? Wypytywały mnie i wypytywały, choć przecież jasne było, że nie znam odpowiedzi na żadne z ich pytań. Siadłyśmy przy stole w niezwykłej ekscytacji i międliłyśmy wiadomość na wszystkie możliwe strony. Popadałyśmy na przemian to w euforię, że zaraz otworzą się drzwi i wymaszerujemy wszystkie cztery na wolność, to w czarną rozpacz, że coś pokręciłam albo, że to wredna podpucha. W dodatku Alinka z Terenią bały się, że jeśli wyjdziemy, to tylko ja i Danka, bo jesteśmy w jednej sprawie.
                          Przyszła pora obiadu i oddziałowa potwierdziła, że wychodzimy i że tylko dwie – ja i Danusia. Powiedziała też, że jak zdążą po nas przyjechać do piętnastej, to wyjdziemy dziś, jak nie – to jutro.
                          No, tego obiadu to juz żadna z nas nie tknęła. Teresa z Alą rozpaczliwie płakały z wielkiego żalu, ja z Danką wstydziłyśmy się same przed sobą okropnie, bo nie umiałyśmy opanować obezwładniającej radości mimo, że nasze koleżanki pozostawiałyśmy za murem. Pocieszałyśmy je, jak potrafiłyśmy, tłumaczyłyśmy, że zaraz będzie amnestia, że jeszcze tylko troszkę, troszeczkę im zostało i też będą na wolności, ale same widziałyśmy, jak marne to pocieszanie.....

                          To, co zaszło znam z późniejszej relacji mego męża: na godzinę 9::00 tego dnia wyznaczona była kolejna rozprawa. Gdy mąż zjawił się w sądzie, pod salą (tą samą, co poprzednio) stał już spory tłumek. Tuż przed dziewiątą pojawiła się odpowiadająca z wolnej stopy Barbara i dalej nic się nie działo. Minął kwadrans, minął następny i dalej nic. Gdzieś tak po dobrej godzinie otworzono salę, wpuszczono publiczność i sędzia obwieścił, że rozprawę odracza się na czas nieograniczony, ponieważ oskarżonych nie dowieziono z aresztu. Wtedy mecenas Chmura i broniący Danusi mecenas Jerzy Konwisarz natychmiast złożyli wnioski o uchylenie nam aresztu i zgodę na odpowiadanie z wolnej stopy. Wnioski uzasadnili tym, że trzymanie nas w areszcie tylko dezorganizuje i opóźnia pracę sądu, czego dowodem fakt, że oskarżona odpowiadająca z wolnej stopy stawiła się i jest do dyspozycji sądu. Sąd przyjął wniosek do rozpatrzenia, i po 20. minutowej naradzie, ku zaskoczeniu wszystkich, wniosek uwzględnił.
                          Było południe. Powiedziano naszym mężom, że jeśli do 15. - ej dostarczą do Kamienia postanowienie Sądu, wyjdziemy jeszcze dzisiaj. Mecenas Konwisarz miał znajomą w sądowym sekretariacie – uprosił ją by natychmiast zadzwoniła do Kamienia i zawiadomiła areszt o naszym zwolnieniu i, co ważniejsze, jak najszybciej skompletowała i wydała adwokatom wszystkie potrzebne dokumenty. Pani się uwinęła i w ciągu godziny wszystkie papiery były wydane, a areszt powiadomiony. Wsiedli nasi mężowie w samochód i trochę przed czternastą stawili sie pod więzienną bramą.

                          Otworzyły się drzwi celi i klawiszka przyniosła nam ubrania. Przebrałyśmy się i ze strasznym żalem, że tylko dwie, ale też niebotycznie szczęśliwe wyściskałyśmy biedną Alinkę i Tereskę i poszłyśmy za strażniczką do aresztowego biura. Tam juz czekały na nas wszystkie rzeczy z depozytu, podpisałyśmy stosowne papiery i strażnik poprowadził nas przez oddział, a potem przez dziedziniec do bramy, za którą czekali nasi mężowie.

                          Był 19. czerwca 1984. roku, dochodziła godzina piętnasta – przeszłam przez bramę i pół roku i trzy dni zostało za mną.
                        • damakier1 Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 05.02.11, 00:27
                          22 lipca rzeczywiście uchwalono amnestię i wszystkie nasze sprawy zostały umorzone.

                          Z Danusią już się nie spotkałam. Krótko po wyjściu na wolność rozwiodła sie z mężem, zabrała synów i wyemigrowała do Kanady. Nie odezwała się nigdy do nikogo z naszych wspólnych znajomych.

                          Terenia zadzwoniła do mnie po wyjściu z więzienia, spotkałyśmy sie parę razy, ale potem kontakt nam się urwał.

                          Barbary właściwie nie znałam i nie korciło żadnej z nas do nawiązywnia kontaktów towarzyskich.

                          Rysiek to był mój kolga z pracy, spotykaliśmy sie później od czasu do czasu, a teraz, choć już kontaktów nie utrzymujemy, telefon do niego mam wciąż w swoim notatniku i wiem, że gdybym czego od niego potrzebowała, zawsze spotkam się z pomocą i serdecznością. I jestem pewna, że on w stosunku do mnie też tak ma.

                          Alinka z mężem wyjechali do swych dzieci w Ameryce, spędzili tam parę lat i powrócili do Polski.
                          W 2002. roku zmarł jej mąż i spotkałyśmy się w smutnych okolicznościach na Jego pogrzebie.
                          Potem od czasu do czasu dzwoniłyśmy do siebie i parę razy Alinka mnie odwiedziła.
                          W 2007. roku szczeciński fotografik, Andrzej Łazowki, zrobił wystawę Matki “Solidarności”, poświęconą kobietom szczecińskiej opozycji. Wśród jej bohaterek znalazła sie również Alina i ja.
                          Spotkałyśmy się na otwarciu wystawy, a potem odwiedziłyśmy wspólnie kilka niemieckich miast, gdzie wystawa była prezentowana. Na bazie tej wystawy powstała pięknie wydana książka, w języku polskim i niemieckim: Kinga Konieczny, Andrzej Łazowski: Matki “Solidarności”, Szczecin: Stowarzyszenie Czas Przestrzeń Tożsamość, 2010.

                          Ja po wyjściu miałam ogromne kłopty ze znalezieniem pracy. Jeszcze w czasie przesłuchań mój esbek powtarzał mi, że nawet jak wyjdę to z wilczym biletem i na żadnej uczelni pracy nie dostanę.
                          Okazało się jednak, że gdy tylko jakakolwiek kadrowa obejrzała moje papiery, zaraz stwierdzała, że nie mam odpowiednich kwalifikacji do żadnego zajęcia. Bardzo to szarpało mi nerwy, ale w październiku zdobyłam pracę i to na uczelni, gdzie kiedyś już pracowałam! Przepracowałam tam aż do emerytury.W żadne konspiry się nie wdawałam, bo byliśmy już z mężem jak na widelcu i mogłoby z tego być więcej szkody niż pożytku. Zaangażowałam się dopiero w prace Obywatelskiego Komiteu Porozumiewawczego, przygotowującego wolne wybory w roku 1989.
                          Z nowej “Solidarności” wypisałam się.

                          Dziękuję wszystkim, którzy towarzyszyli mi w tej wspomnieniowej podróży.
                          • olga_w_ogrodzie Re: Aleś mnie nazapytotywywałaś! 05.02.11, 07:20
                            ja dziękuję bardzo, bardzo, Damo, iż zechciałaś opisać i to tak pięknie.
                          • ave.duce Dziękuję, Damo, za .... i tu litania ............. 05.02.11, 08:59
                            To był dla mnie zaszczyt, że mogłam czytać/poznać Twoje wspomnienia.
                            Pozdr00Fka, ettecera :)
                  • gat45 Mnie bardzo intresuje, Damo 24.01.11, 16:21
                    Proszę.
                    • trusiaa Re: Mnie bardzo intresuje, Damo 24.01.11, 17:36
                      I mnie i mnie! Proszę też.
    • inna57 Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 24.01.11, 16:30
      No niestety ponieważ jem głównie uszami to tego typu jadło jak również wszelkie salcesony, wątrobianki i pasztetowe nie funkcjonowały nigdy w moim jadłospisie bo zwyczajnie brzydko się nazywają.
      • magdolot Zmiana nazwy 24.01.11, 18:38
        Trza zmienić nazwę wątka na: kij i marchewka dla ludu.

        Zrezygnowałam z robienia wywiadów historii mówionej z obalaczami PRL, ale fcale nie dlatego, że mnie nie interesuje!

        Tak, że się do próśb Towarzystwa dołączam, o wywalenie wszystkiego, co się da wywalić, a przy okazji i odreagować może.

        I dykteryjkę przytoczę jakem pisała test z PRL, bo Szefę zmusili żeby nam, sprawdzonym, też kazała pisać. I tak żem siedziała w Pałacu Kultury po przedarciu się przez pielgrzymkę B-XVI pod prąd, bidnego rabina Schudricha psikał gazem po oczach jakiś buc na dole, a ja żem pisała test razem z kupą młodocianych doktorantów jakichś, co to mieli w szkole. Wyniki przyniósł młodociany pan doktor historii, co niemiło zachowywał się i Szefę trochę nosiło. Poniosło ją dokładnie, koncesjonowaną "kobietę opozycji", gdy młody naukowiec ów rzekł, że w pytaniu o "bijące serce Partii" niektórzy dowcipnie, choć nieprawidłowo, zakreślali "ZOMO". Odbyło się "Siadaj, synku. To jest JEDYNA prawidłowa odpowiedź." i zabrano synkowi zabawki.
        • inna57 Re: Zmiana nazwy 24.01.11, 19:19
          Marchewka, pietruszka i cebula też nieefektownie brzmią ;)

          Najładniej brzmi czekolada, mleko i kakao.
        • dystans4 Re: Zmiana nazwy 29.01.11, 21:18
          Oj, niezupełnie słusznie było to "Siadaj synku".
          Oryginalnie bijące serce Partii to ORMO, które zasłynęło w 1968, wiele lat wcześniej, niżeli ZOMO.

          Kiedyś opowiem inną historię, z okresu stanu wojennego, która się nie wydarzyła (dzięki decyzji KK). Jeszcze nie czas. Nie wcześniej, niż za dziesięć lat, może piętnaście. Wciąż żyją (już nie wszyscy) aktorzy scenariusza.

          Miłego wieczoru
          bul.
          .
          • damakier1 Re: Zmiana nazwy 29.01.11, 21:53
            A ja uważam, że historie z okresu wojennego należy opowiadać właśnie teraz. Te, które się nie wydarzyły również, jeśli powód "niewydarzenia" może nauczyć nas czegoś o tamtym czasie. Za lat dziesięć, czy może piętnaście, będzie to ludzi obchodziło tyle, co bitwa pod Grunwaldem. Bardzo Cię namawiam do opowiedzenia Twojej historii. Nazwisk przecież nie musisz wymieniać.
            pozdrawiam, dk
            • buldog2 Re: Zmiana nazwy 29.01.11, 22:29
              Ogólna wytyczna KK zakazała odwoływać się do przemocy, taki był rozstrzygający powód rezygnacji z realizacji scenariusza (niezależnie, świadomość konsekwencji była skrajnie ciężka). Po wielu latach kolejny raz potwierdziła się słuszność walki metodami pokojowymi i tamtej decyzji KK. Ta historia opowiedziana i za pięćdziesiąt lat będzie ludzi obchodzić. Kilka osób w Polsce ją zna.

              Całkiem niedawno okazało się, że "scenariusz" zrealizowany uderzyłby w kogoś, w kogo uderzyć nie powinien (nie Jaruzelski, ten się nie liczy)
              j.
    • tojajurek Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 25.01.11, 00:06
      Lepiej śnić o kierdlu serdli,
      Niźli wikt wspominać z pierdli.
      • damakier1 Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 25.01.11, 14:26
        Lepiej w pierdlu mieć coś w misie
        niż się z misą znaleźć w Pisie.
        • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 25.01.11, 14:28
          Lepiej pustą misę mieć,
          niż pączki z Jarusiem żreć.
          • inna57 Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 25.01.11, 14:32
            Lepiej miewać pustą miskę
            niż pochodnie nosić z PiSkiem
            • magdolot Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 25.01.11, 17:33
              Lepiej jak pochodnia gorzeć,
              niż z Jarusiem wypić morze.

              Lepiej wić się w strasznych bólach,
              niż Jarusia mieć za... króla?
              • scoutek Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 25.01.11, 18:23
                lepiej mieć stosunek z jeżem
                niźli z Jarkiem dzielić leże

                tak mi przyszło....
                • tojajurek Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 25.01.11, 20:06
                  Lepiej jeża obejść z dala,
                  Bo się Jerzy przyp...dala.
                  • witekjs Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 29.01.11, 20:04
                    Lepiej stracić wszystkie zęby
                    Niż często oglądać PiSu gęby

                    • blind_as_a_bat Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 29.01.11, 23:06
                      Lepiej w pysk oberwać czasem,
                      niż się zadać z PiSkutasem.
                      • tojajurek Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 29.01.11, 23:26
                        Lepiej sączyć piwo Warka
                        Niźli słuchać łgarza Jarka.
                        • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 09:50
                          Lepiej siedzieć w "internacie',
                          niż prać Jarka brudne gacie.

                          ps. Damo, wybacz ...
                          • damakier1 Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 10:59
                            Lepiej stracić, niż mieć zysk
                            i oglądać Jarka pysk.

                            Lepiej cnotę swą zasuszyć,
                            niż by Jarek miał ją skruszyć.

                            i dla panów:

                            Lepiej małą mieć fujarkę,
                            niż mieć okoliczność z Jarkiem.
                            • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 16:10
                              Lepiej rutkę wiecznie siać,
                              niż z Jareczkiem w00dę chlać.
                              • witekjs Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 18:22
                                Lepiej być biednym analfabetą
                                Niż tak światłą jak Kempa kobietą
                                • tojajurek Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 18:25
                                  Lepiej być jak kozik tępy
                                  Niż słuchać ględzenia Kempy.
                                  • blind_as_a_bat Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 31.01.11, 01:28
                                    Lepiej szczeznac tu i teraz,
                                    niz miec Kempe za partnera.
                                    • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 31.01.11, 10:08
                                      Lepiej się utopić w wannie,
                                      niż mieć Kempę w swej fontannie ...

                                      ps. kto ma fontannę? Niech zgadnę...
                                      • witekjs Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 31.01.11, 11:04
                                        ave.duce napisała:

                                        > Lepiej się utopić w wannie,
                                        > niż mieć Kempę w swej fontannie ...
                                        >
                                        > ps. kto ma fontannę? Niech zgadnę...

                                        Piękne :-)


                                        Lepiej jak garść jest pusta
                                        Niż Wróbel otwierająca usta
                                      • gat45 Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 31.01.11, 11:25
                                        Lepiej żyć z bolącym zębem
                                        niż fontannę swą mieć w Kempie
                                        • blind_as_a_bat Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 01.02.11, 06:43
                                          Lepiej pomnik mieć w fontannie,
                                          niż zadurzyć w tej F. Annie!
                                          • ta Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 01.02.11, 12:53
                                            Lepiej w Kempie wroga mieć
                                            niźli ciupciać się z nią chcieć
                                      • tw_wielgus Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 31.01.11, 11:59
                                        No… niech zgadnę.
                                        • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 31.01.11, 16:13
                                          Zgaduj.
      • damakier1 Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 11:08
        Zobaczyłam zdjęcie wklejone przez Ave we "wnioskach z wioski" i natentychmiast mi sie ułożyło:

        Lepiej w pierdlu jeść otręby,
        niż oglądać Jarka zęby.
        • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 11:50
          Lepiej myśli mieć nieczyste,
          niźli z PiSem żreć pieczyste.
          • kanciasta Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 12:56
            Ani w Tuska cuda wierzyć
            Ni do Kaczki zęby szczerzyć
            Lepiej próbować coś zmienić
            Choćby w gabinecie cieni!
            • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 12:59
              Kanciasta cieniami szasta,
              lepiej więc powiedzieć: basta!
              • kanciasta Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 13:06
                Szastu prastu bastu chlastu
                Nie mam rączek jedenastu
                Lecz mam rączki tylko dwie
                Robię z cieniem co cień chce ;-)
                • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 13:28
                  Może zatem na początek
                  włącz się, aśćka, w "lotny" wątek...
                  • kanciasta Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 13:48
                    Bardzo bym chciała,
                    lecz - o losie bury!
                    ktoś mi skradł skrzydła,
                    ktoś mię odarł z pióry...;-(
                    • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 14:14
                      To przez zazdrość! To kaczysta z tą bandą Pi$iątek!
                      Piórka
                      • kanciasta Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 15:02
                        Więc do wakacji
                        W cieniu... akacji
                        Szukajmy racji
                        Dla merytokracji...
                        • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 30.01.11, 16:03
                          Lecz "etyka"? - z tą jest gorzej:
                          Cosik ruszyć się nie może ...
    • ave.duce Panie ToTyJurku! 30.01.11, 16:28
      Nie będę powielać Twojej pracy redaktorskiej, ale poproszę o przysłanie całości, kiedy Dama ogłosi the end.
      • tojajurek Re: Panie ToTyJurku! 30.01.11, 18:23
        Oczywiście. Chyba Dama nie będzie miała nic przeciwko temu.
        Zrobiłem tylko korektę literówek.
        Ewentualnie jeden "odcinek" bym przemieścił w inne miejsce, ale to na końcu.
        A w wewoglu uważam, że te wspomnienie zasługują na publikację. Jeżeli byłyby za skromne w sensie liczby stron - to w jakimś wydaniu zbiorowym zawierającym podobne relacje, albo po ewentualnych skrótach w jakimś czasopismie conajmniej.
        Tak to widzę.
        • gat45 Re: Panie ToTyJurku! 30.01.11, 18:29
          W grudniu rocznica stanu wojennego, pewnie będzie miejce na takie wydawnictwa. Tylko musimy pilnować - byle komu Damy nie oddamy ! Ale to już Wy, na miejscu, musicie pokombinować. Osobiście mam znajomości tylko w wydawnictwach ezoterycznych (tak ! ja !), a to raczej antynomia by była. Chociaż ten epizod z talerzem...
          • scoutek Re: Panie ToTyJurku! 30.01.11, 19:26
            gat45 napisała:

            > W grudniu rocznica stanu wojennego, pewnie będzie miejce na takie wydawnictwa.
            > Tylko musimy pilnować - byle komu Damy nie oddamy ! Ale to już Wy, na miejscu,
            > musicie pokombinować.

            dobra, to ja się przyznam
            zaproponowałam Damie już wydawnictwo małe ale bliskie mi, i nie jest firma typu krzak, ma ambicje i "osiągi", ale szczegóły to już dla Damy wiedzy będą
            i pozostawiam to decyzji Damy, od Niej wszystko zależy
            kłaniam się
            • ave.duce Ha! Od razu się domyśliłam ;) 30.01.11, 19:58
              Po wymianie postów wiadomych.
              Nawet z Wiewiórzastą się podzieliłam tym. Potwierdzi, jak wróci do netu.
              Scoutku, brawo!
              • scoutek Re: Ha! Od razu się domyśliłam ;) 31.01.11, 09:39
                ave.duce napisała:

                mądrej głowie... czy jakos tak?
                • ave.duce Re: Ha! Od razu się domyśliłam ;) 31.01.11, 10:06
                  Mądrej głowie > bezhołowie!
        • ave.duce Re: Panie ToTyJurku! 30.01.11, 18:40
          Widzę tak samo. Dzięki na zaś.

          ps. niech Dama spróbuje mieć coś w kontrze, to się jej medale odbierze i z gołą/nagą piersią będzie świecić oczami! Tak to widzę.
          • damakier1 Re: Panie ToTyJurku! 30.01.11, 18:47
            Nigdy bym ani złamanego słowa nie napisała, gdyby nie Olga i wszystkie Wasze zachęty.
            Nie ma nic do gadania i w żadnej kontrze nie będę.
            A medali mi nigdy, przenigdy nie zabierzecie. Chyba, że razem z piersiami.
            • gat45 Re: Panie ToTyJurku! 30.01.11, 18:53
              Jakby ktoś Ci medale chciał odebrać, to go odeślij do mnie, biedaczka. Pożałuje on, oj pożałuje. Bo ja, jak większość osób spokojnych i koncyliacyjnych, w okolicznościach szczególnych sama siebie nie poznaję :))
              • ave.duce To byłam ja, ale Dama nie skontrowała, 30.01.11, 20:00
                więc medale zostają przy niej.
      • blind_as_a_bat Re: Panie ToTyJurku! 31.01.11, 01:07
        I ja :-)
    • wanda43 Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 31.01.11, 10:12
      nie lubie zadnych knajp i brzydze sie tam jesc. Posiedziec, wypic kafff czy drinka mozna. Pogadac z kimś sympatycznym, posluchac jakiejs muzyki. Ale knajpa musi miec klimat.
      Poczęstujcie sie wlasnorącznie i osobiście wykonaną wędlinką drobiową, zdrowsza, bo bez konserwantow.https://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/mb/yj/nbef/OfWdJsDkFwixyAQTgB.jpg
      • ave.duce Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 31.01.11, 11:13
        Wygląda bardzo apetycznie, co nie zmienia faktu, że ubię knajpy.
        • tojajurek No i co??????????? 31.01.11, 23:24
          Siku już zrobione, sala rozpraw czeka. I czeka. I czeka. I czeka.
          Z tego czekania już nam serce pika i cisnienie rośnie.
          Damo! Towarzystwo czeka, a nie - to...
          • tojajurek Re: No i co??????????? 01.02.11, 00:10
            Dzięki. Ale mam siłę sprawczą! Sam się dziwię.
          • erte2 Re: No i co??????????? 01.02.11, 22:49
            Dama się zagrypiła i leży złożona niemocą, a ja jej wodę z miodem i cytryną, aspirynę i inne termofory - ale jak się wykuruje to zagnam do klapiatury - niech pisze dalej. Cierpliwości...

            P.S. Schudłem o 15. kg, ale nie w miesiąc, a w trzy. Później, niestety, błyskawicznie nadrobiłem.....
            • gat45 Re: No i co??????????? 02.02.11, 06:22
              Serdecznie witamy specjalistę od żółwich obyczajów godowych :)))

              Proszę pozdrowić Damę i niech się kuruje i niech nie zapomina : herbata z sokiem malinowym plus wełenkowe skarpetki to PODSTAWA !

            • scoutek Re: No i co??????????? 02.02.11, 08:12
              witamy Pana serdecznie
              Damę uściskać i przykryć, bardzo proszę!!!!



              już prawie cała Rodzinka, ale miło:)))
              • damakier1 Re: No i co??????????? 02.02.11, 20:37
                > już prawie cała Rodzinka, ale miło:)))
                Nie zdziwię się, jak któregoś dnia zacznie tu pisać Wrona z Panem Czesiem.....

                Dzięki za wyrazy :)))
                • tojajurek Re: No i co??????????? 02.02.11, 20:46
                  Kuruj się, Kobieto, bo nie tylko Cię lubimy, ale jesteś wewogle nam niezbędna.
                  I nie spiesz się z niczym - zawsze zdążysz.
                  Chronicznego zdrowia Ci życzy
                  Ja-Jurek.
            • olga_w_ogrodzie Re: No i co??????????? 02.02.11, 19:35
              uściskałam Damę już mailowo.
              i Pana serdecznie pozdrawiam.
              i ja sobie mierzę temperaturę.
              nie jest dobrze.
              proszę dbać o naszą Damę, nie tylko w celu prędkiego zagnania to tam, to ówdzie.
              • damakier1 Re: No i co??????????? 02.02.11, 20:43
                Polopiryna rozpuszczalna z wit. C albo ibuprom i rutinacea i właź do łóżka i do żadnej roboty jutro nie idź, bo to trzeba wyleżeć, a poza tym jest zaraźliwe.
                Mojego męża grypa już też dopadła.
                Przysiadłam tu tylko na chwilę, zajrzałam też tam, gdzie prosiłaś i lezę pod kołdrę.
                Się trzymaj!
                • ave.duce To od tego chodzenia po bagnach. 03.02.11, 16:13
                  Przemokłaś i Cię wciągło.
                  Zdr00Fka!

                  Lepiej z Damą zdr00Fko pić,
                  niż na Kempie w bagnie tkwić.
                  • tojajurek Re: To od tego chodzenia po bagnach. 03.02.11, 19:08
                    Lepiej z Damą w łóżku chrypieć,
                    Niż na bagnach Kępy ślipieć.
                    • ave.duce Re: To od tego chodzenia po bagnach. 03.02.11, 19:20
                      Lepiej z Damą mieć gorączkę,
                      niż ściskać Wróbla za rączkę.
                  • damakier1 Re: To od tego chodzenia po bagnach. 03.02.11, 19:49
                    Lepiej zdechnąć i mieć stypę,
                    niż mieć tę cholerną grypę! :((((
                    • ave.duce Re: To od tego chodzenia po bagnach. 03.02.11, 20:46
                      Lepiej wypluj słowa te,
                      bo zjawimy u Cię się!
                      • gat45 Re: To od tego chodzenia po bagnach. 03.02.11, 20:59
                        ave.duce napisała:

                        > Lepiej wypluj słowa te,
                        > bo zjawimy u Cię się!

                        i chór w tle, bojowo :

                        Ucięsię ! Ucięsię ! Ucięsię !
                        • blind_as_a_bat Re: To od tego chodzenia po bagnach. 04.02.11, 00:02
                          Lepiej chórem Damę napaść,
                          niż w Kempę bagienną zapaść.
              • gat45 Olgo, i jak ? 03.02.11, 19:59
                Udało Ci się przegnać wirusa precz ?
                • tojajurek Re: Olgo, i jak ? 03.02.11, 23:57
                  Grypa - choćby i upiorna -
                  Zwieje słysząc (p)osła Dorna.
                  • blind_as_a_bat Re: Olgo, i jak ? 04.02.11, 00:04
                    Gdy usłyszy Antka pienia,
                    da drapaka do Lichenia.
                    • ta Re: Olgo, i jak ? 04.02.11, 00:52
                      Lepiej z grypą w łożu walczyć,
                      niźli z Kempą walca tańczyć.
                      • blind_as_a_bat Re: Olgo, i jak ? 04.02.11, 01:20
                        Lepiej z grypą wpaść pod walec,
                        niżli z Wróblem piec zakalec.
                • olga_w_ogrodzie Re: Olgo, i jak ? 04.02.11, 19:32
                  gat45 napisała:

                  > Udało Ci się przegnać wirusa precz ?

                  dzięki.
                  łykam, co możliwe.
                  bóle mięśni minęły, gorączki już nie mam, ale są objawy silnego przeziębienia, a na takie hocki klocki, to sobie zupełnie nie mogę teraz pozwolić.
                  mam nadzieję, że i z Damą lepiej.
                  Damo ?
                  • damakier1 Re: Olgo, i jak ? 04.02.11, 21:31
                    Ze mną też lepiej. Jeszcze rano myślałam, że jestem bardzo chora, a potem sie wykąpałam, wymyłam głowę i jest całkiem nieźle. Siadłam do pisania i jak skończę, jeszcze dziś to wkleję i będzie koooooonieeec....!
    • erte2 Re: Serdle i kiełbachy dla ludu 01.02.11, 22:39
      Nie w Warszawie, i nie przed wojną, ale w latach '50. w Gdańsku, vis a vis Hali Targowej była sobie Paszteciarnia. Ponoć rzeczywiście wyrabiano tam znakomite pasztety, ale mnie, jako wtedy pacholęciu nieletniemu, szczególnie utkwiła w pamięci gorąca kaszanka, wyciągana prosto z wrzącego smalcu i pałaszowana ze świeżą bułeczką. Chadzałem tam z moją Mamą po zakupach w owej Hali i na przylegającym ryneczku, a przed długą podróżą tramwajem do domu (wtedy Wrzeszcz; dzisiaj nazywa się to Strzyża).
      Rozmarzyłem się.....
      • ta Dobry wieczór :) 01.02.11, 23:58
        Proszę przekazać Damie serdeczności i kawałek serducha. Niech zdrowieje.
        Pana pozdrawiam najcieplej
        Ta_
        • tojajurek Mam Damę w całości :) 05.02.11, 01:43
          Z niewielkimi poprawkami redakcyjnymi, głównie literówek jest tego 18 stron w Timesie New Roman 12 pkt.
          Jeżeli Dama się zgodzi - to mogę ten tekst, w jego zespolonej postaci, przesłać mailem każdemu zainteresowanemu.
          Chiba, że macie własny skompletowany tekst.
          Jakby co - prosze tylko o zapotrzebowanie.
          Buziaczki nocne - dla Damy specjalne, przez maseczkę.
          Jurek
          • olga_w_ogrodzie Re: Mam Damę w całości :) 05.02.11, 07:19
            ja chcę, ToTyJurku.
          • gat45 Nu masz ! Każdy chce (chyba) 05.02.11, 07:47
            Ja w każdym razie jestem każdy.
          • damakier1 Re: Mam Damę w całości :) 05.02.11, 08:43
            Jak już się tak napracowałeś z korektą i redakcją, to i ja chcę.
            Odcałoływuję serdecznie przez maseczkę takoż
            dk
          • ave.duce Mam Damę w całości :) Dzięki Bogu! 05.02.11, 08:54
            Jeszcze raz ................................ poproszę.
          • ploniekocica I ja poproszę 05.02.11, 09:52
            a Damę proszę o zajrzenie do skrzynki za pół godziny
          • scoutek Re: Mam Damę w całości :) 05.02.11, 10:32
            ja również bardzo proszę
          • ta Re: Mam Damę w całości :) 05.02.11, 10:36
            Bardzo proszę przesłać i mnie :)
            • tojajurek Poletło :) 05.02.11, 15:52
              Do uczestników subskrybcji wysłałem.
              Jakby nie doszło - proszę protestować.
              J.
              • ave.duce Doszło, dzięki... 05.02.11, 17:16
                Szukam pretekstu do protestu, ale na razie nie znalazłam.
              • damakier1 Re: Poletło :) 05.02.11, 17:43
                Zerknęłam na @ i też widzę, że jest, ale otwierać nie mam siły. Przeczołgaliśmy się z małżonem przez Lidla, bo nam w tę grypę coś całą lodówkę wyżarło i okazuje się, że do zdrowia to mi jeszcze, jak powiada pan prezydent, hoooohoooo...!
                Pomyślę o tym jutro (niczym jaka Scarlett)!
                • ave.duce O' 05.02.11, 17:52
                  Hara ;)
                • tojajurek Żeby potem nie było... 05.02.11, 18:46
                  Po pierwsze primo proszę PT Autorkę Damę o sprawdzenie, czy aby w ataku sklerozy nie opuściłem jakiegoś segmentu relacji, albo go nie zdublowałem.
                  Po drugie primo przyznaję się bez bicia, że w jednym miejscu dodałem po cichu dwa wyrazy, aby niewprowadzony w niuanse czytelnik zrozumiał o kim mowa. Otóż na stronie 14 w wierszu 31, tam gdzie mowa o pisankach - pomiędzy wyrazami "najpiękniejsza, zrobiona przez Dorolkę" dodałem słowa "moją córeczkę".
                  Jeśli pozwoliłem sobie na zbyt wiele - to przepraszam.
                  • damakier1 Spoko, spoko - wszystko będzie, jak należy - 05.02.11, 19:01
                    co źle - na Ciebie, co dobre - na mnie :)
                    Oczywiście, że sprawdzę skrupulatnie i z moją całością porównam. Bo ja to sobie pisałam jako całość i po kawałeczku wklejałam. Tylko, że moja całość bez obróbki i jest i na pewno pełno w niej literówek. Twój tekst będzie mi bardzo pomocny w porządnym opracowaniu tego wszystkiego. Bo jak mnie tu tak wszyscy dopingowaliście, to się rozzuchwaliłam i myślę coś z tym zrobić. Tylko, że to malutkie jest, nadaje się co najwyżej na takiego koliberka, jakie dawnymi czasy Książka i Wiedza wydwała.
                    W każdym razie, jakby się ta historia nie skończyła, to ja już swoich najwspanialszych Czytelników na FzD znalazłam i przeogromną satysfakcję i radość miałam.
                    • ta Re: Spoko, spoko - wszystko będzie, jak należy - 05.02.11, 21:54
                      Damo, ja siężnę dalej :)
                      Jakby co, czyli wydanie niechby i kolibrzaste, to ałtograf na dziele zamawiam osobisty
                      tudzież ze Współmałzonkiem Damowym podczepionym ode spodu i Dorolkowym też.

                      Jak nic widzi mi się na okładce dwie pięście w geście symbolicznym ułożone, najlepiej
                      by pięście były osobiste Kolegi Małżonka.

                      Ach, się mi marzy Damy dzieło opięściowane.
    • ave.duce Oldze_w_ogrodzie "spirytusowi mowensowi"... 05.02.11, 20:57
      z podziękowaniem...

      Wieje wiatr...
      • olga_w_ogrodzie Re: Oldze_w_ogrodzie "spirytusowi mowensowi"... 05.02.11, 22:20
        dziękuję, Ave.
        /odwiedzam często dość Anię German/
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka